sobota, 10 kwietnia 2021

(5) Odsłony: Pieśń Anny

Odsłony Poematu Boga-Człowieka
czyli tej Ewangelii, która została objawiona Marii Valtorcie

   W otoczeniu wiosny i kwitnących gałęzi, w sprzyjających okolicznościach, Anna wyśpiewuje pieśń nadziei, świadoma już chwały Bożej, która na niej się wypełniła, kiedy dzięki Bożemu dotykowi jej łono stało się zdolne na przyjęcie życia pomimo posuniętej starości. Wsłuchajmy się w jej słowa:

   Chwała Panu Wszechmogącemu, który miał miłość dla dzieci Dawida. Chwała Panu!


   Przyzywa ona Pana pod imieniem Wszechmocnego, ponieważ doświadczyła na sobie Jego mocy, ponieważ cud właśnie się wydarzył – przyjęła do siebie życie i ono zakiełkowało, mimo że już przestawała mieć nadzieję. Widzi w tym nie swą zasługę, ale poczytuje to za zasługę swego przodka Dawida, którego Pan szczególnie umiłował i w którego rodzie miał przyjść zapowiadany Namaszczony
(1 Krn 17,11-14), który też sam Namaszczonym został nazwany. Anna powtarza słowa „Chwała Panu!”, gdyż w istocie to okazanie miłości nie jest zasługą Dawida, ani jego rodu, ale tylko samego Pana, który okazuje swą łaskę, jak chce, gdzie chce, kiedy chce i komu chce. Okazał Bóg miłość Annie, ale to nie jej zasługa, że właśnie życie w niej zakiełkowało. To zasługa szczególnego wybrania tych, których Bóg umiłował. Oni jednak nie są zasłużeni u siebie, są zasłużeni u Pana – to Jemu należy się chwała. Chwała Panu!


   Jego najwyższa łaska nawiedziła mnie z nieba.


   Najwyższą łaską jest dar życia. Anna śpiewa, że nawiedziła ją ona z nieba – spotkał ją więc dar życia. Śpiewa, że z nieba, ponieważ ten dar życia nie przyszedł ani z własnego wysiłku, ani nie przyniósł go ktoś inny, ale jego źródłem jest sam Bóg. Ludzie wiary mówiąc „z nieba”, chcą powiedzieć „niespodziewanie, nieoczekiwanie”, jakby „znikąd”, „niezasłużenie”, „z dobroci Boga”, „z niewidzialnej łaski przekraczającej ludzkie rozumienie”.


   Stara roślina wypuściła nową gałąź i jestem szczęśliwa.


   Stara roślina jak stary człowiek, nowa gałąź jak małe dziecko w łonie matki. Urodzić w podeszłym wieku to jak cud – to tak, jakby stara, usychająca już roślina wypuściła nagle nową gałązkę. Dlatego czuje się ona szczęśliwa
(beata), błogosławiona, wybrana. Jest szczęśliwa, ponieważ nosi w sobie dziecko, co jest nazywane „stanem błogosławionym”, i jest szczęśliwa, ponieważ spotkało ją niespotykane – na usychającej już roślinie młoda gałązka.


   Na Święcie Świat
eł rzucono nasiono nadziei.


   Na modlitwie podczas święta, w Annie odżyła nadzieja na posiadanie dziecka. To wymowne, że właśnie w świetle pojawiła się iskra. Nie należy jej szukać w ciemnościach, choćby się było w ciemnościach. To światło przynosi nadzieję. Tym światłem jest sam Bóg. To on rzucił tutaj nasiono nadziei – nasienie Boskie, mocniejsze od męskiego.


   Już w
nisanie wonność widzi jej kiełkowanie.


   Anna j
uż w nadziei szczęśliwa odchodzi od zmysłów i widzi niestworzone, nadprzyrodzone. Tak więc wonność w jej oczach jest czująca i widząca – „wonność widzi”. Miesiąc nisan odpowiadający tutaj kwietniowi – miesiącowi kwiecistemu – wyróżnia się mocnymi woniami budzącej się przyrody. To zbudzenie woni Anna postrzega jako Boskie. Przyroda się budzi i wydaje miłe zapachy, ponieważ jest czuła na dar nowego życia. Teraz więc, gdy Anna zostaje obdarzona nowym życiem, zauważa, że ten kwiecisty śpiew przyrody – ta wonność – sama widzi kiełkowanie jej nasiona nadziei. Przyroda współgra z nadprzyrodzonością i zostaje natchniona nadprzyrodzonością dla tych, którzy żyją Duchem Boga. Dlatego teraz to wonność widzi. Wonność powstaje jako wynik życia i odpowiedź na kiełkujące właśnie życie.


   Jak migdał, kwitnie moje ciało na wiosnę.


   Skądże migdał? Nawiązuje tu Anna do pamięci narodu wybranego – do zdarzenia, w którym nadzwyczajnie na lasce Aarona pojawiły się pączki i dojrzałe migdały
(Lb 17,16-26). Wśród dwunastu lasek jedna cudownie zakwitła. Cudowność zaznaczała się w tym, że właśnie ta jedna wybiła się spośród wielu. Podobnie, Anna pośród wielu kobiet starych jedna zakwitła nowym życiem. Migdał – owoc słodki, owoc gorzkawy, owoc tłusty, dorodny, zdrowy – znak nowego życia, obfitość dana z wysoka.


   Czuć wieczorem, że nosi swój owoc.


   Ciało przyszłej matki czuje swój owoc, gdy kładzie się wieczorem na łożu swego snu. Tutaj, wieczór dla Anny jest też wieczorem życia – czasem, który przybliża sen wieczny –
rzeczywistość życia wiecznego.


   Na tej gałęzi rośnie róża, rośnie najsłodsze jabłko.


   Świeże i piękne życie jest jak róża zachwycająca swym zapachem i widokiem. Życie człowieka jest jak najsłodsze jabłko, gdyż będąc na obraz Boga, jest znakiem niebiańskiej łaski.


   Rośnie świecąca gwiazda, rośnie niewinne maleństwo.


   Na roślinie nagle wyrasta gwiazda – coś niebiańskiego; wyrasta maleństwo – ktoś ziemisty. Ponieważ jesteśmy w świecie duchowym, rośliny wydają ciała niebieskie, rośliny wydają ciała ludzkie. Ciała wyrastają z gałęzi, ponieważ ta gałąź jest tutaj życiem. Jest to życie niebiańsko-ziemskie – takie, które wydaje z siebie blaski nieba i takie, które ukrywa się w postaci zlepionej z prochu ziemi.


   Rośnie radość domu, małżonka i małżonki.


   Mały blask, drobne, niewinne życie przynosi radość dla domu – radość dla wewnętrznego życia mężczyzny i kobiety oddanych sobie wzajemnie w miłości tak głęboko, że stanowią jedno ciało i jedno życie.


   Sława Bogu, memu Panu, który miał nade mną litość.


   Bogu należą się dzięki za dar życia dla tej, która była bezdzietna. Bóg ujrzał jej biedę – jej brak – i ubogacił ją – napełnił. Dlatego Anna sławi Boga za litość, jaką jej okazał przez ubogacenie czy napełnienie.


   Powiedziało mi to Jego światło: „Przyjdzie do ciebie gwiazda”.


   Litość Boga została oznajmiona Annie przez światło, które ujrzała. Opowiada o tym zdarzeniu później swemu mężowi, kiedy dzieli się z nim swą świeżą radością. Tak o tym mówi: „Ostatniego dnia, gdy modliłam się w świątyni, najbliżej jak to możliwe dla kobiety przy domu Bożym, a był już wieczór… pamiętasz, że powiedziałam:
«Jeszcze, jeszcze trochę». Nie mogłam oderwać się stamtąd bez otrzymania łaski! Więc w mroku, który już zapadał, z wnętrza miejsca świętego, na które patrzyłam z zauroczeniem duszy, ażeby wydrzeć zgodę od obecnego Boga, ujrzałam wyłaniające się światło, iskrę najpiękniejszego światła. Była lśniąca jak księżyc, a jednak miała w sobie wszystkie światła wszystkich pereł i klejnotów, jakie są na ziemi. Zdawało się, że jedna z cennych gwiazd zasłony, tych gwiazd położonych pod stopami cherubinów, odpina się i staje się blaskiem nadprzyrodzonego światła… zdawało się, że zza zasłony świętej, z samej chwały, powstaje płomień i przychodzi do mnie szybko, i przecinając powietrze, śpiewa głosem niebiańskim, mówiąc: «Niech przyjdzie do ciebie to, o co prosiłaś». I dlatego też śpiewam: «Przyjdzie do ciebie gwiazda»”.

   W postawie Anny ukryta jest tajemnica skutecznej modlitwy. Ona zbliża się do Boga – jest w miejscu możliwie najbliższym, i trwa, nie ustępując, aż nie otrzyma łaski. Czymże jest ta łaska? Czy można ją sobie wyobrazić? Czego właściwie Anna oczekuje? Czy znaku, czegoś cudownego? W istocie oczekuje zapewnienia – oczekuje napełnienia swej duszy, uspokojenia, które dałoby poznać, że została ona wysłuchana, ponieważ dusza na modlitwie nie pragnie niczego innego ponad to. Dusza prawdziwie wierna, czysta w swych zamiarach, pragnie napełnienia siebie obecnością Boga i w tym napełnieniu staje się zaspokojona.

   Anna posiadała szczególny zamiar – nie szukała tylko zaspokojenia duszy, ale pragnęła jeszcze dziecka. Jednak to jej szczególne pragnienie okazało się spójne z pragnieniem napełnienia siebie obecnością Boga, ponieważ mówi, że patrzyła z zauroczeniem na miejsce święte. Była więc wpatrzona w obecność Bożą – tajemniczą obecność ukrywającą się pod znakiem zasłony świątyni. I obecność Boża zdaje się ją napełniać, gdy widząc światło, doświadcza ona czegoś nadzwyczajnego i w świetle widzi więcej – „iskrę najpiękniejszego światła”, „lśniącą jak księżyc”, posiadającą „w sobie wszystkie światła wszystkich pereł i klejnotów, jakie są na ziemi”, gwiazdę spod stóp cherubów, „blask nadprzyrodzonego światła”, „płomień” z samej Bożej chwały.

   Jest to więc światło żywe – nie tylko jakiś zwid czy omam. Anna widząc je, widzi więcej, a także słyszy, jak światło to przemawia do niej śpiewem. Nie jest to śpiew niewyraźny – jakaś melodia, zaśpiewka – ale same słowa, które śpiewają: „Niech przyjdzie do ciebie to, o co prosiłaś”. Anna zdaje się więc słyszeć skrytą modlitwę Bożego Ducha, która objawia jej się w świetle i tajemniczym doświadczeniu. Nikt nie ma dostępu do tej tajemnicy – do tego doświadczenia. Dopiero przez własny śpiew Anna oznajmia to światu – pierw samej przyrodzie, później mężowi przyciągniętemu dziwnym śpiewem, a teraz nam.
   Światło żywe przemówiło do Anny, ale też ją oświeciło. Słowa, które wcześniej były jej dane: „Niech przyjdzie do ciebie to, o co prosiłaś” odczytuje ona w nowym świetle i w swojej pieśni radości nie powtarza już tych samych słów, ale śpiewa: „Powiedziało mi to Jego światło: «Przyjdzie do ciebie gwiazda»”. Światło Boże nie przekazuje tylko wiadomości, jak jakiś światłowód, ale rozjaśnia zmysły i umysł, prowadząc do poznania Boga. Dlatego Anna z pomocą Bożego Ducha wyjaśnia sobie słowa, które wcześniej otrzymała i czyta je w nowym blasku. Życie Boże jest płodne, tętniące, rozkwitające na nowo wciąż nowymi odblaskami tego, co wieczne i Tego, który Wieczny.

   Chwała, chwała! Twoim będzie ten owoc rośliny.


   Podwójne śpiewanie „chwała” oznajmia wielką radość – jej głos dosięga niebios. Anna śpiewa, że owoc będzie „twoim” i właściwie nie jest wiadome, kogo ma na myśli. Czy śpiewa ona to sobie, mówiąc „będzie twój i tylko twój”? Czy też może myśli o Bogu? Patrząc na całość osoby – jej postawę oraz jej późniejsze słowa, wydaje się, że śpiewa to Bogu, ponieważ już zawczasu myśli o odwdzięczeniu się i złożeniu dziecka jako daru w świątyni.

   Podczas rozmowy oboje małżonkowie mówią, że dziecko jest darem dla Niego, wskazując tym samym, że już wcześniej posiadali taki zamysł. To, że zamysł ten był już wcześniejszy, jest uwydatnione przez to, że podczas rozmowy w tej sprawie między małżonkami nie ma pytań, a jest jednomyślność. Nie jest to dla nich żadna sprawa nowa. Widocznie wcześniej powzięli już zamiar, że jeśli otrzymają dziecko, to poświęcą je Bogu. Joachim w rozmowie mówi, odnosząc się do Boga, że „dla Niego jest darem
(offerta),1 poświęcona (ostia)2 przed narodzeniem”, a Anna odpowiada: „Dla Niego jest darem, tak. Chłopczyk bądź dziewczynka, gdy już przez trzy lata nacieszymy się naszym stworzonkiem, oddamy je Panu. My też poświęceni wraz z nią, dla Bożej chwały”.

   Jednak
zauważmy, że w tej pieśni Anna nie zwraca się do Boga przez „Ty”. Nie ma ona w sobie tej poufałości, żeby tak do Niego mówić. Nazywa Go Panem. Więc słowa „twoim będzie” należy odnieść do samej matki czyli do Anny. Potwierdzają to także zdania wypowiedziane wcześniej w pieśni: „Powiedziało mi to Jego światło: «Przyjdzie do ciebie gwiazda»”. W zdaniach tych określenie „ciebie” odnosi się do Anny. Później więc słowa „twoim będzie” nawiązują zwyczajnie do tego samego „ciebie” Anny. Dziecko więc będzie darem dla Boga, ale darem od Anny, jej darem dla Niego.


   Pierwszy i ostatni, święty i czysty jako dar od Pana.


   Owoc rośliny-Anny, jest pierwszy i ostatni, dlatego, że wcześniej nie posiadała ona dziecka i więcej już nie zamierza posiadać (
wyjątkowość cudu). Patrząc głębiej, w tych słowach „pierwszy i ostatni” zawiera się obraz doskonałości. To jakby Słowo Wieczne, które powiedziało o sobie „Ja jestem Alfa i Omega, Pierwszy i Ostatni, Początek i Koniec” (Ap 22,13). Dziwne, że Ta, która miała porodzić Pierwszego i Ostatniego, sama była do niego bardzo podobna, także w tym, że stała się Pierwszą i Ostatnią. Dlatego stała się godną, by przyjąć do swego łona Jedynego.

   Anna wypowiada też wielką tajemnicę. Dziecko, które ma się z niej narodzić, ma być święte i czyste. Nie jest to w jej ustach jakaś przesada zachwyconej matki, lecz mądrość wynikająca z właściwego rozpoznania. To, co dane jest od Pana, od Boga, nie jest inne, jak święte i czyste. Sama Anna zapewne nie zdaje sobie sprawy, ale wypowiada tutaj pewną zapowiedź, że dziecko, które się narodzi będzie nieskalane, nazwane później przez wierzących Wszechświętą, Przeświętą
(gr.
ΠαναγίαPanagia, cs. ПресвѧтаяPrieswiataja, łac. Sanctissima, Tota Sancta, Omnisancta), Niepokalaną, Przeczystą (gr. Ἄχραντος, Ἀκήρατος Achrantos, Akēratos, cs. Пречи́стаяPrieczistaja, łac. Immaculata), Zawsze Dziewicą (gr. Ἀειπαρθένος Aeiparthenos, cs. ПриснодваPrisnodiewa, łac. Semper Virgo) i samym Niepokalanym Poczęciem (łac. Immaculata Conceptio).

   Twoim będzie i przez niego przyjdzie radość i pokój na ziemię.


   Anna nie wyobraża sobie, jak doniosłe i prawdziwe są jej słowa, które śpiewa w zachwycie. Każde dziecko należy do rodzica i każde przynosi radość i pokój dla rodziców, choćby było to dziecko chore i nie w pełni sprawne, dlatego że jest ono owocem miłości i żywym przypomnieniem miłości – obecnością miłości na ziemi. Nie wyobrażała sobie jednak Anna, jak wielkie to słowa „na ziemię” – nie wyobrażała sobie, że dziecko, które z niej się narodzi, przyniesie światu Zbawiciela – prawdziwą Radość i Pokój – To Życie, które nie więdnie, a żyje na wieki.
   Czy to, że mówi „twoim będzie” nie wydaje się samolubnym? Nic nie wskazuje na takie znaczenie tego zwrotu w tej pieśni. Anna cieszy się raczej, że przyczyni się dla dobra – wyda światu owoc, spełni zadanie matki, da dobro z siebie, będzie miała udział w wylaniu Bożej łaski. Nie jest to ten rodzaj zwyrodniałej matki, która mówi „dziecko jest moją własnością i mogę z nim robić, co mi się żywnie podoba”, „ten płód należy do mnie i jeśli zechcę, mogę go uśmiercić”, „to dziecko jest dla mnie utrapieniem i nie chcę mieć z nim nic do czynienia; należy do mnie, ale mam prawo go nie chcieć i zostawić albo wystawić na zabicie”. Nie śpiewa też Anna „twoim będzie, tylko twoim, ty go zrodzisz, tobie należy się chwała”. Dziecko będzie rzeczywiście chwałą matki, ale Anna nie przypisuje sobie tej chwały. Ona oddaje ją od początku Bogu.
   To piękne cieszyć się darem Boga. Przez przyjmowanie Bożego daru i branie go za własny, nie obrażamy wcale Boga, ale Go uznajemy. On zechciał nas ubogacić, nas, Jego własność. On nas, Swoją własność, obdarzył Swoją Własnością, abyśmy stali się do Niego podobni w dawaniu swojej własności światu. Cieszmy się i radujmy, Pan dał nam udział w przyjściu radości i pokoju na ziemię – Pan dał nam udział w przyniesieniu światu Zbawiciela. Pomnijmy jednak, że ta nasza własność jest darem. Składajmy więc stale dzięki Temu, który nas obdarzył i nieprzerwanie obdarza, napełniając przeobficie.


   Leć, czółenko. Nić będzie na płótno dla niemowlątka.


   Pieśń płynie, tak jak leci czółenko – życie się toczy i wije nową szatę dla życia, które właśnie ma się narodzić – życia jeszcze niemówiącego ludzkim głosem, ale już potrzebującego ciepła miłości. W tym nastroju łaski wszystko wypływa od Boga, przenikane jest przez Boga i do Boga przybliża.


   Narodzi się! Do Bog
a śpiewnie idzie pieśń mego serca.


   „Narodzi się” – słowo przybliżające upragniony dzień, tak że staje się obecny już teraz. Już się rodzi w sercu, i stąd pieśń się niesie, opiewając Tego, który jest Sprawcą niecodziennego cudu w codzienności. Źródłem pieśni Anny jest jej serce, jak sama oznajmia to swojemu mężowi – to serce, które może wypowiadać słowa chwały i słowa potępienia. Ponieważ tutaj serce wypowiada słowa chwały i ta chwała jest zanoszona do Boga, widzimy, że Anna śpiewa z Boga, Boga opiewając.

   Pieśń Anny jest pieśnią życia – sprawia ona, że Anna młodnieje i pięknieje. Na jej widok młodnieje też mąż, ponieważ życie Boże zachwyca i rozlewa swoją woń wszędzie wokół i przyjmowane jest przez serca pokorne, gotowe na przyjęcie łaski. Sama Anna mówi: „Powierzyłam pieśni troskę o powiedzenie sobie i powiedzenie tobie wielkiej radości”.

   Pieśń staje się tutaj nośnikiem radości, nośnikiem życia. Anna śpiewa pieśń także sobie samej, ponieważ wydarzenie, o którym śpiewa, wielce ją przerasta i jeszcze niezupełnie je sobie uświadamia. Jest to podobne do modlitwy, w której modlący się zbliża się do Boga, ale nigdy Boga do końca nie zgłębia, więc powtarza modlitwę, aby coraz głębiej Go sobie uświadomić.

   Anna powtarza pieśń swojemu mężowi, Joachimowi, ale nie potrafi jej dokończyć. Jej głos się załamuje, radość się przelewa i wylewa we łzach. Tu mówi ona już nie poezją i nie pieśnią, ale oznajmia wiadomość w rzeczy samej: „Jestem matką, mój kochany!” Mąż czyni żonie lekki wyrzut, mówiąc: „I nie powiedziałaś mi tego?” Anna wyjaśnia wtedy, że musiała się upewnić. To, co ją spotkało, było dla niej tak niespotykane, że obawiała się, czy nie wpadła w złudzenie. Dopiero po przekonaniu się, że jest matką rzeczywiście, dzieli się swoją radością. Nie chce ona dawać mężowi i światu owocu złudzenia, ale owoc prawdziwy. Także radość, która poprzedza narodziny, jest zalążnią prawdziwego owocu.

   Czy to nie niedowiarstwo, że Anna nie mówi Joachimowi o cudzie od razu? Nie wydaje się. Ona raczej wierzy od początku, ale żeby mówić o swojej wierze, musi się w niej utwierdzić. Czeka zapewne na odpowiedni czas – na znak, który by potwierdzał to, co w niej zostało dokonane. Człowiek, w którym dokonany zostaje cud, ma czas, aby przekonać się o cudzie. Cud ma być oczywistością, nie wymaga on wiary. Istotne, aby mieć wiarę, że Bóg cudu może dokonać.

   Anna zastanawia się, kim będzie to dziecko, które objawia się jako gwiazda i mówi „jestem” w Święto Świateł. To zastanowienie nad znakiem wskazuje na Obecność i Objawienie się Boga i Jego Działania – Ojca, Syna i Ducha Świętego. Działa tutaj Bóg. Wobec tego pyta ona, jakie imię nadadzą dziecku. Joachim odpowiada mądrze: „Jeśli będzie chłopcem, nazwiemy go Samuelem. Jeśli dziewczynką, Gwiazdą”. Oba imiona odpowiadają rzeczywistości.
Pierwsze – Jego Imię Bóg – Samuel – nawiązuje do dawnych dziejów, kiedy inna Anna była bezpłodną i została wysłuchana przez Pana, który obdarzył ją dzieckiem, a imię jego było Samuel. Drugie imię – Gwiazda – Maryja – nawiązuje do znaku, jaki został objawiony w świątyni, a także, jak mówi Joachim, jest to „gwiazda naszego morza, perła, szczęście. Imię pierwszej wielkiej kobiety w Izraelu. Jednak ona nie zgrzeszy nigdy przeciw Panu, jedynie Jemu będzie dawała swoją pieśń, ponieważ dla Niego jest darem, poświęcona przed narodzeniem”.


   Chwała Panu Wszechmogącemu,
      który miał miłość dla dzieci Dawida. Chwała Panu!

   Jego najwyższa łaska nawiedziła mnie z nieba.

   Stara roślina wypuściła nową gałąź i jestem szczęśliwa.
   Na Święcie Świateł rzucono nasiono nadziei.
   Już w nisanie wonność widzi jej kiełkowanie.
   Jak migdał, kwitnie moje ciało na wiosnę.
   Czuć wieczorem, że nosi swój owoc.
   Na tej gałęzi rośnie róża, rośnie najsłodsze jabłko.
   Rośnie świecąca gwiazda, rośnie niewinne maleństwo.
   Rośnie radość domu, małżonka i małżonki.
   Sława Bogu, memu Panu, który miał nade mną litość.
   Powiedziało mi to Jego światło: „Przyjdzie do ciebie gwiazda”.
   Chwała, chwała! Twoim będzie ten owoc rośliny.
   Pierwszy i ostatni, święty i czysty jako dar od Pana.
   Twoim będzie i przez niego przyjdzie radość i pokój na ziemię.
   Leć, czółenko. Nić będzie na płótno dla niemowlątka.
   Narodzi się! Do Boga śpiewnie idzie pieśń mego serca.

Przypisy:
1  Dar jako coś przyniesionego, przedstawionego, wystawionego, ofiara.
2  Ktoś poświęcony lub coś poświęconego, zwłaszcza Bogu. W późniejszym znaczeniu chrześcijańskim także hostia, czyli opłatek chleba, który po poświęceniu staje się ciałem Jezusa Chrystusa.
 

sobota, 27 marca 2021

Nabożeństwa (21)

7. Modlitwa.


O
Wieczny, i najłaskawszy Boże, któryś dawał swoim sługom na pustyni, twoją Mannę, chleb tak uwarunkowany, tak uprawniony, że, dla każdego człowieka Manna smakowała jak to, co człowiek lubi najbardziej, pokornie cię błagam, spraw aby ta poprawka, którą uznaję jako część mojego chleba powszedniego, zasmakowała mi tak, żeby to nie jakobym ja, ale jakobyś ty tego smakował, i aby dostroiła ona mój smak, i uczyniła go zgodnym z twoją wolą. Sprawiłbyś że twoje poprawki miałyby smak poniżenia, ale miałyby także smak pocieszenia; smak zagrożenia, ale także zabezpieczenia. Ponieważ więc odcisnąłeś we wszystkich twoich Żywiołach, z których składają się nasze ciała, dwie jawne właściwości, tak że, gdy twój ogień wysusza, to też ogrzewa; i gdy twoja woda nawilża, to też chłodzi, więc O Panie, w tych poprawkach, będących żywiołami naszego odrodzenia, przez które nasze dusze są czynione twoimi, odciśnij twoje dwie właściwości, te dwa zabiegi, aby gdy nas chłoszczą, chłostali nas na drogę do ciebie: aby kiedy nam pokazują, że sami w sobie jesteśmy niczym, mogli pokazać nam także, że ty jesteś wszystkim ku nam. Dlatego kiedy w tej szczególnej okoliczności, O Panie (ależ żadne z twoich Sądów nie są okolicznościami; są one wszystkie z substancji Twojego dobrego zamiaru ku nam), kiedy w tej szczególnej, w której Ten, którego posłałeś, aby mnie wspierał, potrzebował wspierających dla siebie, dałeś mi zobaczyć, jak w kilka godzin możesz wyrzucić mnie poza pomoc ludzi, niech zobaczę tym samym światłem, że żadna gwałtowność choroby, żadne kuszenie Szatana, żadna winność grzechu, żadne więzienie śmierci, ani to pierwsze, to chore łoże, ani drugie więzienie, zamknięty i ciemny grób, nie może odsunąć mnie od wytyczonego, i dobrego zamiaru, który wobec mnie zapieczętowałeś. Niech nie myślę o żadnym stopniu tej Twojej poprawki, przypadkowa, lub bez znaczenia; skoro jednak odczytałem ją w tym języku, tak jak jest poprawką, niech przetłumaczę ją na inny, i odczytam jako miłosierdzie; a co z nich jest Źródłowe, a co Tłumaczeniem; czy Twoje Miłosierdzie, czy Twoja Poprawka, była pierwotnym i źródłowym zamysłem w tej chorobie, nie mogę wywnioskować, chociaż śmierć o mnie wnioskuje; ponieważ tak jak musi się ona koniecznie wydawać poprawką, tak nie mogę mieć większego dowodu twojego miłosierdzia, aniżeli umrzeć w tobie, i przez tę śmierć, być zjednoczonym z tym, który umarł za mnie.

Przekład z angielskiego: Jakub Szukalski


Źródła:
John Donne, Devotions Vpon Emergent Occaſions, and ſeuerall ſteps in my Sicknes, London 1624
John Donne, Devotions Upon Emergent Occasions, Cambridge 1923


+

czwartek, 25 marca 2021

(147) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Zapowiedź męki Jezusa i wyrzuty Piotra

   21 Odtąd zaczął Jezus Chrystus wskazywać swoim uczniom na to, że musi udać się do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów oraz uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie. 22 A Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: «Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie». 23 Lecz On odwrócił się i rzekł do Piotra: «Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku». (Mt 16,21-23)


   31
I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy wiele musi wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że zostanie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. 32 A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. 33 Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: «Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku». (Mk 8,31-33)


   22
I dodał: «Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». (Łk 9,22)


   21
Ἀπὸ τότε ἤρξατο ὁ Ἰησοῦς δεικνύειν τοῖς μαθηταῖς αὐτοῦ ὅτι δεῖ αὐτὸν εἰς Ἱεροσόλυμα ἀπελθεῖν καὶ πολλὰ παθεῖν ἀπὸ τῶν πρεσβυτέρων καὶ ἀρχιερέων καὶ γραμματέων καὶ ἀποκτανθῆναι καὶ τῇ τρίτῃ ἡμέρᾳ ἐγερθῆναι. 22 καὶ προσλαβόμενος αὐτὸν ὁ Πέτρος ἤρξατο ἐπιτιμᾶν αὐτῷ λέγων· ἵλεώς σοι, κύριε· οὐ μὴ ἔσται σοι τοῦτο. 23 ὁ δὲ στραφεὶς εἶπεν τῷ Πέτρῳ· ὕπαγε ὀπίσω μου, σατανᾶ· σκάνδαλον εἶ ἐμοῦ, ὅτι οὐ φρονεῖς τὰ τοῦ θεοῦ ἀλλὰ τὰ τῶν ἀνθρώπων. (Mt 16,21-23)

   31 Καὶ ἤρξατο διδάσκειν αὐτοὺς ὅτι δεῖ τὸν υἱὸν τοῦ ἀνθρώπου πολλὰ παθεῖν καὶ ἀποδοκιμασθῆναι ὑπὸ τῶν πρεσβυτέρων καὶ τῶν ἀρχιερέων καὶ τῶν γραμματέων καὶ ἀποκτανθῆναι καὶ μετὰ τρεῖς ἡμέρας ἀναστῆναι· 32 καὶ παρρησίᾳ τὸν λόγον ἐλάλει. καὶ προσλαβόμενος ὁ Πέτρος αὐτὸν ἤρξατο ἐπιτιμᾶν αὐτῷ. 33 ὁ δὲ ἐπιστραφεὶς καὶ ἰδὼν τοὺς μαθητὰς αὐτοῦ ἐπετίμησεν Πέτρῳ καὶ λέγει· ὕπαγε ὀπίσω μου, σατανᾶ, ὅτι οὐ φρονεῖς τὰ τοῦ θεοῦ ἀλλὰ τὰ τῶν ἀνθρώπων. (Mk 8,31-33)

   22 εἰπὼν ὅτι δεῖ τὸν υἱὸν τοῦ ἀνθρώπου πολλὰ παθεῖν καὶ ἀποδοκιμασθῆναι ἀπὸ τῶν πρεσβυτέρων καὶ ἀρχιερέων καὶ γραμματέων καὶ ἀποκτανθῆναι καὶ τῇ τρίτῃ ἡμέρᾳ ἐγερθῆναι. (Łk 9,22)

   «Syn Człowieczy zostanie wydany w ręce ludzi, dlatego że jest Synem Boga i dlatego że jest też Odkupicielem człowieka. A nie ma odkupienia bez cierpienia. Mój ból będzie cierpieniem członków, ciała i krwi, dla wynagrodzenia za grzechy ciała i krwi. Moje cierpienie będzie psychiczne, dla wynagrodzenia za grzechy umysłu i uczuć. Będzie ono duchowe dla wynagrodzenia za winy duchowe. Będzie całkowite. Dlatego właśnie o ustalonej godzinie zostanę ujęty w Jerozolimie. Po wielu cierpieniach – zadanych przez Starszych i Arcykapłanów, uczonych i faryzeuszy – zostanę skazany na haniebną śmierć. A Bóg na to pozwoli, bo tak ma być. Jestem bowiem Barankiem, który wynagradza za grzechy całego świata. I w morzu boleści – jakie podzieli [ze Mną] Moja Matka i kilka innych osób – umrę na szubienicy. Po trzech dniach – [mocą] Mojej Boskiej woli – powstanę z martwych do życia wiecznego i chwalebnego jako Człowiek. I będę nadal Bogiem w Niebiosach z Ojcem i Duchem. Jednak przedtem muszę wycierpieć różne rodzaje potworności. Moje Serce zostanie przeszyte Kłamstwem i Nienawiścią...»
   Chór wzburzonych głosów wznosi się ku niebu w wonnym i ciepłym powietrzu. Piotr, także zgorszony, ma przerażoną twarz. Ujmuje Jezusa za ramię, prowadzi Go nieco na bok i mówi Mu po cichu do ucha:
   «O, Panie! Nie mów tego. To nie jest dobre. Widzisz? Oni się gorszą. Tracisz szacunek w ich oczach. W żadnym wypadku nie powinieneś pozwolić na to. Poza tym nic podobnego nigdy Ci się nie przytrafi. Po co więc przedstawiać to jako coś prawdziwego? Musisz się coraz bardziej wznosić, pozyskiwać ludzki szacunek, jeśli chcesz zdobyć ich uznanie. I musisz dopełnić [dzieła]... być może przez ostatni cud, jakim byłoby zamienienie w proch Twoich nieprzyjaciół. Ale nie możesz nigdy upokorzyć Siebie i upodobnić się do złoczyńcy ponoszącego karę».
   Piotr wydaje się nauczycielem lub zatroskanym ojcem, czyniącym wyrzuty, pełne zatrwożonej miłości, synowi, który wypowiedział jakieś głupstwo.
   Jezus pochylił się nieco, żeby wysłuchać szeptu Piotra. [Teraz] prostuje się, poważny i z błyskawicami w oczach. Są to błyski gniewu. Woła głośno, żeby wszyscy usłyszeli i żeby ta lekcja przydała się wszystkim:
   «Odejdź daleko ode Mnie! W tej chwili jesteś szatanem, który doradza Mi, jak uchybić posłuszeństwu Mojemu Ojcu! To po to przecież przyszedłem! Nie dla zaszczytów! Ty – doradzając Mi pychę, nieposłuszeństwo, zatwardziałość pozbawioną miłości – usiłujesz pociągnąć Mnie ku złemu. Odejdź! To ty jesteś dla Mnie zgorszeniem! Nie pojmujesz, że wielkość nie mieści się w zaszczytach, lecz w ofierze? [Nie rozumiesz,] że nic nie znaczy, gdy ludziom wydajemy się robakami, jeśli tylko Bóg patrzy na nas jak na aniołów? Ty, człowiek głupi, nie rozumiesz tego, co jest wielkością dla Boga i racją Bożą. Widzisz, osądzasz, słuchasz i mówisz według tego, co ludzkie».
   Biedny Piotr, zmiażdżony tym surowym wyrzutem, oddala się udręczony i płacze... Nie są to łzy radości sprzed kilku dni, lecz łzy smutku tego, który zrozumiał, że zgrzeszył i wywołał cierpienie kogoś, kogo kocha. Jezus zostawia go płaczącego. Zdejmuje sandały, podwija szatę i przechodzi w bród przez strumień. Inni naśladują Go w milczeniu. Nikt nie ośmiela się już nic powiedzieć.
   Z tyłu, za wszystkimi, idzie biedny Piotr. Izaak i Zelota usiłują go pocieszyć. Daremnie. Andrzej ogląda się za siebie kilka razy, żeby na niego spojrzeć. Potem szepcze coś do bardzo strapionego Jana, który jednak kręci głową na znak odmowy. Wtedy Andrzej podejmuje decyzję. Biegnie do przodu, dochodzi do Jezusa i zwraca się do Niego cicho, z widoczną obawą:
   «Nauczycielu! Nauczycielu!...»
   Jezus nie reaguje, mimo że [Andrzej] woła kilka razy. Wreszcie odwraca się z surowym obliczem i pyta: «Czego chcesz?»
   «Nauczycielu, mój brat jest smutny... płacze...»
   «Zasłużył na to» [– odpowiada Andrzejowi Jezus.]
   «To prawda, Panie. Ale on wciąż jest człowiekiem... Nie zawsze potrafi dobrze mówić» [– tłumaczy Piotra Andrzej.]
   «Istotnie, dziś mówił bardzo źle» – odpowiada Jezus. Jest już jednak mniej surowy i błysk uśmiechu łagodzi wyraz Jego Boskich oczu. Andrzej nabiera więc odwagi i ciągnie swą mowę w obronie brata: «Ale Ty jesteś sprawiedliwy i wiesz, że to jego miłość do Ciebie wywołała ten błąd....»
   «Miłość powinna być światłem, a nie – ciemnościami. On zaś uczynił ją ciemnością i otoczył nią swego ducha».
   «To prawda, Panie. Jednak [zwykłe] opaski można zdjąć, kiedy się chce. Nie jest tak jednak, kiedy ma się zaciemnionego ducha. Opaski są na zewnątrz. Duch jest w środku, to żyjące jądro... Wnętrze mojego brata jest dobre».
   «Niechaj więc zdejmie opaski, które na nie nałożył» [– mówi Jezus.]
   «Z pewnością to uczyni, Panie! Właśnie to robi. Odwróć się i spójrz, jak jest wykrzywiony przez łzy, których Ty nie pocieszasz. Dlaczego byłeś wobec niego tak surowy?» [– pyta dalej Andrzej]
   «Dlatego że on ma być „pierwszym”. Uczyniłem mu ten zaszczyt. Kto wiele otrzymuje, wiele powinien dawać...» [– wyjaśnia Jezus.]
   «O, Panie! To prawda, tak. Ale czy nie pamiętasz Marii, siostry Łazarza? A Jana z Endor? Aglae? ‘Pięknej z Korozain’? Lewiego? Dałeś im wszystko... a oni dali Ci tylko pragnienie swego odkupienia... Panie!... Wysłuchałeś mnie, gdy chodziło o ‘Piękną z Korozain’ i o Aglae... Czy nie wysłuchasz mnie, [gdy proszę za] Twoim i moim Szymonem, który zgrzeszył z miłości do Ciebie?»
   Jezus spogląda na ‘łagodnego’ – który ośmiela się natarczywie prosić za swoim bratem, jak czynił to w cichości za Aglae i ‘Piękną z Korozain’ – i Jego twarz się rozpromienia. Mówi:
   «Idź, zawołaj swego brata. I przyprowadź go tutaj».
   «O! Dziękuję, mój Panie! Idę...» – i [Andrzej] oddala się biegiem, szybki jak jaskółka.
   «Chodź, Szymonie. Nauczyciel już się na ciebie nie gniewa. Chodź, On chce ci to powiedzieć».
   [Piotr się sprzeciwia:]
   «Nie, nie. Ja się wstydzę... Dopiero przed chwilą czynił mi wyrzuty... Chce mnie widzieć, żeby robić to dalej...»
   «Jak ty Go mało znasz! Chodźmy, chodź! Czy sądzisz, że prowadziłbym cię tam, żeby ci zadać ból? Gdybym nie był pewny, że czeka cię wielka radość, nie nalegałbym. Chodź».
   «Ale co ja Mu powiem?» – mówi Piotr i rusza naprzód trochę niechętnie. Powstrzymuje go ludzka natura, a zachęca duch, który nie może się obyć bez wyrozumiałości Jezusa i Jego miłości.
   «Co ja Mu powiem?» – zastanawia się cały czas.
   «Ależ nic! Pokaż mu swą twarz i to wystarczy» – mówi Andrzej dla dodania odwagi bratu.
   Wszyscy mijający ich po kolei uczniowie spoglądają na braci i uśmiechają się. Pojmują, o co chodzi. Bracia zaś dochodzą do Jezusa. Piotr jednak w ostatniej chwili zatrzymuje się. Andrzej nie zastanawia się. Popycha go do przodu tak energicznie, jakby wypychał łódź na głęboką wodę. Jezus zatrzymuje się... Piotr podnosi głowę... Jezus spuszcza głowę... Patrzą na siebie... Dwie wielkie łzy toczą się po zupełnie czerwonych policzkach Piotra...
   «No, chodź tutaj, wielkie bezmyślne dziecko, któremu służę za ojca ocierającego łzy» – mówi Jezus. Podnosi dłoń, na której jest jeszcze ślad rany zadanej w Giszali. Ociera łzy [Piotra] palcami.
   «O, Panie! Przebaczyłeś mi?» – pyta Piotr z drżeniem, ujmując dłoń Jezusa w swe dłonie. Patrzy na Niego oczyma wiernego psa, który pragnie otrzymać przebaczenie od pana.
   «Nigdy cię nie potępiłem...» [– mówi do niego Jezus.]
   «Ale przedtem...» [– przerywa Piotr.]
   «Okazałem ci miłość. Miłością jest nie pozwolić na zakorzenienie się w tobie wykrzywionych uczuć i mądrości. Masz być pierwszym we wszystkim, Szymonie Piotrze».
   [Piotr odpowiada:] «W takim razie... w takim razie Ty... jeszcze mnie kochasz? Jeszcze mnie chcesz? To nie dlatego, że chciałbym pierwszego miejsca... Wiesz o tym... Wystarczy mi nawet zająć ostatnie, byle tylko być z Tobą, na Twojej służbie... i umrzeć na Twojej służbie, Panie, mój Boże!»
   Jezus obejmuje go ramieniem i tuli do Siebie. Wtedy Szymon, który dotąd nie puścił ręki Jezusa, okrywa ją pocałunkami... Szepcze, uszczęśliwiony: «O, jakże cierpiałem!... Dziękuję, Jezu».
   «Podziękuj raczej twemu bratu. I umiej na przyszłość nieść swoje jarzmo tak, jak należy, i po bohatersku». (IV [cz. 1-2], 34: 30 listopada 1945. A, 7146-7164)

   «Il Figlio dell’uomo sarà dato in mano degli uomini perché Egli è il Figlio di Dio ma è anche il Redentore dell’uomo. E non c’è redenzione senza sofferenza. La mia sofferenza sarà del corpo, della carne e del sangue, per riparare i peccati della carne e del sangue. Sarà morale per riparare ai peccati della mente e delle passioni. Sarà spirituale per riparare alle colpe dello spirito. Completa sarà. Perciò all’ora fissata Io sarò preso, in Gerusalemme, e dopo avere già sofferto per colpa degli Anziani e dei sommi sacerdoti, degli scribi e dei farisei, sarò condannato a morte infamante. E Dio lascerà fare perché così deve essere, essendo Io l’Agnello di espiazione per i peccati di tutto il mondo. E in un mare di angoscia, condivisa da mia Madre e da poche altre persone, morirò sul patibolo, e tre giorni dopo, per mio solo volere divino, risusciterò a vita eterna e gloriosa come Uomo e tornerò ad essere Dio in Cielo col Padre e con lo Spirito. (Cioè non più Dio in Terra, (Figlio rimasto unito col Padre), ma Dio in Cielo, (Figlio tornato nel Padre), come è spiegato in nota al Cap 342. L’espressione è simile a quella riportata in Giovanni 16, 28: “Sono uscito dal Padre e sono venuto nel mondo, ora lascio di nuovo il mondo e vado al Padre”; ed è conforme alla formulazione del “Credo”: “discese dal Cielo, … è salito al Cielo, siede alla destra del Padre”). Ma prima dovrò patire ogni obbrobrio ed avere il cuore trafitto dalla Menzogna e dall’Odio».
   Un coro di grida scandalizzate si leva per l’aria tiepida e profumata di primavera.
   Pietro, con un viso sgomento, e scandalizzato lui pure, prende Gesù per un braccio e lo tira un poco da parte dicendogli piano all’orecchio: «Ohibò, Signore! Non dire questo. Non sta bene. Tu vedi? Essi si scandalizzano. Tu decadi dal loro concetto. Per nessuna cosa al mondo Tu devi permettere questo; ma già una simile cosa non ti avverrà mai. Perché dunque prospettarla come vera? Tu devi salire sempre più nel concetto degli uomini, se ti vuoi affermare, e devi terminare magari con un ultimo miracolo, quale quello di incenerire i tuoi nemici. Ma mai avvilirti a renderti uguale a un malfattore punito». E Pietro pare un maestro o un padre afflitto che rimproveri, amorevolmente affannato, un figlio che ha detto una stoltezza.
   Gesù che era un poco curvo per ascoltare il bisbiglio di Pietro, si alza severo, con dei raggi negli occhi, ma raggi di corruccio, e grida forte, che tutti sentano e la lezione serva a tutti: «Và lontano da Me, tu che in questo momento sei un satana che mi consigli a venire meno all’ubbidienza del Padre mio! Per questo Io sono venuto! Non per gli onori! Tu, col consigliarmi alla superbia, alla disubbidienza e al rigore senza carità, tenti sedurmi al Male. Và! Mi sei scandalo! Tu non capisci che la grandezza sta non negli onori ma nel sacrificio e che nulla è apparire un verme agli uomini se Dio ci giudica angeli? Tu, uomo stolto, non capisci ciò che è grandezza di Dio e ragione di Dio e vedi, giudichi, senti, parli, con quel che è dell’uomo».
   Il povero Pietro resta annichilito sotto il rimprovero severo; si scansa mortificato e piange… E non è il pianto gioioso di pochi giorni prima. Ma un pianto desolato di chi capisce di avere peccato e di avere addolorato chi ama.
   E Gesù lo lascia piangere. Si scalza, rialza le vesti e passa a guado il ruscello. Gli altri lo imitano in silenzio. Nessuno osa dire una parola. In coda a tutti è il povero Pietro, invano consolato da Isacco e dallo Zelote.
   Andrea si volge più di una volta a guardarlo e poi mormora qualcosa a Giovanni, che è tutto afflitto. Ma Giovanni scuote il capo con cenni di diniego. Allora Andrea si decide. Corre avanti. Raggiunge Gesù, chiama piano, con apparente tremore: «Maestro! Maestro!…».
   Gesù lo lascia chiamare più volte. Infine si volge severo e chiede: «Che vuoi?».
   «Maestro, mio fratello è afflitto… piange…».
   «Se lo è meritato».
   «E’ vero, Signore. Ma egli è sempre un uomo… Non può sempre parlare bene».
   «Infatti oggi ha parlato molto male », risponde Gesù. Ma è già meno severo e una scintilla di sorriso gli molce l’occhio divino.
   Andrea si rinfranca e aumenta la sua perorazione a pro del fratello. «Ma Tu sei giusto e sai che amore di Te lo fece errare…».
   «L’amore deve essere la luce, non tenebre. Egli lo ha fatto tenebre e se ne è fasciato lo spirito».
   «E’ vero, Signore. Ma le fasce si possono levare quando si voglia. Non è come avere lo spirito stesso tenebroso. Le fasce sono l’esterno. Lo spirito è l’interno, il nucleo vivo. L’interno di mio fratello è buono».
   «Si levi allora le fasce che vi ha messo».
   «Certamente che lo farà, Signore! Lo sta già facendo. Volgiti a guardarlo come è sfigurato dal pianto che Tu non consoli. Perché severo così con lui?».
   «Perché egli ha il dovere di essere “il primo” così come Io gli ho dato l’onore di esserlo. Chi molto riceve molto deve dare…».
   «Oh! Signore! È vero, si. Ma non ti ricordi di Maria di Lazzaro? Di Giovanni di Endor? Di Aglae? Della Bella di Corozim? Di Levi? A questi Tu hai tutto dato… ed essi non ti avevano dato ancora che l’intenzione di redimersi… Signore!… Tu mi hai ascoltato per la Bella di Corozim e per Aglae… Non mi scolteresti per il tuo e mio Simone, che peccò per amore di Te?».
   Gesù abbassa gli occhi sul mite che si fa audace e pressante in favore del fratello come lo fu, silenziosamente, per Aglae e la Bella di Corozim, e il suo viso splende di luce: «Và a chiamarmi tuo fratello », dice «e portamelo qui».
   «Oh! grazie, mio Signore! Vado…», e corre via, lesto come una rondine.
   «Vieni, Simone. Il Maestro non è più in collera con te. Vieni, che te lo vuole dire».
   «No, no. Io mi vergogno… Da troppo poco tempo mi ha rimproverato… Deve volermi per rimproverarmi ancora…».
   «Come lo conosci male! Su vieni! Ti pare che io ti porterei ad un’altra sofferenza? Se non fossi certo che ti attende là una gioia, non insisterei. Vieni».
   «Ma che gli dirò mai? », dice Pietro avviandosi un poco recalcitrante, frenato dalla sua umanità, spronato dal suo spirito che non può stare senza la condiscendenza di Gesù e senza il suo amore. «Che gli dirò?», continua a chiedere.
   «Ma nulla! Mostragli il tuo volto e basterà », lo rincuora il fratello.
   Tutti i discepoli, man mano che i due li sorpassano, guardano i due fratelli e sorridono, comprendendo ciò che avviene.
   Gesù è raggiunto. Ma Pietro si arresta all’ultimo momento. Andrea non fa storie. Con una energica spinta, uso quelle che dà alla barca per spingerla al largo, lo butta avanti. Gesù si ferma… Pietro alza il viso… Gesù abbassa il viso… Si guardano… Due lacrimosi rotolano giù per le guance arrossate di Pietro…
   «Qui, grande bambino riflessivo, che ti faccia da padre asciugando questo pianto», dice Gesù e alza la mano, sulla quale è ancora ben visibile il segno della sassata di Giocala, e asciuga con le sue dita quelle lacrime.
   «Oh! Signore! Mi hai perdonato? », chiede Pietro tremebondo, afferrando la mano di Gesù fra le sue e guardandolo con due occhi di cane fedele che vuole farsi perdonare dal padrone inquieto.
   «Non ti ho mai colpito di condanna…».
   «Ma prima…».
   «Ti ho amato. È amore non permettere che in te prendano radice deviazioni di sentimento e di sapienza. Devi essere il primo in tutto, Simon Pietro».
   «Allora… allora Tu mi vuoi bene ancora? Tu mi vuoi ancora? Non che io voglia il primo posto, sai? Mi basta anche l’ultimo, ma essere con Te, al tuo servizio… e morirci al tuo servizio, Signore, mio Dio!».
   Gesù gli passa il braccio sulle spalle e se lo stringe al fianco. Allora Simone, che non ha mai lasciato andare l’altra mano di Gesù, la copre di baci… felice. E mormora: «Quanto ho sofferto!… Grazie, Gesù».
   «Ringrazia tuo fratello, piuttosto. E sappi in futuro portare il tuo peso con giustizia ed eroismo. Attendiamo gli altri. Dove sono?». (5, 346)


Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)


Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28


Przekład polski 
Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)


Zapis włoski: Maria Valtorta, 
L’Evangelo come mi e' stato rivelato, 
Edizioni Paoline, Pisa 2001


poniedziałek, 22 marca 2021

niedziela, 21 marca 2021

(102) Żywoty Świętych: Nicetas z Medikionu

Żywot Ś. Nicety Opata,
pisany od Teosterykta ucznia jego, położony u Metafrasta.
Żył około roku Pańskiego, 780.
kiedy obrazobórskie kacerstwo zaczęte było.
1


   Niceta urodzony w Bytyniej, skoro po śmierci matki swej, która ósmego dnia na świat go wypuściwszy, umarła, będąc jedynakiem ojcu, zaślubiony był na służbę Bożą –
2i skoro z dzieciństwa wyrósł, sługom kościelnym oddany jest. Z młodości nauk pilnował, dziecinnych się zabaw i igrania strzegł, w młodym ciele męskie postępki po sobie pokazował, Psałterz umiał, i w zakrystiej się około posług kościelnych latom swym przystojnych, jako Samuel Prorok bawił. A potym prawdziwie świat i rozkoszy jego opuszczając, do klasztora Medycyńskiego poszedł – i od Nicefora, który na ten czas starszym tam był, na żywot zakonny i doskonałość Ewangeliej ś. wyćwiczony był – tam będąc, światu został, jako mówi Apostoł,3 ukrzyżowany, a świat też jemu – już nie żył sobie, ale Chrystusowi i starszemu swemu – chęć wszytkę świecką w niebieskich rzeczy pragnieniu umarzając. 4Trudność onę która w nas jest ku szczeremu i uprzejmemu posłuszeństwu, rychło w sobie wiarą wielką ułacnił – gdy to co mu starszy rozkazał, za głos Boży sobie poczytał, a dworności żadnej i wątpienia w tym co mu rozkazano nie przypuszczał, ale ochotnie wypełniał. Myśl jego ustawicznie się na rozmyślaniu śmierci i końca naszego bawiła. Brzuchowi swemu umiał rozkazować, mierne mu tylo potrzeby dając, a nic zbytniego nie pozwalając. Czystość cielesną tak chował, jakoby nie w ciele żył – gdy nieskazitelnemu ciału to próchniejące podobne czyniąc, Anielski żywot wiódł na ziemi. Popędliwości gniewliwej wiarował się pilnie, a uprzejmość towarzyską miłując, nienawiść, zazdrość, obmowy, posądzania, daleko od siebie oddalał – mowy próżnej i żartownej się strzegł – nic nie umiał, jedno pismo ś. rozmyślać, a ochotną modlitwę P. Bogu czynić – na okazowanie też i próżnej u ludzi czci pragnienie, nic nie czynił – a pokorą niezmyśloną każdemu się poniżał, i napodlejszemu posłuszeństwo i poddaność ukazując – pochlebstwa żadnego z miłości ku samemu sobie nie przypuszczał – chędogiej sukniej nie szukał – ale ciałem swym gardząc, o to się starał, aby je tylo czyste P. Bogu ofiarował.
   Gdy się tak długo i statecznie zachował, kapłanem został, i starszym go klasztoru onego uczyniono. Czego acz nie rad przyjął, ale iż się już był nauczył, niwczym się starszym swym nie sprzeciwił, i mając to za wolą Bożą, na tym przestał. I pilnie trzodę onę sprawując, prędko klasztor on w liczbie sług Bożych i w cnotach doskonałości rozmnożył. Bo na sławę jego wiele ich świat opuszczało a do niego szło. A miedzy innymi niejaki Atanazjus, którego ociec tego jednego mając, a zacnym i bogatym będąc, z klasztora mocą wziął, i szaty na nim mniskie drapając, drogiemi go przyodział.
5Lecz Atanazjus one drogie podrapał – a gdy był srogo od ojca bity, umysłu nie mienił, tak długo aż ociec się obaczył, i przepraszając syna, do onego klasztoru ś. Nicety ze czcią odesłał. 6Wielce był ten Atanazjus pomocny ś. Nicecie do sprawowania braciej – bo miłując się barzo spólnie, wiernie sobie pomagali do tego, aby bracia we wszytkich cnotach Chrześcijańskich kwitnęli. Jeden był barzo łaskawy, a drugi trochę surowszy – jeden na gromienie niedbałych i występnych, a drugi na pociechę i pobudkę bojaźliwych i stroskanych, swych darów używał. Na te też którzy inne w postępku duchownym wybiegali, dobre oko mieli, aby w pychę i rozumienie o sobie nie upadli. Miłość wielką miedzy bracią, jako miedzy ucznie Chrystusowe szczepili. Mieli też tajemne swe widze, którzy im odnosili, gdy bracia ich co sobie okrom oczu starszych nieprzystojnie poczynali. Sam ś. Niceta upominaniem spólnym do wszytkich, i osobliwie w komórce swej, osobnym rozmawianim, bojaźń Bożą i doskonałe cnoty w serca ich szczepił, polewał, do wzrostu i pożytku duchownego pomagał – jako wierny robotnik Pańskiej winnice, i rolej Bożej. 7Zwłaszcza gdyż ich tak nauczał, aby każdy z swoją pokusą, ciężkością, tesknością, sumnieniem, wątpieniem, roztargnieniem, do niego bieżał – a jemu się wszytkiej niemocy swej duchownej, jako umiejętnemu lekarzowi, zwierzał. Z twarzy też drugdy i smutku poznał upadek jaki, i ludzkiej natury ułomność – i wzywając brata do komórki swej, przystojną mu radę i naukę do serca włewał.
   Potym, jako mówi pismo: kto mnie czci, mówi Pan Bóg, uczczon też ode mnie będzie – dał mu P. Bóg moc na czynienie ludziom niebieskich dobrodziejstw w cudach i leczeniu rozmaitych niemocy. Niememu młodzieńcowi znakiem krzyża ś. mowę przywrócił – od rozumu odchodzącego brata, pomazaniem oleju świętego, ku pierwszemu zdrowiu przywiódł – czarta od drugiego, który do zakonu wniść chciał, modlitwą i krzyżem ś. odpędził.
8Za czasów jego wszczęło się ono niezbedne kacerstwo Obrazobórskie, które z kościołów Bożych obrazy z starodawna jeszcze od czasów Apostolskich stawiane, wymiatało – czci Bogu i świętym jego w obrazach uwłócząc. Gdyż cześć którą obrazowi czynim, na tego się którego obraz jest, ściąga i wlewa.
   Tego kacerstwa powód był od samychże Cesarzów i Monarchów państwa Rzymskiego.
9Bo naprzód Leo trzeci, Isaurykus nazwany, nie pomniąc na Pana, który mu królestwo dał, podniósł się przeciw jemu – i wymiatał obrazy Chrystusowe, mówiąc: nie godzi się Chrystusa malować. A k myśli swej nalazł onego złego Patriarchę Carogrodzkiego, który mu tej niezbożności pomagał. 10A po śmierci tego Cesarza nastał syn jego Konstantyn piąty, Kopronim nazwany, jeszcze daleko gorszy – który nie tylo obrazy wymiatał, ale i świętych świętymi zwać zakazał – ich kościami gardził i za nic ich nie miał – i krótko mówiąc, zwierzchu był Chrześcijaninem, a Żydem wewnątrz. Bo i przeczystą Matkę Bożą, która nad wszytko stworzenie uczczona, i obroną a ucieczką jest światu wszytkiemu, gardzić i z kościoła jej imię wyrzucić śmiał – a przyczyny jej, którą się świat wspiera, ani wspomnieć kazał – i na jej wzgardę ukazował mieszek z pieniądzmi, i mówił: a drogi to mieszek? Odpowiedział ktokolwiek: tak drogi ile w nim pieniędzy. A potym wysypawszy z niego pieniądze, pytał: a teraz drogi jest? Powiadali: nic nie waży. 11A on potym mówił: tak też Panna Maryja, póki miała w żywocie swym Chrystusa, póty była ważną i drogą – ale skoro go porodziła, staniała, a nic nie jest od innych różna. O niepoczciwe usta a bluźnienie na Matkę Bożą nieznośne. Izali królowa syna królewskiego porodziwszy, synowskiej czci już nie ma? Izali matka póty tylo czci godna jest, póki w żywocie nosi? A co ten bluźnierca od Żydów był różny? I nie mając na tym dosyć, ktokolwiek tak czynić i trzymać z nim niechciał, abo go z ziemie wywołał, abo mękami srogimi zabił, 12abo w więzieniu gnoił, ścinał, ćwiertował, na pale wbijał święte Boże wyznawce, którzy się o obrazy zastawiali, i onego Szczepana, onemu drugiemu pierwszemu Szczepanowi podobnego, srodze zamordował. Kryli się wierni po górach, po jaskiniach – a drudzy przestraszeni przyzwalali – drudzy zwiedzieni w tenże błąd upadali – drudzy się w mękach prawdy przeli – drudzy dla rozkoszy, urzędów, panowania (jakich było więcej) niezbożnenu onemu panu pochlebowali.
   Starał się ten zły pan o to nawięcej, aby zakonne ludzie i mnichy wykorzenił i wszytki wygubił.
13Ten to był Cesarz, którego gdy maluczkim dziecięciem chrzczono, wodę w której był chrzczony, łajny swymi splugawił – wnet prorokował Germanus Biskup Carogrodzki, iż miał Chrzest swój splugawić, i w kościół Boży smród puścić – i tak się zstało. Po śmierci tego tyranna syn jego krótko żyjąc Leo czwarty, tak złym się nie pokazał – aż gdy i ten umarł, i nastąpiła Irene Cesarzowa z maluczkim synem Konstantynem szóstym, ta wszytko za pomocą Bożą naprawiła, 14i o pokój Kościołowi Bożemu i naprawę jego, i przywrócenie obrazów, przez zbór siódmy w Nicejej uczyniony, wiernie się postarała. Potym nastał Leo piąty Cesarz, Armenikus nazwany, który onego Leona trzeciego sprośnego wynalaźcę kacerstwa obrazobórskiego i syna jego naśladując, błędy wznowił, i wielkie rozerwanie w kościele uczynił, prawowierne srodze prześladując. Nalazł swej myśli służących wiele, i w radzie swej i miedzy kapłany, Jana niejakiego diabelskie naczynie, i miedzy mnichy Leoncjusa niejakiego i Zozyma.
   Ten tedy Cesarz, chcąc to kacerstwo wznowić i po wszytkim państwie swym rozsiać – zezwał do pałacu swego Biskupy i mnichy ze wszytkiego Państwa swego –
15i chciał aby z jego onymi heretyki przed nim dysputowali – a zataiwszy heretyki w jednym pałacu swym, sam pierwej mówił z Katolikami, czyniąc się przed nimi Katolikiem – i wyrwał obraz z zanadrza, i mówił do Biskupów: ja też także jako i wy trzymam, i obrazy czczę – ale muszę też i drugiej strony słuchać, a przy kim prawdę być uznam, za tym pójdę – przeto chciejcie z nimi rozmówić a onych też wysłuchać. 16Lecz Patriarcha Niceforus i inni wszyscy Biskupi na to przyzwolić niechcieli, aby ich na oczy puścić, a o to z nimi mówić mieli – gdyż byli już od ś. Zboru Niceńskiego potępieni, a wiedzieli też iż za nimi Cesarz stoi. I mówili wolnie Cesarzowi: Takie rzeczy święte i kościelne nie na pałacu Cesarskim, ale na miejscu swym przystojnym odprawować się mają. A Cesarz mówił: ale ja was zgodzić i pojednać chcę – dajcie jedno im miejsce, iż ich wysłuchamy co też mówią. Powiedzieli mu: jeśli nas zgodzić chcesz – czemu jednej stronie pomagasz, one przechowywasz, Katolikom usta po wielu miejscach zamykasz, i nauczać wolnie nie dopuszczasz? Nie czyni tego jednacz, ale ten który już do jednej strony przystał. 17Rzecze Cesarz: przeto z nimi gadać niechcecie, iż wam pisma i prawdy przeciw im nie zstaje. Odpowiedzieli przez Teofilakta Nikomedyjskiego: mamy Cesarzu miły, świadek Chrystus, świadectwa i pisma dosyć przeciw im – ale oni są ci, którzy mając uszy nie słyszą, i oczy mając nie widzą. Im nic nie pomożem, a zwłaszcza gdy nas twoja świecka ręka przyciska. Bo gdy im ty pomagasz, by dobrze i Manicheusza heretyka tu teraz przywiódł – pewnie za pomocą twoją na tym gadaniu wygra – a nam prawda żadna nie pomoże.
   I powiedział Eutymius Sardeński Biskup: słuchaj Cesarzu – obrazy jeszcze od wieków Apostolskich Kościół czci i onych używa – jeśli podanie Apostolskie trzymać Apostoł każe – bądź tego pewien, by i Anioł z nieba zstąpił a inaczej uczył, wyklęty u nas będzie – a zwłaszcza iż święty Zbór Niceński, nie dawno takie kacerstwo potępił. Ten Zbór sam Chrystus palcem swoim napisał, dając Ojcom świętym taką zgodę i ducha jedności. Nakoniec powiedział Teodorus zacny nauczyciel kościelny i ostry kaznodzieja: Cesarzu nie wdawaj się w rzeczy kościelne i rządu ich nie przewracaj – słuchaj co mówi Apostoł:
18 Postawił Pan Bóg w Kościele naprzód Apostoły, potym Proroki, potym Pasterze i Doktory na doskonałość świętych, a Królów nigdziej nie wspomina – 19tobie Cesarzu świeckie państwo i wojsko zlecone jest – tegoż ty pilnuj – a sprawy kościelne Pasterzom i Doktorom pozostaw – a jeśli niechcesz, wiedz iż około rzeczy już w wierze ś. postanowionych nie tylo ciebie, ale i z nieba przychodzącego, nie posłuchamy. 20Zwątpiwszy Cesarz o ich przełomieniu – wypędziwszy je niepoczciwie z pałacu, wszytkich z ziemie wywołał – Patriarchę Nicefora wygnał, innego swego błędu uczestnika Teodora postawił – i wielkie na kościół prześladowanie puścił – i uczynił Żydowski zbór, zebrawszy heretyckie Biskupy, którzy ojce prawowierne potępili – sami potępienie na głowy swoje kując.
   Mnichy także do swego kacerstwa pierwej łagodną namową Cesarz, potym mocą przyciągał – 21a gdy mocnego serca ich przekonać nie mógł, wszytki na wygnanie potępił.22 Ledwie byli pięć dni mniszy oni na wygnaniu, a już kazał je zasię nazad do Carogrodu, z takąż nędzą i trudnością przyprowadzić – aby je namową ułowić, abo okrutnymi mękami zniewolić mógł. I wsadzono je w ciemne więzienie, tak jako chodzili, trudząc je niewyspanim, zimnem i głodem – trochę im tylko chleba spleśniałego a wody śmierdzącej podając. Wszakże tym zakonni oni ludzie zwyciężyć się nie dali, i umrzeć zaprawdę radzi chcieli – aż innę na nie samołówkę nalazł Cesarz – wskazując do nich, iż nic innego po nich nie pragnie, jedno żeby z Teodorem Patriarchą Carogrodzkim od niego postanowionym, uczestnictwo przyjęli, a do swych klasztorów spokojnie poszli. 23I tak zwiedzieni oni mniszy, niebacznie w grzech wpadli – przyzwolili, poszli do swych klasztorów – acz potym błędu swego żałując, poprawili.
   24Lecz Niceta na to żadną miarą zezwolić niechciał, wiedząc iż uczestnictwo z heretykiem brać, nic było innego, jedno na jego błędy zezwalać, i z nim zaraz wyklętym być a prawdy odstąpić. Wszakże gdy go namawiali oni starzy ojcowie, aby wyszedł z nimi z więzienia, a mądrze nieco Cesarzowi ustąpił, aby wszytkiego nie stracił – namówić się dał. I wyszedł z nimi – i w kościele gdzie jeszcze było po staremu malowanie, z innymi rękę dał Patriarsze Teodorowi. 25Poszli inni do swych klasztorów – a Niceta się w serce uderzył, i zaraz żałować srodze swego upadku począł. I chcąc się za pokutę na wieczne wygnanie, uciekaniem z państwa heretyckiego, potępić – puścił się morzem do Prokonesu. Lecz gdy mu tam przyszło na myśl, iż gdzie kto zgrzeszy tam też pokutować ma, wrócił się do Carogrodu – gdzie wolnie chodząc, prawdę i naukę Katolicką o obraziech sławił. Dowiedział się Cesarz i przyzwać go do siebie kazał, pytając: czemuby z innymi do swego klasztoru nie poszedł? A on mu powiedział: iżem dlatego tu się wrócił Cesarzu, abych tego żałował – iżem się starym onym towarzyszom uwieść dał, a w tymem ich posłuchał, biorąc z heretyki uczestnictwo. Wiedzże iż przy starej ojcowskiej drodze stoję, dla której święci Biskupi wygnani są od ciebie, i nigdy na ten błąd twój nie przyzwolę, by mi gardło wziąć i męki wszytki zadawać miał.
   Tedy go Cesarz do ciężkiego barzo więzienia do zamku Masselona dać, i trudzić głodem i niewczasy kazał. 26W których przez sześć lat jako męczennik bez krwi trwając i długie męczeństwo cierpiąc, śmierci się tyranna onego doczekał – którego P. Bóg haniebną zgubą skarał. Bo żołnierze wzburzywszy się, na pałac jego uderzyli – 27a gdy do kościoła uciekł, a przy ołtarzu śmierci ujść chciał – niegodny był od kościoła pomocy, ten który kościoły burzył, i sługi kościelne męczył. Po nim nastał Michał Cesarz, który wszytki Biskupy i mnichy z wygnania i z więzienia wyzwolił i pokój kościołowi uczynił. Wyzwolony też był ten ś. Nicetas, i obrawszy sobie jeden wysep, na nim Anielski żywot prowadził, i krótko tam żyjąc, zmorzony onym więzieniem długim, rychło umarł. Taki był żywot tego niebieskiego męża, którego P. Bóg uczcić i wsławić po śmierci cudami raczył – jemuż pokłon i służba wiekuista od wszytkiego stworzenia, na wieki wiekom. Amen.

   28Oto masz, wierny Czytelniku, Obrazobórskie kacerstwo – to jest tych którzy z kościołów obrazy wymiatali, przed siedmią set lat i dalej, na siódmym powszechnym zborze w Nicejej potępione – które acz długo miedzy Greki za powodem złych Cesarzów i niektórych Patriarchów Carogrodzkich trwało – wszakże upaść jako fałsz i niezbożność musiało. Gdy wiele męczenników miedzy Katolickimi synmi dla tego samego artykułu, woleli krew swoję dać onym tyrannom Cesarzom Carogrodzkim rozlewać, (jako niżej jeszcze o niektórych przeczytasz) a niżli tego co jest około stawienia obrazów w kościele od Apostołów podano, i zwyczajem starodawnym i koncyliami ze wszystkiego świata zebranymi potwierdzono, odstępować. Ci ludzie, co obrazów kościelnych i znaku Krzyża świętego nie radzi widzą ani czczą – dwie rzeczy własne nieprzyjaciołom dusznym i pogaństwu po sobie pokazują. Pierwsza, aby Bóg czci nie miał tam gdzie ją mieć może – bo kto obraz czci, nie obraz, ale tego czyj jest obraz, czci – a kto uprzejmie kogo częstuje – nie tylo obraz jego, ale i suknią, jako ona krwią płynąca niewiasta,29 i cień nakoniec, jako Piotrów niektórzy, i ślad jego nóg,30 jako o wiernych Izajasz mówi,31 wielce sobie waży. Druga, iż z serca ludzkiego wspominanie gęstsze na Boga, i rozważanie dobrodziejstw jego, wykraść i wybić chcą. Bo kto tego nie widzi, iż co z oczu, to z serca – a na co chcemy często wspominać, to sobie abo na piśmie, abo na znakach jakich w oczu stawim – zwłaszcza my ludzie ciałem obłożeni, którzy rzeczy duchowne i niewidome wnet w zapomnienie puścim, a pojąć ich jedno przez smysły cielesne nie możem – i po widomych a cielesnych, niewidomych się i cielesnych dopytywamy. Przetoż i obraz z widzenia, jako i nauka z słuchania, do poznania nas niewidomego Boga wiedzie. Takich obrazów nigdy Pan Bóg nie zakazał, które do niego wiodą jako i nauka – i owszem świat ten wszytek, niebo i ziemię postawił,32 jako tablice i obraz i księgi wszechmocności swej, i malowanie niejakie a ślad Bóstwa swego niewidomego – po którym do jego znajomości przychodzić mamy. Lecz tych obrazów zakazał, które się właśnie bałwanami zowią, to jest, na których człowiek przestaje, tak żeby bogami jego były – i ucieka się do nich, prosząc bałwana, wedle słów Prorockich:33 wybaw mię, boś ty Bóg mój jest – czego gdy w obraziech prawowierni nie czynią, ale się raczej z obrazu malowanego, o niewidomym Bogu naszym Panie Jezusie pytają, i nań wspominają – słusznie i potrzebnie w Kościele świętym jako jedno pismo prostych, postawione są.
   2.
Obacz obyczaje heretyckie – w ten czas na dysputacje wyzywają, gdy świeckie pany po sobie mają – a tam gdzie temu miejsce na Koncylium powszechne, w oczy świata wszytkiego nie idą. Uciekają od światłości, aby się jasnością prawdy fałsz ich nie objawił – szukają ciemnych kątów, aby przed prostymi a świeckimi i niećwiczonymi ludźmi, którzy zdrady ich rozeznać nie umieją, uczonymi się być pokazali.

1  V. April. Kwietnia. Mart. R. 3. Aprilis.
Poślubiony od ojca na służbę Bożą.
3  Ga 6.
Trudność w posłuszeństwie szczerym jako zwyciężał.
Atanazjus o zakonny żywot wiele od ojca ucierpiał.
Różne natury i dary Boże do sprawowania braciej.
Pokusy oznajmione starszym być mają.
Kacerstwo obrazy wymiatające.
Cesarz Leo trzeci obrazobórca.
10  Obrazobórcy świętymi gardzili i kościami ich, Bogarodzice nie czcili, i przyczyny jej.
11  Bluźnierstwo Kopronima Cesarza na Bogarodzice.
12  Męczeństwo o obrazy i prześladowanie.
13 Kopronimus abo Konstantyn V. Cesarz Chrzest splugawił.
14  Siódme Koncilium przywróciło obrazy.
15  Chytrość heretycka w dysputacjach.
16  Katolicy o rzeczach raz na koncylium potępionych dysputować z heretykami, gdy Cesarz heretyk sędzią był, niechcieli.
17  Słowa heretyckie około dysputacjej.
18  1 Kor 12.
19  Świecki urząd stanowić nie może rzeczy duchownych.
20  Wygnani Biskupi dla obrazów.
21  Mniszy o obrazy wygnani i posadzani.
22  To zdanie („a gdy mocnego serca…”) nieobecne w wydaniu z 1598 roku. Natomiast obecny tam taki opis: „miedzy którymi ten to też Nicetas do smrodliwego więzienia posadzony był. Potym go na wygnanie zimie do zamku Masselona posłał – na którym wiele złego ten Chrystusów wyznawca ucierpiał, od zimna, głodu, od żołnierzów, którzy go prowadzili, i prędkim dróg dalekich przebieżenim trudzili – jako też i inne tejże prawdy Katolickiej uczestniki” (s. 286). Przyp. JS.
23  Mniszy niebacznie od Cesarza ułowieni.
24  Uczestnictwo z heretykiem co jest.
25  Zachowanie ś. Nicety i poprawa.
26  Sześć lat więzienie dla obrazów cierpiał.
27  Śmierć sroga Cesarza heretyckiego Leona.
28  Obrok duchowny. Kacerstwo obrazobórskie dawno potępione.
29  Mt 9.
30  Dz 5.
31  Iz 60.
32  Ps 104(103).
33  Iz 44.


Źródło:

Ks. Piotr Skarga,
Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski

+