sobota, 20 stycznia 2018

Kolejna przemiana

Wzywa mnie znowu
Chodź za mną
odmień się
i znów pragnę
odmienić się jeszcze

kolejne przeobrażenie
w duchu Miłości
pociąga bardziej
niż utrwalanie
pomnika

Duch Miłości
Niezmienny
żyje ciągłą przemianą
i ciągłym przeobrażeniem
w pamięci pozostaje
Żywy Obraz Całości

piątek, 19 stycznia 2018

Sara i Maryja

   Maryja jest też naszą Matką – Matką Kościoła. W Księdze Izajasza Bóg zwraca się do tych, którzy domagają się sprawiedliwości i którzy szukają Pana, nazywając ich zrodzonymi przez Sarę (Iz 51,1-2). Popatrz, skoro dawnych Izraelitów zrodziła Sara, to nas chrześcijan zrodziła Maryja. Oni zostali zrodzeni z Wiary, a my już z Łaski.

czwartek, 18 stycznia 2018

Poza czasem

Kiedy tu na ziemi zwyczajnością jest nie mieć czasu,
tam w niebie zwyczajnością jest czas mieć.
Życie niebiańskie tętni, kiedy ma się czas.
W wieczności jest go w obfitości.

wtorek, 16 stycznia 2018

(82) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Chwasty w zbożu

   24 Przedłożył im inną przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swojej roli. 25 Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. 26 A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. 27 Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast? 28 Odpowiedział im: Nieprzyjazny człowiek to sprawił. Rzekli mu słudzy: Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go? 29 A on im odrzekł: Nie, byście zbierając chwast, nie wyrwali razem z nim i pszenicy. 30 Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza. (Mt 13,24-30)

   24 Ἄλλην παραβολὴν παρέθηκεν αὐτοῖς λέγων· ὡμοιώθη ἡ βασιλεία τῶν οὐρανῶν ἀνθρώπῳ σπείραντι καλὸν σπέρμα ἐν τῷ ἀγρῷ αὐτοῦ. 25 ἐν δὲ τῷ καθεύδειν τοὺς ἀνθρώπους ἦλθεν αὐτοῦ ὁ ἐχθρὸς καὶ ἐπέσπειρεν ζιζάνια ἀνὰ μέσον τοῦ σίτου καὶ ἀπῆλθεν. 26 ὅτε δὲ ἐβλάστησεν ὁ χόρτος καὶ καρπὸν ἐποίησεν, τότε ἐφάνη καὶ τὰ ζιζάνια. 27 προσελθόντες δὲ οἱ δοῦλοι τοῦ οἰκοδεσπότου εἶπον αὐτῷ· κύριε, οὐχὶ καλὸν σπέρμα ἔσπειρας ἐν τῷ σῷ ἀγρῷ; πόθεν οὖν ἔχει ζιζάνια; 28 ὁ δὲ ἔφη αὐτοῖς· ἐχθρὸς ἄνθρωπος τοῦτο ἐποίησεν. οἱ δὲ δοῦλοι λέγουσιν αὐτῷ· θέλεις οὖν ἀπελθόντες συλλέξωμεν αὐτά; 29 ὁ δέ φησιν· οὔ, μήποτε συλλέγοντες τὰ ζιζάνια ἐκριζώσητε ἅμα αὐτοῖς τὸν σῖτον. 30 ἄφετε συναυξάνεσθαι ἀμφότερα ἕως τοῦ θερισμοῦ, καὶ ἐν καιρῷ τοῦ θερισμοῦ ἐρῶ τοῖς θερισταῖς· συλλέξατε πρῶτον τὰ ζιζάνια καὶ δήσατε αὐτὰ εἰς δέσμας πρὸς τὸ κατακαῦσαι αὐτά, τὸν δὲ σῖτον συναγάγετε εἰς τὴν ἀποθήκην μου. (Mt 13,24-30)

   «W tym pięknym okresie, gdy zboże formuje kłosy, chcę wam opowiedzieć przypowieść o ziarnie. Posłuchajcie.
   Królestwo Boże podobne jest do człowieka, który posiał dobre ziarno na swoim polu. Gdy jednak człowiek ten i jego słudzy spali, przybył jego nieprzyjaciel i posiał życicę pomiędzy bruzdami i odszedł. Nikt na początku tego nie zauważył. Nadeszła zima z deszczami i szronem. Nadszedł miesiąc Tebet i ziarno wykiełkowało delikatną zielenią małych listków, które zaledwie wychodziły z ziemi. W swym niewinnym dzieciństwie wszystkie wydawały się jednakowe. Przyszedł miesiąc Szebat, a potem Adar. Rośliny wyrosły i uformowały kłosy. Wtedy ujrzano, że zieleń nie pochodzi [tylko] ze zboża, lecz i z życicy dobrze okręconej wokół jego łodyg delikatnymi, a mocnymi łodyżkami. Słudzy pana poszli do domu i powiedzieli: „Panie, jakie ziarno zasiałeś? Czyż nie było to ziarno wybrane, nie pomieszane z innymi nasionami?”
   Ależ tak, oczywiście. Wybrałem ziarno – całe tego samego gatunku. Zauważyłbym, gdyby były [w nim] inne nasiona”.
   Dlaczegóż więc wśród zboża wyrosło tak wiele życicy?”
   Pan zastanowił się i powiedział: „Nieprzyjaciel to uczynił, aby wyrządzić mi szkodę”.
   Wtedy słudzy zapytali: „Czy chcesz, abyśmy poszli między bruzdy i cierpliwie usuwali życicę spomiędzy zboża, wyrywając ją? Rozkaż, a zrobimy tak”.
   Pan jednak im odpowiedział: „Nie. Czyniąc to, moglibyście wyrwać także zboże i z pewnością uszkodzilibyście jeszcze delikatne kłosy. Pozostawcie je razem aż do żniwa. Wtedy powiem żniwiarzom: ‘Skoście wszystko razem. Teraz suchość sprawiła, że pędy życicy stały się kruche, a ściśnięte kłosy [zboża] są mocniejsze i twardsze, dlatego też – zanim zwiążecie snopy – oddzielcie życicę od zboża i powiążcie ją osobno. Potem ją spalicie i będzie nawozem dla ziemi. Dobre ziarno przeniesiecie do spichlerzy. Posłuży ono do wypieczenia wspaniałego chleba, co zawstydzi nieprzyjaciela. Osiągnął on tylko to, że stał się podłym w oczach Bożych przez swoją zazdrość’”.
   Teraz zastanówcie się sami, ileż to razy Nieprzyjaciel zasiewał w waszych sercach, jak liczne są jego zasiewy. Pojmijcie, że trzeba czuwać cierpliwie i stale, aby niewiele życicy zmieszało się z wybranym ziarnem. Przeznaczeniem życicy jest ogień. Chcecie ulec spaleniu, czy zostać mieszkańcami Królestwa? Mówicie, że chcecie być mieszkańcami Królestwa. Powinniście zatem umieć nimi być. Dobry Bóg daje wam Słowo. Nieprzyjaciel czuwa, bo chciałby je uczynić szkodliwym. Mąka bowiem ze zboża zmieszana z mąką z życicy daje chleb gorzki i szkodliwy dla wnętrzności. Jeśli jest życica w waszej duszy, umiejcie ją – przy pomocy dobrej woli – oddzielić i wyrzucić, aby nie być niegodnymi Boga. Idźcie, dzieci. Pokój niech będzie z wami».
   Ludzie powoli się rozchodzą. W ogrodzie pozostaje jedynie ośmiu apostołów oraz Eliasz, jego brat, matka i stary Izaak, którego dusza karmi się patrzeniem na swego Zbawiciela.
   «Przyjdźcie do Mnie i posłuchajcie. Wyjaśnię wam pełny sens przypowieści, która ma jeszcze dwa inne znaczenia – prócz tego, o którym mówiłem do tłumu.
   W rozumieniu powszechnym przypowieść ma następujący sens: Polem jest świat. Dobrym ziarnem są synowie Królestwa Bożego. Zostali posiani przez Boga na świecie i czekają na swój koniec, by ścięła ich Kosa i by ich zaprowadzono do Pana świata. On umieści ich w Swoich spichlerzach. Życicą są dzieci Złego rozproszone na polach Bożych w tym celu, by zasmucać Pana świata i szkodzić kłosom Bożym. Nieprzyjaciel Boga posiał je specjalnie, posługując się swymi czarami. Diabeł naprawdę do tego stopnia wynaturza człowieka, że czyni go swoim stworzeniem i zasiewa go, aby psuć tych, których nie potrafił ujarzmić inaczej. Żniwo – lub raczej zbieranie w snopy i zanoszenie ich do spichlerzy – to koniec świata. Zadanie to należy do aniołów. Zostało im nakazane zebranie zżętych stworzeń i oddzielenie zboża od życicy. Jak w przypowieści pali się ją, tak będą paleni w wiecznym ogniu potępieni na Sądzie Ostatecznym. Syn Człowieczy nakaże usunąć ze Swego Królestwa wszystkich gorszycieli i czyniących nieprawość. Wtedy bowiem będzie jeszcze Królestwo na ziemi i w Niebie, a mieszkańcy Królestwa na ziemi będą wymieszani z wieloma synami Nieprzyjaciela. Ci osiągną – jak powiedzieli to już prorocy – doskonałość zgorszenia i ohydy w swej ziemskiej działalności i przysporzą ogromnych trosk synom ducha. Do Królestwa Bożego w Niebiosach nie zostaną dopuszczeni zepsuci, bo zepsucie nie wchodzi do Nieba. Otóż aniołowie Pańscy – zapuszczając sierp w czasie obfitego ostatniego zbioru – skoszą wszystko i oddzielą zboże od życicy. Chwast ten wrzucą do płonącego pieca, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów. Sprawiedliwych natomiast – ziarno wybrane – zaprowadzą do wiecznego Jeruzalem, gdzie jaśnieć będą jak liczne słońca w Królestwie Tego, który jest Ojcem Moim i waszym.
   Oto sens ogólny. Jednak jest dla was jeszcze inne znaczenie, odpowiadające na liczne pytania, jakie stawialiście sobie, szczególnie wczorajszego wieczora. Pytaliście: „Czy w mnóstwie uczniów mogą znajdować się też zdrajcy?” – i wasze serca zadrżały z przerażenia i strachu. Mogą wśród nich być i z pewnością są.
   Siewca sieje dobre ziarno. W tym wypadku można by powiedzieć, że bardziej niż „sieje” – „wybiera”. Nauczyciel bowiem – którym Ja jestem i którym był Chrzciciel – wybiera uczniów. W jaki więc sposób zdeprawowali się?
   Nie, nie tak trzeba powiedzieć. Źle się wyraziłem, mówiąc o uczniach jako o „ziarnie”. Możecie to zrozumieć niewłaściwie. Powiem więc: „pole”. Ilu uczniów – tyle pól wybranych przez nauczyciela, aby stanowić obszar Królestwa Bożego, Bożą posiadłość. Na polach tych nauczyciel trudzi się, uprawiając je, by przyniosły plon stokrotny. Dokłada wszelkich starań – wszelkich: cierpliwie, z miłością, mądrze, nie szczędząc trudu, wytrwale. Zauważa także złe skłonności swoich uczniów, ich nieczułość, zachłanność. Widzi ich upór i słabości. Ma jednak nadzieję, wciąż ma nadzieję i umacnia ją jeszcze przez modlitwę i pokutę, bo chce ich doprowadzić do doskonałości.
   Pola są jednak otwarte. To nie są dobrze zamknięte, otoczone umocnionymi murami ogrody, których właścicielem jest tylko nauczyciel i tylko on jeden może do nich wejść. One są otwarte, umieszczone pośrodku świata, pomiędzy ludźmi. Wszyscy mogą do nich podejść, wszyscy mogą na nie wkroczyć. Wszyscy i wszystko. O! Nie tylko życica jest posianym tam złym nasieniem! Życica mogłaby być symbolem gorzkiej lekkomyślności, charakterystycznej dla ducha tego świata. Na polach tych wyrastają wszelkie inne nasiona, rzucone przez nieprzyjaciela. Oto pokrzywy. Oto perz. Oto kanianka. Oto polny powój. Oto wreszcie cykuta i inne [rośliny] trujące. Skąd? Dlaczego? Czym one są?
   Pokrzywy – to duchy kłujące, nieposkromione, raniące nadmiarem trucizny, sprawiające wiele przykrości. Perz to jeden z pasożytów, wyczerpujących nauczyciela. Potrafi tylko pełzać i wysysać, korzystając z jego pracy. Szkodzi osobom dobrej woli, które przyniosłyby naprawdę wielki owoc, gdyby [wysiłek] pana nie był osłabiony i rozproszony z powodu troski, jakiej przysparza perz. Bierny powój podrywa się z ziemi jedynie korzystając z innych. Kanianki to przeszkoda na i tak już uciążliwej drodze nauczyciela oraz wiernych uczniów idących za nim. Czepiają się i wbijają, rozrywają, drapią, rodzą nieufność i cierpienie. Rośliny trujące to zbrodniarze pomiędzy uczniami, posuwający się do zdrad i zabijania, jak cykuta i inne trujące rośliny. Czy kiedykolwiek widzieliście, jak ona jest piękna ze swymi małymi kwiatkami, które stają się drobnymi kuleczkami – białymi, czerwonymi i niebiesko-fioletowymi? Kto by powiedział, że ta pokryta gwiazdkami korona – biała lub lekko różowa, ze swym złotym serduszkiem – że te wielobarwne korale, tak podobne do innych małych owoców, będących przysmakiem ptaków i dzieci, mogą, kiedy dojrzeją, doprowadzić je do śmierci? Nikt. I niewinne istoty biegną ku nim. Sądzą, że są dobre, jak one same... zbierają je i umierają. Oceniają je wszystkie jako dobre, jak one same! O! Jakże prawda ta wywyższa nauczyciela, a potępia jego zdrajcę!
   Jak to? Dobroć nie wytrąca broni? Nie sprawia, że człowiek o złej woli staje się nieszkodliwy? Nie. Nie czyni go takim, bo człowiek upadły, który stał się zdobyczą Nieprzyjaciela, jest nieczuły na wszystko, co wzniosłe. Każda doskonała rzecz zmienia się w jego oczach. Dobroć staje się słabością, którą wolno zdeptać. Zaostrza ona tylko jego niegodziwość, jak zapach krwi rozbudza w dzikim zwierzęciu pragnienie zagryzienia. Nauczyciel jest zawsze niewinny... i pozwala, by zdrajca go zatruł... nie przychodzi mu na myśl, że człowiek mógłby stać się zabójcą niewinnego.
   Na pola nauczyciela – którymi są uczniowie – przychodzą nieprzyjaciele. Jakże są liczni! Pierwszym jest szatan. Inni, jego słudzy, to ludzie, namiętności, świat i ciało. Dosięgają łatwiej ucznia, gdy nie trwa on całkiem blisko nauczyciela, lecz stoi pośrodku – pomiędzy nauczycielem a światem. Nie potrafi, nie chce oddzielić się od tego, czym jest świat, ciało, namiętność i demon, aby całkowicie należeć do tego, co go prowadzi do Boga. Świat, ciało, namiętności, demon rzucają na niego swe nasiona. Złoto, moc, kobieta, pycha, lęk przed złym osądem świata, duch wygody [– to różne zagrożenia]. „Wielcy są najsilniejsi. Służę więc im, aby ich mieć za przyjaciół”. I staje się on zbrodniarzem i potępia się dla tych nędznych rzeczy!...
   Zapytacie: Dlaczego nauczyciel dla samej niedoskonałości, którą widzi u ucznia – bo nie posuwa się aż tak daleko, by myśleć: „Ten mnie zabije” – nie wyklucza go natychmiast ze swego grona? Bo uczynienie tego byłoby czymś bezużytecznym. Gdyby to zrobił, nie przeszkodziłby uczniowi być nieprzyjacielem. Mógłby on nawet stać się podwójnym wrogiem, bardziej zawziętym z powodu złości lub bólu, że został odkryty lub przepędzony.
   Tak, z powodu bólu, gdyż czasem zły uczeń nie zdaje sobie sprawy z tego, że taki jest. Praca demona jest tak subtelna, że on tego nie zauważa. Staje się demonem, nie podejrzewając, że podlega takiej przemianie.
   Z powodu złości... Tak. Ogarnia go wściekłość, że poznano, kim jest. Dzieje się tak wtedy, gdy uczeń uświadamia sobie pracę szatana i jego zwolenników. Są nimi ludzie, którzy – wykorzystując słabe strony człowieka – kuszą go, aby odebrać światu świętego. On bowiem drażniłby ich, gdyż ich niegodziwość ujawniałaby się w zestawieniu z jego dobrocią.
   Święty modli się wtedy i zdaje na Boga. „Niech stanie się to, na co Ty pozwalasz, by się stało” – mówi. Dodaje jedyny warunek: „Oby to służyło Twojemu celowi”. Święty wie, że nadejdzie godzina, kiedy zła życica zostanie usunięta z jego plonów. Przez kogo? Przez samego Boga, który nie dopuszcza czegoś, co nie byłoby użyteczne dla tryumfu Jego woli pełnej miłości».
   «Jeśli uznajesz, że to zawsze szatan i jego zwolennicy... wydaje mi się, że odpowiedzialność ucznia jest przez to pomniejszona» – mówi Mateusz.
   «Nie można tak rozumować. Chociaż bowiem istnieje Zło, to istnieje też Dobro. Człowiek zaś ma rozum oraz wolną wolę».
   «Mówisz, że Bóg nie pozwala na więcej niż na to, co użyteczne dla tryumfu Jego woli miłości. W takim razie błąd [ucznia] jest użyteczny, skoro Bóg go dopuszcza i służy on tryumfowi Jego woli» – dodaje Iskariota.
   «Wyciągasz wniosek, jak Mateusz, że to usprawiedliwia zbrodnię ucznia. Bóg stworzył lwa pozbawionego okrucieństwa i węża bez jadu. Teraz jeden jest okrutny, a drugi jadowity. Z tego powodu Bóg oddzielił ich od człowieka. Rozmyślaj nad tym i zastosuj to... Wejdźmy do domu. Słońce jest już silne, zbyt silne, jak przed początkiem burzy, a wy jesteście zmęczeni po bezsennej nocy». (III (cz. 1-2), 41: 8 czerwca 1945. A, 5270-5282)

   «Ancora in questo bel tempo di granai che spigano, Io vi voglio proporre una parabola presa dai grani. Udite. Il Regno dei Cieli è simile ad un uomo che seminò buon seme nel suo campo. Ma, mentre l'uomo e i suoi servi dormivano, venne un suo nemico e sparse seme di loglio sui solchi e poi se ne andò. Nessuno sul principio si accorse di nulla. Venne l'inverno con le piogge e le brine, venne la fine di tebet e germogliò il grano. Un verde tenero di foglioline appena spuntate. Parevano tutte uguali nella loro infanzia innocente. Venne scebat e poi adar e si formarono le piante e poi granirono le spighe. Si vide allora che il verde non era tutto grano ma anche loglio, ben avviticchiato coi suoi vilucchi sottili e tenaci agli steli del grano. I servi del padrone andarono alla sua casa e dissero: "Signore, che seme hai seminato? Non era seme eletto, mondo da ogni altro seme che grano non fosse?". "Certo che lo era. Io ne ho scelto i chicchi tutti uguali di formazione. E avrei visto se vi fossero stati altri semi – E come allora è nato tanto loglio fra il tuo grano?". Il padrone pensò, poi disse: "Qualche nemico mio mi ha fatto questo per farmi danno. I servi chiesero allora: "Vuoi che andiamo fra i solchi e con pazienza liberiamo le spighe dal loglio, trappando quest'ultimo? Ordina e lo faremo". Ma il padrone rispose: "No. Potreste nel farlo estirpare anche il grano e quasi sicuramente offendere le spighe ancora tenerelle. Lasciate che l'uno e l'altro stiano insieme fino alla mietitura. Allora io dirò ai mietitori: 'Falciate tutto insieme; poi, avanti di legare i covoni, ora che il seccume ha fatto friabili i vilucchi del loglio mentre più robuste e dure sono le serrate spighe, scegliete il loglio dal grano e fatene fasci a parte. Li brucerete poi e faranno concime al suolo. Mentre il buon grano lo porterete nei granai e servirà ad ottimo pane con scorno del nemico, che avrà guadagnato solo di esser abbietto a Dio col suo livore. Ora riflettete fra voi quanto sovente avvenga e numerosa sia la semina del Nemico nei vostri cuori. E comprendete come occorra vigilare con pazienza e costanza per fare si che poco loglio si mescoli al grano eletto. La sorte del loglio è di ardere. Volete voi ardere o divenire cittadini del Regno? Voi dite che volete essere cittadini del Regno. Ebbene, sappiatelo essere. Il buon Dio vi dà la Parola. Il Nemico vigila per renderla nociva, poiché farina di grano mescolata a farina di loglio dà pane amaro e nocivo al ventre. Sappiate col buon volere, se loglio è nell'anima vostra, sceglierlo per gettarlo onde non essere indegni di Dio. Andate, figli. La pace sia con voi».
   La gente sfolla lentamente. Nell'orto restano gli otto apostoli più Elia, suo fratello, la madre e il vecchio Isacco, che si pasce l'anima nel guardarsi il suo Salvatore.
   «Venitemi intorno e udite. Vi spiego il senso completo della parabola, che ha due aspetti ancora, oltre quello detto alla folla. Nel senso universale la parabola ha questa applicazione: il campo è il mondo. Il buon seme sono i figli del Regno di Dio, seminati da Dio sul mondo in attesa di giungere al loro limite ed essere recisi dalla Falciatrice e portati al Padrone del mondo, perché li riponga nei suoi granai. Il loglio sono i figli del Maligno, sparsi a loro volta sul campo di Dio nell'intento di dare pena al Padrone del mondo e di nuocere anche alle spighe di Dio. Il Nemico di Dio li ha, per un sortilegio, seminati apposta, perché veramente il Diavolo snatura l'uomo fino a farne una sua creatura, e, questa semina, per traviare altri che non ha potuto asservire altrimenti. La mietitura, anzi la formazione dei covoni e il trasporto degli stessi ai granai, è la fine del mondo, e coloro che la compiono sono gli angeli. A loro è ordinato di radunare le falciate creature e separare il grano dal loglio e, come nella parabola questo si brucia, così verranno bruciati nel fuoco eterno i dannati, all'Ultimo Giudizio. Il Figlio dell'uomo manderà a togliere dal suo Regno tutti gli operatori di scandali e di iniquità. Perché allora il Regno sarà e in terra e in Cielo, e fra i cittadini del Regno sulla terra saranno mescolati molti figli del Nemico. Questi raggiungeranno, come è detto anche dai Profeti, la perfezione dello scandalo e dell'abominio in ogni ministero della terra, e daranno fiera noia ai figli dello spirito. Nel Regno di Dio, nei Cieli, già saranno stati espulsi i corrotti, perché corruzione non entra in Cielo. Ora dunque gli angeli del Signore, menando la falce fra le schiere dell'ultimo raccolto, falceranno e separeranno il grano dal loglio e getteranno questo nella fornace ardente dove è pianto e stridor di denti, portando invece i giusti, l'eletto grano, nella Gerusalemme eterna dove essi splenderanno come soli nel Regno del Padre mio e vostro. Questo nel senso universale. Ma per voi ve ne è un altro ancora, che risponde alle domande che più volte, e specie da ieri sera, vi fate. Voi vi chiedete: "Ma dunque fra la massa dei discepoli possono essere dei traditori?" e fremete in cuor vostro di orrore e di paura. Ve ne possono essere. Ve ne sono certo. Il seminatore sparge il buon seme. In questo caso, più che spargere, si potrebbe dire: "coglie". Perché il maestro, sia che sia Io o sia che fosse il Battista, aveva scelto i suoi discepoli. Come allora si sono traviati? No, anzi. Male ho detto dicendo "seme" i discepoli. Voi potreste capire male. Dirò allora "campo". Tanti discepoli tanti campi, scelti dal maestro per costituire l'area del Regno di Dio, i beni di Dio. Su essi il maestro si affatica per coltivarli, acciò diano il cento per cento. Tutte le cure. Tutte. Con pazienza. Con amore. Con sapienza. Con fatica. Con costanza. Vede anche le loro tendenze malvagie. Le loro aridità e le loro avidità. Vede le loro testardaggini e le loro debolezze. Ma spera, spera sempre, e corrobora la sua speranza con la preghiera e la penitenza, perché li vuole portare alla perfezione. Ma i campi sono aperti. Non sono un chiuso giardino cinto da mura di fortezza, di cui sia padrone solo il maestro e in cui solo lui possa penetrare. Sono aperti. Messi al centro del mondo, fra il mondo, tutti li possono avvicinare, tutti vi possono penetrare. Tutti e tutto. Oh! non è il loglio solo il mal seme seminato! Il loglio potrebbe essere simbolo della leggerezza amara dello spirito del mondo. Ma vi nascono, gettati dal Nemico, tutti gli altri semi. Ecco le ortiche. Ecco le gramigne. Ecco le cuscute. Ecco i vilucchi. Ecco infine le cicute e i tossici. Perché? Perché? Che sono? Le ortiche: gli spiriti pungenti, indomabili, che feriscono per sovrabbondanza di veleni e danno tanto disagio. Le gramigne: i parassiti che sfiniscono il maestro senza saper fare altro che strisciare e succhiare, godendo del lavoro di lui e nuocendo ai volonterosi, che veramente trarrebbero maggior frutto se il maestro fosse non turbato e distratto dalle cure che esigono le gramigne. I vilucchi inerti che non si alzano da terra che fruendo degli altri. Le cuscute: tormento sulla via già penosa del maestro e tormento ai discepoli fedeli che lo seguono. Si uncinano, si conficcano, lacerano, graffiano, mettono diffidenza e sofferenza. I tossici: i delinquenti fra i discepoli, coloro che giungono a tradire e a spegnere la vita come le cicute e le altre piante tossiche. Avete mai visto come sono belle coi loro fiorellini che poi divengono palline bianche, rosse, celesteviola? Chi direbbe che quella corolla stellare, candida o appena rosata, col suo cuoricino d'oro, chi che quei coralli multicori, tanto simili ad altri frutticini che sono la delizia degli uccelli e dei pargoli, possano, giunti a maturazione, dare morte? Nessuno. E gli innocenti ci cascano. Credono tutti buoni come loro… e ne colgono e muoiono. Credono tutti buoni come loro! Oh! che verità che sublima il maestro e che condanna il suo traditore! Come? La bontà non disarma? Non rende il malvolere innocuo? No. Non lo rende tale, perché l'uomo caduto preda del Nemico è insensibile a tutto ciò che è superiore. E ogni superiore cosa cambia per lui aspetto. La bontà diviene debolezza che è lecito calpestare e acuisce il suo malvolere come acuisce la voglia di sgozzare, in una fiera, il sentire l'odore del sangue. Anche il maestro è sempre un innocente… e lascia che il suo traditore lo avveleni, perché non vuole e non può lasciar pensare agli altri che un uomo giunga ad essere micidiale a chi è innocente. Nei discepoli, i campi del maestro, vengono i nemici. Sono tanti. Il primo è Satana. Gli altri i suoi servi, ossia gli uomini, le passioni, il mondo e la carne. Ecco, ecco il discepolo più facile ad essere percosso da essi perché non sta tutto presso al maestro, ma sta a cavaliere fra il maestro e il mondo. Non sa, non vuole separarsi tutto da ciò che è mondo, carne, passioni e demonio, per essere tutto di chi lo porta a Dio. Su questo spargono i loro semi e mondo e carne, e passioni e demonio. L'oro, il potere, la donna, l'orgoglio, la paura di un mal giudizio del mondo e lo spirito di utilitarismo. "I grandi sono i più forti. Ecco che io li servo per averli amici - E si diventa delinquenti e dannati per queste misere cose!… Perché il maestro, che vede l'imperfezione del discepolo, anche se non vuole arrendersi al pensiero: "Costui sarà il mio uccisore", non lo estirpa subito dalle sue file? Questo voi vi chiedete. Perché è inutile farlo. Se lo facesse non impedirebbe di averlo nemico, doppiamente e più sveltamente nemico per la rabbia o il dolore di essere scoperto o di essere cacciato. Dolore. Sì. Perché delle volte il cattivo discepolo non si avvede di essere tale. E tanto sottile l'opera demoniaca che egli non l'avverte. Si indemonia senza sospettare di essere soggetto a questa operazione. Rabbia. Sì. Rabbia per essere conosciuto per quello che è, quando egli non è incosciente del lavoro di Satana e dei suoi adepti: gli uomini che tentano il debole nelle sue debolezze per levare dal mondo il santo che li offende, nelle loro malvagità, con il paragone della sua bontà. E allora il santo prega e si abbandona a Dio. "Ciò che Tu permetti si faccia, sia fatto" dice. Solo aggiunge questa clausola: "purché serva al tuo fine". Il santo sa che verrà l'ora in cui verranno espulsi dalle sue messi i logli malvagi. Da chi? Da Dio stesso, che non permette oltre di quanto è utile al trionfo della sua volontà d'amore».
   «Ma se Tu ammetti che sempre è Satana, e gli adepti di lui… mi sembra che la responsabilità del discepolo scemi» dice Matteo.
   «Non te lo pensare. Se il Male esiste, esiste anche il Bene, ed esiste nell'uomo il discernimento e con esso la libertà».
   «Tu dici che Dio non permette oltre di quanto è utile al trionfo della sua volontà d'amore. Dunque anche questo errore è utile, se Egli lo permette, e serve ad un trionfo di volontà divina » dice l'Iscariota.
   «E tu arguisci, come Matteo, che ciò giustifica il delitto del discepolo. Dio aveva creato il leone senza ferocia e il serpente senza veleno. Ora l'uno è feroce e l'altro è velenoso. Ma Dio li ha separati dall'uomo per ciò. Medita su questo e applica. Andiamo nella casa. Il sole è già forte, troppo. Come per inizio di temporale. E voi siete stanchi della notte insonne». (3, 181)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28

Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)

Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001

sobota, 13 stycznia 2018

(33) Żywoty Świętych: Tyburcjusz

Żywot Męczennika Tyburcjusa,
pisany od Pisarzów diakonów Kościoła Rzymskiego, na to na on czas wysadzonych, za Gaja Papieża, zaraz z męczeństwem świętego Sebastiana około roku Pańskiego, 286.1

   Gdy Sebastian ś. w dworskim stanie i szatach, Chrześciańskiej wiary do czasu w sobie, dla pomocy więźniów Chrystusowych taił, wespołek z Polikarpem kapłanem – miedzy innymi, onę wielką rybę, sieciami dziwnego żywota i kazania swego pojmał – 2to jest Chromacjusa, starostę Rzymskiego, na mordowanie Chrześcian i na sądy wszytkie, i sprawy wysadzonego, Chrystusowi pozyskał – który gdy i na podagrę dawną a nieuleczoną niemoc, cudownie zleczony był – 3syn też jego Tyburcjus, młody i barzo urodziwy młodzieniec, gdy obaczył uzdrowionego ojca, przypadszy do nóg ś. Sebastiana, zawołał: Jeden jest, prawi, Bóg Pan Jezus Chrystus, wszechmocnego Boga jedyny Syn, którego wy dobrzy słudzy Jego sławicie. Tedy radził ś. Sebastian Chromacjusowi – aby urząd, wymówką niemocy, złożył – żeby się na naukę z synem swym upróżnił – a na widokach i igrzyskach pogańskich nie bywał, i od sądów, na których też Chrześciany sądzić i męczyćby musiał, wolnym być mógł. 4Gdy tedy do Chrztu idącego Chromacjusa pytano: wierzysz w Boga i to wszytko coś słyszał? Rzekł: wierzę. Odrzekasz się bałwanów? Rzekł: odrzekam. Gdy go zaś spytał Połikarpus kapłan: Zarzekasz się grzechów wszytkich? Powie: o toś mię pierwej spytać miał. Oblokę się znowu, a Chrztu ś. brać nie będę – żebych pierwej wszytkim odpuścił, na którem gniew i złe serce miał – żebych dłużnikom moim zapisy i cyrografy wrócił, a jeślim komu co mocą wziął, abych to nagrodził. 5Po śmierci żony mej – dwiem miał nałożnice – dam je z posagiem za męże, a niewolniki wszystkie wolnością daruję – i wszystkie moje urzędowe i domowe sprawy, bez grzechu, wedle Boga postanowiwszy, dopiero obiecować będę, iż diabelskich grzechów, i świeckiej rozkoszy, poprzestanę. Dał mu czas do tego Polikarpus kapłan, i nic nie mieszkając wszystko postanowił – 6i tysiąc i czterysta męczenników domu swego, do wiary ś. obróciwszy, i pochrzciwszy, wolność im z upominki i żywnością darował, mówiąc: 7nie godzi się takim niewolnikami być na ziemi, którzy tak wielkiego mają Ojca na niebie. To mienił, wiedząc iż się każdy synem Bożym na chrzcie zstaje.
   Na te tak pobożne sprawy ojca swego patrząc Tyburcjus, wielką ochotę brał w miłości Chrystusowej, i wzgardzie świata tego – i był zaraz z ojcem ochrzczony. 8Czasu onego było tak srogie na Chrześciany prześladowanie, iż żywności kupić, i wody dostać sobie w Rzymie, bez niebezpieczeństwa swego nie mogli. Przeto iż przekupniom wszytkim rozkazano, i straż u wód wszytkich postawiono, aby żadnemu nic nie przedali ku żywności, ani wody brać dopuścili – ażby pierwej bałwanom małym, które przy nich stały, każdy co kupić i brać chciał, ofiarę z trochy kadzidła uczynił – chcąc aby się tym Chrześcianie na pojmanie wydawali. 9To bacząc Chromacjusz, wszystkim Chrześcianom tajemnie z domu swego brać żywność kazał – a złożywszy urząd, wyprawił się z Rzymu do imion swoich, których barzo wiele miał – gdzie żeby Chrześcianie bezpiecznie żyli, a z gardły ujść mogli, wszytkim za sobą z Rzymu ciągnąć tajemnie kazał. I opatrować je tam wszytkiemi potrzebami obiecował.
   10Tedy Papież Gajus zacny z narodu Dioklecjanowego z Dalmacjej, zebrał w dom Chromacego Chrześciany, w dzień Niedzielny, i służbę Bożą odprawiwszy, tak je na onę drogę wyprawował. 11Pan nasz, prawi, Jezus Chrystus znając ludzką krewkość, dwie drodze wierzącym w się ukazał – jednę umęczenia, a drugą wyznania – ktoby się do znoszenia męczeństwa nieudolnym czuł, aby na łasce wyznania przestał, a o innych mężniejszych żołnierzach Chrystusowych, którzy za imię Jego cierpiąc walczą, staranie miał. Przeto kto chce niechaj uchodzi, z synmi naszemi miłemi Chromacjusem i Tyburcym – a kto chce, niech zemną w mieście zostanie. Żadna dalekość dzielić tych nie może, którzy łaską Chrystusową spojeni są. Ja chociaż oczyma na was patrzeć nie będę, ale w sercu mym zawżdy obecnemi u mnie zostaniecie. Gdy to mówił Papież, zawołał syn Chromacego Tyburcjus: Proszę cię ojcze Biskupie Biskupów, niechaj ja nie uciekam. 12Bo wielce pragnę za Boga mego, i tysiąc kroć, by to można, być zabity – tylo żebych się przy onym żywocie został, którego czas odjąć, ani żaden nieprzyjaciel wydrzeć nie może. Tedy Papież weseląc się z jego wiary, nad nim płakał – i prosił Pana Boga, aby wszyscy którzy z nim zostaną, na tym boju Chrystusowym wygranej bitwy, przez śmierć męczeńską dostali. Gdy tedy Chromacjus odjachał, a Chrześcianie za nim z Rzymu wyciągnęli, Tyburcjus syn jego z Sebastianem i inemi przy Papieżu Gaju, na męczeńskiej korony otrzymanie, w Rzymie został.
   I raz przez miasto idąc, potkał człowieka z wysoka spadnieniem zgruchotanego – nad którym jego rodzicy płacząc, już o pogrzebie myślili – tedy użaliwszy się nad nim Tyburcjus, rzecze: niechaj mu jedno słowo powiem, azali ku zdrowiu przyjdzie. 13I zmówił nad nim Ojcze nasz, i Wierzę w Boga, abo Kredo – i wnet spuściły się stawy jego, i kości się jego i członki sprostowały, i głowa jego zdrowa została. To sprawiwszy, szedł w swą drogę Tyburcjus. A rodzicy widząc zdrowego syna, wściągać go poczęli, mówiąc: pódź a weźmi tego syna naszego sobie za niewolnika – dobra wszytkie nasze z nimci damy (bo nie mamy inych dzieci), ponieważeś go ty z umarłego żywym uczynił. A on rzekł: uczyńcie to o co was prosić będę, a na tym przestanę. A oni powiedzieli: by dobrze i nas za niewolniki swe wziąć chciał, i z tego się nie wymówimy. Tedy wziąwszy je za ręce – oznajmił im moc imienia Chrystusowego. A widząc je w bojaźni Bożej stateczne, doprowadził je do Gaja Papieża, mówiąc: 14Wielebny Ojcze, owo moja młoda wiara, jako drzewko małe poczyna rodzić – tych Chrystus przez mię sobie pozyskać raczył. I ochrzcił młodzieńca onego z rodzicami jego Papież, chwalące Pana Boga.
   15W tym czasie Torkwatus niejaki Gajowi Papieżowi towarzyszem się zstał – mieniąc się być Chrześcianinem, a on był zdrajcą, chytrym w słowach, i obłudnym w postępkach swoich – tego często Tyburcjus, jako zacny, mądry i święty młodzieniec, upominał i karał o to, iż włosy swoje barwierskiemi przyprawami na czele stroił i kędzierzył – iż rad biesiadował, przy stole grał, i w patrzeniu się na niewiasty kochał – iż od postów i modlitwy uciekał – i jutrzen i nocnego śpiewania, spaniem zbytnim omieszkiwał. 16Na takie karanie, i drugdy ostre gromienie, ten się obłudnik w rzeczy korzył – i poprawę obiecując, za upominanie dziękował. Lecz zdrajca zmówiwszy się z pogaństwem, i ukazawszy miejsce gdzie się modlił ś. Tyburcjus – 17wydał go i pojmać kazał, a sam się też przy nim wiązać dopuścił. I gdy do sędziego Fabiana przywiedzieni byli – spytał onego Torkwata sędzia, coby zacz był. Odpowiedział iżem jest Chrześcianinem. Rzecze sędzia: ofiarujże bogom wedle Cesarskiego rozkazania. A on odpowie: Mam tu swego mistrza zsobą (ukazując na ś. Tyburcego) co on uczyni to ja też uczynię. Obróci się starosta do Tyburcego, mówiąc: a słyszysz co ten mówi? A Tyburcy rzecze:
   Dawno Torkwatus Chrześcianinem się być kłama – nie cierpi tego moc Boża, aby się tym imieniem pokrywał, kto Go nie miłuje – 18zaprawdę nie lada co jest imię Chrześciańskie, zacnie wielmożny mężu, ale moc jest Boża, a naśladownikom tylo Chrystusowym służy – którzy prawdziwie światem wzgardzili, i żądze a zbytki cielesne, mężnie z nimi walcząc, w sobie zwojowali. 19I chcesz wierzyć żeby to był Chrześcianin, który tak jako nierządnica jaka, kędziory na głowie swej trafi, i niewieściuchem się i w chodzie i w postawie pokazuje, na białegłowy dwornie a bezpiecznie patrzy? Nigdy takich sług Chrystus i takiej zarazy ludzkiej nie przypuszcza. Lecz iż mówi, żeby to chciał czynić co u mnie ujźrzy, po tym poznasz kłamstwo jego. Bo się teraz pokaże jakim on zawżdy był. Rzecze Fabianus: Lepiejbyś oto o dobrym swym radził, a uczynił to co Cesarzowie każą. Odpowie Tyburcjus: Lepiej sobie poradzić nie mogę, jedno gdy bogami i boginiami twoimi gardzę, a samego Jezusa Chrystusa Boga mego wyznawam.
   20Dopiero on zły zdrajca Torkwatus począł ś. Tyburcego potwarzać, powiadając: nie tylo jest wierutnym Chrześcianinem – ale i drugie zwodzi, nauczając, aby wszyscy naszy bogowie diabłami byli. Czary się z swoim towarzystwem bawi, we dnie i w nocy burdy strojąc. Odpowie Tyburcjus: Fałszywy świadek, karania nie ujdzie – ten człowiek którego widzisz, zacny a wielmożny mężu, będąc złości pełen, nie przecz inego do Chrześcian się przygarnął, jedno aby nas oszukawał, a innym dobrym się być zdał. Jam w nim karał obżarstwo, i pijaństwo, i zaniedbanie wszelkiej świątobliwości – z pijaństwa zawżdy pragnął, i znowu pić chciał, a objadszy się zrzucał, i żył nie jako Chrześcianin, ale jako Antonianin. A teraz Chrześciany potwarza, a miecz tobie na nas w ręce podaje, i nam radzi, abyśmy się diabłom kłaniali. Widzim już czegoś zawżdy pragnął Torkwacie, a jakie są jadowite i na krew naszę nasadzone myśli twoje – 21i na co wyszły one zaraźliwe a obłudne słowa i postępki twoje. Weźmisz miecz w rękę okrutniku, a sam nad nami katem zostań: pal, wieś, ścinaj, męcz, nie ustraszysz nas żadnym okrucieństwem twoim. 22Jeśli nam wywołaniem z ziemie grozisz, wszytek świat mamy – jeśli śmiercią, z więzienia nas do miłej ojczyzny poślesz – jeśli ogniem, jużeśmy więtszy złej pożądliwości ogień w sobie zwyciężyli. Czyń co chcesz, nic nam w dobrym sumnieniu nie ciężko.
   Tedy sędzia rzekł: Nie czyń sromoty wielkiemu i zacnemu rodzajowi twemu. Wielkiegoś ojca syn, a na takiś sprośny stan się udał, za którym śmierć i męki i niesława idzie. Odpowie Tyburcjus: Tym sromotę czynię krwi mojej – iż wszetecznicy Wenusowej, i cudzołożnikowi Jowiszowi, i dzieci mordercy Saturnusowi się nie kłaniam – a samego Jezusa Króla nieba i ziemie, za Boga prawego wyznawam? Dziwuję się gdzie się twoja mądrość podziała – czyńże co chcesz, ja w tym stoję co słyszysz, i stać będę. Tedy kazał sędzia węgle rozpalone przed jego nogami wysypać, i rzekł mu: abo ofiaruj, abo bosymi nogami po tym węglu depcy. 23Wnet ś. Tyburcjus krzyżem się świętym przeżegnawszy, boso po węglu chodził, i wołał na starostę: Porzuć niedowiarstwo, a obacz iż jest Bóg mój prawy, który wszytkiemu stworzeniu i żywiołom rozkazuje – w imię swego Jowisza, włóż ty rękę tylo w samę gorącą wodę, a ujźrzę jeśli wytrwasz. Oto ja w imię Pana mego Jezusa Chrystusa, po tym ogniu, jako po rosistej łące i kwiatkach, depcę – przeto iż Stworzycielowi memu wszytko Jego stworzenie służy. Rzecze sędzia: Wiem ja iż wasz Chrystus was tych czarów nauczył. 24Zawoła Tyburcjusz: Zamilcz niezbożniku, a nie śmiej tak wielkiego i straszliwego imienia, usty twemi jadowitemi mianować – nie czyń uszom moim tej krzywdy, abych cię tak szczekającego słyszał. Tedy, rozgniewany Fabianus, na śmierć go skazał. Wiedzion był na drogę Lawikańską, i tam ścięty jest, i pogrzebiony od niejakiego Chrześcianina. U grobu jego do tego czasu wiele P. Bóg dobrodziejstwa ludziom pokazować raczy, ku czci swej wielkiej, któremu sława na wieki wiekom. Amen.

   25[1.] Wielka w tym żywocie Theologia, w której się nakrótce nauczyć możesz, co to jest Chrześcianinem być, a jako stan ten nie tylo grzechów śmiertelnych, ale i zmazania świetckich a cielesnych miękkości nie cierpi. Nie mówił Tyburcjus temu Torkwatowi, oto zabijasz, kradniesz, plugawie żywiesz – ale tylo mówił, stroisz się, biesiad pilnujesz, na Jutrzniach i modlitwie nie bywasz, oczyma źle szafujesz – przeto nic w sobie Chrześciańskiego nie masz. O jako się tu zawstydzić dobrze możem, a wejźrzeć w się jakie jest nasze Chrześciaństwo.
   2. I z postępku tego Chromacjusa, wspomnieć sobie możem – cośmy na Chrzcie przez kmotry nasze obiecali Panu Bogu, czegośmy się zarzekali, i na jakiśmy się żywot odrodzili. Światem tym i rzeczami widomemi gardzić – niebieskich, na które do wiary ś. przystajem, zawżdy pragnąć i czekać – 26z nierządnemi chuciami cielesnemi wojnę wieść, a im się i wszytkim grzechom sprzeciwić, a tej się służby diabelskiej w śmiertelnych występkach wiarować – toć to jest Chrześcianinem być. Obyśmy to zarzekanie grzechów na Chrzcie uczynione, dobrze a na przykład tych ludzi, na spowiedzi i pokucie oddawali. Gdy u kapłana rozgrzeszenia prosząc, słyszym ono kapłańskie pytanie: a chcesz tego przestać? Zarzekasz się tego a tego grzechu? Wrócisz, uczynisz to a to? Mielibyśmy z dobrym rozmysłem obiecować, i zarzekać się grzechu, tak żebyśmy Panem Bogiem nie skłamali – lepiejby wstać od spowiedzi, a uczynić to pierwej, co obiecać dla otrzymania rozgrzeszenia musisz. Toć i Pan radzi: Zostaw ofiarę, a idź zjednaj się z bratem twoim: pożyteczniejby pierwej wyrzucić nierząd z domu, wrócić cudze, nagrodzić krzywdę, zjednać się z nieprzyjacielem – toż dopiero do spowiednika przyjść a mówić: jużem uczynił, już mię rozgrzesz – a niżli obietnice takie i zarzekania czynić, w których wnetże Bogiem skłamasz, a więtszego potępienia użyjesz. Nie dufaj sobie – bo odwłoką a obietnicą prędko z lenistwa, z zabaw świata, i diabelskiej namowy, człowiek osłabieje – lepiej z Zacheuszem zaraz mówić: Oto Panie daję, wracam – nie mówi: dam, wrócę, porzucę, odpuszczę, &ć.

1  XXX. Ianuar. Stycznia. Mart. R. 11. Augu.
Chromacjus starosta Rzymski do wiary ś. nawrócony.
Tyburcjus został z ojcem swym Chrześcianinem.
Pytanie przed Chrztem.
Do chrztu jaka była przyprawa.
1400. niewolników wolnością darował dla Chrystusa Chromacjus.
Złote słowa.
Wielkie prześladowanie.
Chromacjus wszytkie Chrześciany w Rzymie żywił i do imion swoich bojaźliwsze przeprowadził.
10  Żegnanie Gaja Papieża.
11  Dwie drodze Chrystus pokazał.
12  Chuć do męczeńskiej korony Tyburcego ś.
13  Zmówienim Pacierza i Kreda ozdrowił chorego Tyburcjus.
14  Wiara rodzi dobre a miłosierne uczynki.
15  Torkwatus zdrajca Chrześciański.
16  Karność i przykładność Chrześciańska.
17  Pojmany Tyburcjus ś. za zdradą Torkwata.
18  Co to jest być Chrześcianinem.
19  Co Chrześcianinowi nie przystoi.
20  Torkwatus potwarzał ś. Tyburcego u sądu.
21  Mężne słowa ś. Tyburcego.
22  Ogień złej żądzej zwyciężyć, jest jedno męczeństwo.
23  Po węglach bosemi nogami przeżegnawszy się ś. krzyżem chodził.
24  Mianować imienia Chrystusowego niewiernemu nie dopuścił.
25  Obrok duchowny.
26  Co to jest Chrześcianinem być.

Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski