Jezus
znajduje się na nasłonecznionej i zakurzonej drodze, stykającej
się z brzegami jeziora. Idzie w kierunku osady, otoczony wielkim
tłumem, który z pewnością Go oczekiwał. Tworzą ścisk wokół
Niego, choć apostołowie rozdzielają kuksańce, aby mógł przejść,
i podnoszą głos, chcąc wymóc na tłumie rozstąpienie się nieco.
Jezus
jednak nie przejmuje się tym zamętem. Przewyższając o głowę
otaczający Go i napierający na Niego zewsząd tłum, spogląda z
łagodnym uśmiechem, odpowiada na pozdrowienia, głaska jakieś
dziecko, któremu udaje się wśliznąć pomiędzy dorosłych i
podejść do Niego, kładzie ręce na głowach dzieci podnoszonych
przez matki nad głowami ludzi po to, żeby je dotknął. Cały czas
powoli i cierpliwie idzie pośrodku tego zgiełku i stałego
napierania, które kogoś innego już by poirytowało. Jakiś męski
głos krzyczy: «Zróbcie przejście! Zróbcie przejście!»
To
głos zatroskany, który wielu musi rozpoznawać i szanować, jako
należący do osoby wpływowej, bo tłum – rozstępując się z
trudem, tak wielki jest ścisk – pozwala przejść mężczyźnie w
wieku około pięćdziesięciu lat. Ubrany jest w szatę długą i
powiewającą. Głowę ma okrytą białą chustą. Jej poły spadają
wzdłuż twarzy i szyi. Doszedłszy do Jezusa upada Mu do stóp i
mówi:
«O!
Nauczycielu, dlaczego tak długo Cię nie było? Moja córeczka jest
tak bardzo chora. Nikt nie może jej uleczyć. Ty jeden, Ty jesteś
nadzieją moją i jej matki. Chodź, Nauczycielu. Oczekiwałem Cię z
nie kończącym się lękiem. Chodź, chodź szybko. Moje jedyne
dziecko właśnie umiera...» – płacze.
Jezus
kładzie rękę na głowie zapłakanego mężczyzny – na głowie
pochylonej, którą wstrząsa łkanie – i odpowiada mu:
«Nie
płacz. Miej wiarę. Twoja córeczka będzie żyła. Chodźmy do
niej. Wstań! Chodźmy!»
Jezus
wypowiada te dwa ostatnie słowa tonem rozkazującym. Najpierw był
Pocieszycielem, teraz jest Panującym, który przemawia. Udają się
w drogę. Jezus ma u boku płaczącego ojca. Trzyma go za rękę.
Kiedy silniejszy szloch wstrząsa biednym mężem, widzę Jezusa,
który spogląda nań i ściska mu rękę. Nie robi nic innego, lecz
jakaż siła musi napływać do duszy czującej, jak Jezus ją
traktuje! Wcześniej na miejscu ojca był Jakub, lecz Jezus skłonił
go do ustąpienia miejsca biednemu ojcu. Piotr idzie z drugiej
strony. Jan jest u boku Piotra i usiłuje wraz z nimi stawić czoła
tłumowi. Z drugiej strony to samo robi Jakub i Iskariota, kroczący
przy zapłakanym ojcu. Część apostołów idzie przodem, część z
tyłu, za Jezusem. Ale potrzebni byliby też inni! Zwłaszcza trzem z
tyłu, wśród których widzę Mateusza, gdyż nie udaje im się
utrzymać naporu na żywy mur. Kiedy jednak krzyczą trochę za mocno
i bliscy są znieważenia wścibskiego tłumu, Jezus odwraca głowę
i mówi łagodnie: «Pozwólcie im, to Moje dzieci!...»
W
pewnej jednak chwili [Jezus] odwraca się gwałtownie, puszcza rękę
ojca i zatrzymuje się. Odwraca nie tylko głowę, lecz odwraca się
całym ciałem. Wydaje się jeszcze wyższy, bo przyjął postawę
królewską. Twarz i spojrzenie stały się surowe, badawcze.
Obserwuje tłum. Jego oczy połyskują jak błyskawice, nie wyrażając
jednak twardości, lecz majestat:
«Kto
Mnie dotknął?» – pyta.
Nikt
nie odpowiada.
«Kto
Mnie dotknął, powtarzam» – mówi z naciskiem Jezus.
«Nauczycielu
– odpowiadają uczniowie – czy nie widzisz, jak tłum zewsząd
napiera na Ciebie? Wszyscy Cię dotykają, pomimo naszych wysiłków».
«Kto
Mnie dotknął, żeby otrzymać cud, o to pytam. Odczułem, że
cudowna moc wyszła ze Mnie, bo jedno serce prosiło z wiarą. Co to
za serce?»
Jezus,
mówiąc [te słowa], spuszcza wzrok dwa lub trzy razy na niską
niewiastę, w wieku około czterdziestu lat, bardzo nędznie odzianą
i o twarzy bardzo wyniszczonej, która usiłuje ukryć się w tłumie:
chce, żeby tłum ją wchłonął. To spojrzenie musi ją palić tak,
że uświadamia sobie, iż się nie wymknie. Powraca więc i rzuca
się do Jego stóp, z twarzą niemal w prochu, z rękami
wyciągniętymi do przodu, którymi jednak nie ośmiela się dotknąć
Jezusa.
«Przebacz!
To ja. Byłam chora. Przez dwanaście lat chorowałam! Wszyscy się
ode mnie odsuwali. Mąż mnie opuścił. Wydałam wszystko, co
posiadałam, aby mnie nie uznawano za pozbawioną czci, ażebym żyła
jak wszyscy. Nikt jednak nie mógł mnie wyleczyć. Widzisz,
Nauczycielu? Przedwcześnie się postarzałam. Moje siły odeszły
wraz z niewyleczalnym upływem [krwi], a z nim mój pokój. Mówiono
mi, że Ty jesteś dobry. Człowieka, który mi o tym powiedział,
wyleczyłeś z trądu i on – który widział przez tak wiele lat,
jak ludzie przed nim uciekali – nie odczuwał wobec mnie odrazy.
Nie ośmieliłam się o tym powiedzieć. Wybacz! Pomyślałam, że
jeśli Cię dotknę, będę zdrowa. Lecz Cię nie zanieczyściłam.
Zaledwie musnęłam brzeg Twej szaty – tam, gdzie dotyka ona
ziemi... brudu ziemi... Ja też jestem brudem... Ale jestem
uzdrowiona. Bądź błogosławiony! W chwili, gdy dotknęłam Twego
płaszcza, moja dolegliwość ustąpiła. Stałam się ponownie jak
wszystkie niewiasty. Ludzie nie będą mnie już unikać. Mój mąż,
dzieci, krewni będą mogli ze mną przebywać, będę mogła ich
głaskać. Będę pożyteczna w swoim domu. Dziękuję, Jezu, dobry
Nauczycielu. Bądź na wieki błogosławiony!»
Jezus
patrzy na nią z nieskończoną dobrocią. Uśmiecha się do niej i
mówi:
«Idź
w pokoju, córko. Twoja wiara cię uzdrowiła. Bądź całkowicie
uzdrowiona. Bądź dobra i szczęśliwa. Idź».
Gdy
jeszcze mówi, przybywa jakiś mężczyzna. Sądzę, że to sługa.
Zwraca się do ojca, który przez cały czas trwał w postawie
poszanowania, choć jak ktoś stojący na rozżarzonych węglach.
«Twoja
córka umarła. Już nie trzeba trudzić Nauczyciela. Oddała ducha i
niewiasty wyśpiewują już lamentacje. Matka wysłała mnie, żebym
ci to powiedział, i prosi, abyś zaraz przybył».
Biedny
ojciec wydaje jęk. Podnosi ręce do czoła i ściska je, naciskając
oczy, i zwija się, jakby go uderzono. Jezus, który tak uważnie
słuchał niewiasty i odpowiadał jej, że wydawał się nic nie
słyszeć ani nic nie widzieć, teraz odwraca się. Kładzie rękę
na pochylonych ramionach biednego ojca. [Mówi:]
«Mężu,
powiedziałem ci: „miej wiarę”. Powtarzam ci: „wierz”. Nie
lękaj się. Twoja córeczka będzie żyła. Chodźmy do niej».
I
udaje się w drogę, trzymając mocno przyciśniętego do siebie
zdruzgotanego mężczyznę. Tłum w obliczu tego bólu i łaski,
która już nadeszła, zatrzymuje się onieśmielony, rozstępuje
się, pozwala przejść swobodnie Jezusowi i Jego [uczniom], a potem
idzie za nimi – jakby smuga za przechodzącą Łaską.
Idą
tak koło sto metrów, być może więcej – nie umiem tego ocenić
– i wchodzą coraz bardziej w głąb osady. Przed pięknym z
wyglądu domem widać skupisko ludzi. Komentują głośno wydarzenie,
odpowiadając przenikliwym krzykiem na ostre odgłosy dochodzące z
wnętrza domu przez otwarte na oścież drzwi. To krzyki przenikliwe,
wysokie, utrzymywane na jednej nucie. Wydaje się, jakby dyrygował
nimi jeden głos wyższy, który wznosi się samotnie. Odpowiada mu
grupa głosów słabszych, potem zaś inny chór głosów
silniejszych. To zgiełk, który mógłby doprowadzić do śmierci
kogoś, kto jeszcze żyje. Jezus nakazuje Swoim [uczniom], żeby
pozostali przed wejściem, a przywołuje Piotra, Jana i Jakuba. Z
nimi wchodzi do domu, trzymając wciąż silnie ramię ojca zalanego
łzami. Wydaje się, jakby chciał wlać w niego tym uściskiem
pewność, że On jest tutaj po to, żeby go uszczęśliwić.
Płaczki... powiedziałabym raczej: „krzykaczki”, na widok głowy
rodziny i Nauczyciela zdwajają wrzaski. Uderzają rękoma, poruszają
tamburynami, potrząsają trójkątami i przy tym...
akompaniamencie... wykonują swe lamentacje.
«Zamilknijcie
– mówi Jezus – nie trzeba płakać. Dziewczynka nie umarła,
lecz śpi».
Niewiasty
drą się jeszcze głośniej i niektóre wiją się po ziemi, drapią
się, wyrywają sobie włosy (lub raczej udają to), aby pokazać, że
istotnie umarła. Muzycy i przyjaciele potrząsają głowami wobec
złudzenia, jakiemu [– jak sądzą –] ulega Jezus. Uważają, że
On się łudzi. Jezus jednak powtarza:
«Zamilknijcie!»
– mówi to z taką mocą, że zgiełk, chociaż całkiem nie
wygasa, staje się szmerem.
Idzie
naprzód. Wchodzi do pokoiku. Na łóżku leży martwa dziewczynka:
wychudzona, blada, już ubrana. Jej brunatne włosy starannie
uczesano. Matka, po prawej stronie, płacze przy posłaniu i całuje
małą woskową rękę umarłej. Jezus... jakże jest piękny w tej
chwili! Widziałam Go takim niewiele razy! Podchodzi szybko, wydaje
się ślizgać po podłodze, jakby w locie, tak spieszy się ku temu
posłaniu.
Trzej
apostołowie pozostają przy drzwiach, które zamykają przed nosami
ciekawskich. Ojciec staje przy łóżku. Jezus przechodzi na lewą
stronę, wyciąga lewą rękę i ujmuje nią małą rączkę umarłej,
która poddaje się [bezwładna]. Dobrze widziałam. To lewa ręka
Jezusa i lewa ręka dziewczynki. Podnosi prawą rękę. Otwartą dłoń
ma na wysokości ramion, potem opuszcza ją jak ktoś, kto przysięga
lub rozkazuje. Mówi: «Dziewczynko, mówię ci: wstań!»
Następuje
chwila, w której wszyscy – z wyjątkiem Jezusa i umarłej –
wstrzymują oddech. Apostołowie wyciągają szyje, żeby lepiej
widzieć. Ojciec i matka przyglądają się swemu dziecku udręczonymi
oczyma. Mija chwila. Potem oddech podnosi pierś umarłego dziecka.
Lekki kolor barwi woskową twarz i zaciera siną barwę śmierci.
Uśmiech maluje się na bladych wargach jeszcze przed otwarciem się
oczu, jakby dziewczynka miała piękny sen. Jezus cały czas trzyma
ją za rękę. Dziewczynka otwiera powoli oczy. Rozgląda się wokół
siebie, jakby się właśnie obudziła. Najpierw dostrzega twarz
Jezusa. On patrzy na nią Swymi wspaniałymi oczyma i uśmiecha się
z dobrocią, co dodaje jej śmiałości. Ona także uśmiecha się do
Niego.
«Wstań»
– powtarza jej Jezus.
Ręką
usuwa z posłania rzeczy, rozłożone na nim i obok, przygotowane do
pogrzebu (kwiaty, opaski i itp.). Pomaga jej wstać. Trzymając ją
cały czas za rękę, robi z nią pierwsze kroki.
«Dajcie
jej teraz jeść – nakazuje – Jest zdrowa. Bóg wam ją zwrócił.
Podziękujcie Mu i nikomu nie mówcie o tym, co zaszło. Wiecie, co
się z nią stało. Uwierzyliście i zasłużyliście na cud. Inni
nie mieli wiary. Daremnie usiłowalibyście ich przekonać. Tym,
którzy zaprzeczają cudowi, Bóg się nie objawia. A ty,
dziewczynko, bądź dobra. Żegnajcie! Pokój temu domowi» – [mówi
Jezus] i zamyka za Sobą drzwi. (III (cz. 3–4), 91: 11
marca 1944. A, 2281-2293)
Egli
è per una strada assolata e polverosa che bordeggia la riva del
lago. Si incammina verso il paese circondato da gran folla, che
l'attendeva di certo e che gli si pigia attorno nonostante che gli
apostoli lavorino di braccia e di spalle per fargli largo e alzino la
voce per indurre la folla a lasciare un poco di posto. Ma Gesù non è
inquieto per tanta confusione. Più alto di tutta la testa di chi lo
circonda, guarda con un dolce sorriso la turba che gli si stringe
intorno, risponde ai saluti, accarezza qualche bambino che riesce a
insinuarsi fra la siepe degli adulti e giunge a venirgli vicino, posa
la mano sul capo degli infanti che le madri sollevano oltre il capo
dei presenti perché Egli li tocchi. E cammina intanto. Lentamente,
pazientemente, in mezzo a questo vocio e a queste continue pressioni
che infastidirebbero chiunque.
Una
voce d'uomo grida: «Fate largo, fate largo». É una voce affannata
e deve essere conosciuta da molti e rispettata come quella di persona
influente, perché la folla si apre, con molta fatica tanto è
pigiata, e lascia passare un uomo sulla cinquantina, tutto coperto da
un vestone lungo e sciolto e con una specie di fazzoletto bianco
intorno al capo e ricadente con le falde lungo il viso e il collo.
Giunto davanti a Gesù, si prostra ai suoi piedi e dice: «Oh!
Maestro, perché' sei stato via tanto tempo? La mia bambina è tanto
malata. Nessuno la può guarire. Tu solo sei la speranza mia e della
madre. Vieni, Maestro. Ti attendevo con un'ansia infinita. Vieni,
vieni subito. La mia unica creatura sta morendo...», e piange.
Gesù
posa la mano sul capo dell'uomo piangente, sul capo curvo e scosso
dai singhiozzi, e gli risponde: «Non piangere. Abbi fede. La tua
bambina vivrà. Andiamo da lei. Alzati! Andiamo!». Queste due ultime
parole hanno tono di imperio. Prima era il Consolatore. Ora è il
Dominatore che parla. Si rimettono in moto. Gesù ha al fianco il
padre piangente e lo tiene per mano. Quando un singhiozzo più forte
scuote il pover'uomo, vedo Gesù che lo guarda e gli stringe la mano.
Non fa altro, ma quanta forza deve rifluire in un'anima quando si
sente trattata così da Gesù! Prima, al posto del padre, era
Giacomo. Ma Gesù gli ha fatto cedere il posto al povero padre.
Pietro è dall'altro lato. Giovanni è di fianco a Pietro e cerca con
lo stesso di fare argine alla folla, come fanno Giacomo e l'Iscariota
dall'altro lato, dopo il padre piangente. Gli altri apostoli sono
parte davanti e parte dietro a Gesù. Ma ci vuol altro! Specie i tre
di dietro, fra cui vedo Matteo, non ce la fanno a tenere indietro la
muraglia viva. Ma quando brontolano un po' troppo e quasi quasi
insultano la folla indiscreta, Gesù volge il capo e dice dolcemente:
«Lasciate fare a questi miei piccoli!» Ad un certo momento però si
volge di scatto, lasciando anche andare la mano del padre, e si
ferma. Si volge non col solo capo. Ma con tutto il corpo. Sembra
anche più alto perché ha preso un atteggiamento da re. Col volto e
lo sguardo fatto severo, inquisitore, scruta la folla. I suoi occhi
hanno lampi, non di durezza ma di maestà.
«Chi
mi ha toccato?», chiede. Nessuno risponde. «Chi mi ha toccato,
ripeto», insiste Gesù.
«Maestro»,
rispondono i discepoli, «non lo vedi come la folla ti pigia da ogni
lato? Tutti ti toccano, nonostante i nostri sforzi».
«Chi
mi ha toccato per ottenere miracolo, chiedo. Ho sentito potenza di
miracolo uscire da Me perché un cuore l'invocava con fede. Chi è
questo cuore?». Gli occhi di Gesù si chinano due o tre volte,
mentre parla, su una donnetta sulla quarantina, molto poveramente
vestita e molto sciupata nel volto, la quale cerca di eclissarsi
nella folla, di farsi inghiottire dalla calca. Quegli occhi le devono
bruciare addosso. Comprende che non può sfuggire e torna avanti e
gli si butta ai piedi, quasi col volto nella polvere, le mani protese
che però non osano toccare Gesù.
«Perdono!
Sono io. Ero malata. Dodici anni che ero malata! Sfuggita da tutti.
Mio marito mi ha abbandonata. Ho speso tutto il mio avere per non
essere considerata obbrobrio, per vivere come vivono tutti. Ma
nessuno ha potuto guarirmi. Lo vedi, Maestro? Sono una vecchia
anzitempo. La forza è defluita da me col mio flusso inguaribile, e
la mia pace con essa. M'han detto che Tu sei buono. Me l'ha detto uno
che è stato guarito da Te della sua lebbra e che per esser stato
tanti anni sfuggito da tutti non ha avuto schifo di me. Non ho osato
dirlo prima. Perdono! Ho pensato che solo che ti avessi toccato sarei
guarita. Ma non ti ho reso immondo. Ho appena sfiorato il lembo della
tua veste là dove striscia al suolo, sulle lordure del suolo... Sono
io pure lordura... Ma son guarita, che Tu sia benedetto! Nel momento
che ti ho toccato la veste il mio male è cessato. Sono tornata come
tutte. Non sarò più schivata da tutti. Mio marito, i figli miei, i
parenti potranno stare con me, li potrò accarezzare. Sarò utile
alla mia casa. Grazie, Gesù, Maestro buono. Che Tu sia benedetto in
eterno!».
Gesù
la guarda con una bontà infinita. Le sorride. Le dice: «Va' in
pace, figlia. La tua fede ti ha salvata. Sii guarita per sempre. Sii
buona e felice. Va'».
Mentre
parla ancora, sopraggiunge un uomo, direi un servo, il quale si
rivolge al padre che è stato tutto quel tempo in una attesa
rispettosa ma tormentosa come fosse sulla brace.
«Tua
figlia è morta. Inutile importunare più il Maestro. Il suo spirito
l'ha lasciata e già le donne ne fanno i lamenti. La madre ti manda a
dire ciò e ti prega di venire subito».
Il
povero padre ha un gemito. Si porta le mani alla fronte e se la
stringe comprimendosi gli occhi e curvandosi come fosse colpito.
Gesù, che pare non debba vedere e udire nulla, intento come è ad
ascoltare e rispondere con la donna, si volge invece e pone la mano
sulle spalle curve del povero padre.
«Uomo,
ti ho detto: abbi fede. Ti ripeto: abbi fede. Non temere. La tua
bambina vivrà. Andiamo a lei». E si incammina tenendo stretto a Sé
l'uomo annichilito. La folla, davanti a quel dolore e alla grazia già
avvenuta, si ferma intimorita, si divide, lascia camminare
speditamente Gesù e i suoi, e poi segue come scia la Grazia che
passa. Si fanno così un cento metri circa, forse più – non sono
calcolatrice – e si entra sempre più nel centro del paese. Un
affollamento di gente è davanti ad una casa di civile condizione e
commenta a voce alta e stridula l'accaduto, rispondendo a più alti
stridi che escono dalla porta spalancata. Sono gridi trillati, acuti,
tenuti su una nota monocorde, e sembrano diretti da una voce più
acuta che fa da a solo, alla quale rispondono prima un gruppo di voci
più esili, poi un altro di voci più piene. Un baccano da far morire
anche chi sta bene. Gesù ordina ai suoi di sostare davanti all'uscio
e chiama con Sé Pietro, Giovanni e Giacomo. Entra con questi in casa
tenendo sempre stretto per un braccio il padre piangente. Sembra
voglia infondergli la certezza che Egli è li per farlo felice con
quella stretta. Le... piangenti (io le chiamerei: le urlatrici) nel
vedere il capo di casa e il Maestro raddoppiano il gridio. Battono le
mani, scuotono dei tamburelli, percuotono dei triangoli, e su
questa... musica appoggiano i loro lamenti.
«Tacete»,
dice Gesù. «Non occorre piangere. La fanciulla non è morta, ma
dorme».
Le
donne gettano gridi più forti e alcune si rotolano per terra, si
graffiano, si strappano i capelli (o meglio: ne fanno mostra) per
mostrare che è proprio morta. I suonatori e gli amici scuotono il
capo davanti alla illusione di Gesù. Loro la credono tale.
Ma
Egli ripete un: «Tacete!» talmente energico che il baccano, se non
cessa del tutto, diviene brusio. E passa oltre. Entra in una
cameretta. Sul letto è stesa una fanciulla morta. Magra,
pallidissima, ella giace già vestita e coi bruni capelli accomodati
con cura. La madre piange presso quel lettino dal lato destro e bacia
la cerea manina della morta. Gesù... come è bello ora! Come poche
volte l'ho visto! Gesù si accosta sollecito. Pare che scivoli sul
pavimento, in volo, tanto si affretta a quel letticciuolo. I tre
apostoli restano contro la porta che chiudono in faccia ai curiosi.
Il padre si ferma ai piedi del letto. Gesù va alla sinistra del
lettuccio, tende la mano sinistra e prende con questa la manina
abbandonata della morticina. La mano sinistra. Ho visto bene. É la
sinistra tanto di Gesù che della bambina. Alza il braccio destro
portando la mano aperta sino all'altezza della spalla e poi l'abbassa
con l'atto di uno che giura o comanda. Dice: «Fanciulla, Io te lo
dico. Alzati!».
Un
attimo in cui tutti, meno Gesù e la morta, restano sospesi. Gli
apostoli allungano il collo per vedere meglio. Il padre e la madre
guardano con occhi straziati la loro creatura. Un attimo. Poi un
sospiro alza il petto della morticina. Un lieve colore monta al
visetto cereo e ne annulla le lividure di morte. Un sorriso si
disegna sulle labbra pallide prima ancora che gli occhi si aprano,
come la fanciulla facesse un bel sogno. Gesù le tiene sempre la mano
nella sua mano. La bambina apre dolcemente gli occhi, li gira intorno
come si svegliasse allora. Vede per primo il volto di Gesù che la
fissa coi suoi splendidi occhi e le sorride con bontà che
incoraggia, e gli sorride. «Alzati», ripete Gesù. E scosta con la
sua mano gli apparati funebri che erano sparsi sul lettuccio e ai
lati (fiori, veli, ecc. ecc.) e l'aiuta a scendere, le fa fare i
primi passi tenendola sempre per mano. «Datele da mangiare, ora»,
ordina. «Essa è guarita. Dio ve l'ha resa. Ringraziatelo. E non
dite a nessuno ciò che è accaduto. Voi sapete che era avvenuto di
lei. Avete creduto e avete meritato il miracolo. Gli altri non hanno
avuto fede. Inutile cercare di persuaderli. A chi nega il miracolo
Dio non si mostra. E tu, fanciulla, sii buona. Addio. La pace sia a
questa casa». Ed esce rinchiudendo l'uscio dietro di Sé. (4, 230)
Przekład
polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V,
Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski
TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)
Zapis
grecki: wyd. Nestle-Aland 28
Przekład
polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez
Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał
Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz.
1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6:
2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)
Zapis
włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato
rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001