wtorek, 20 lutego 2018

Dojścia

Jeśli jesteś sama
w swoim pokoju
możemy wymienić słowa
i wymienić dotyki
jeśli jesteś sama

jeśli masz towarzystwo
pozostają nam jeszcze znaki
ostatnie tratwy łączności

poniedziałek, 19 lutego 2018

(86) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Wskrzeszenie młodzieńca

   11 Wkrótce potem udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a podążali z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. 12 Gdy przybliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. 13 Na jej widok Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz». 14 Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, przystanęli – i rzekł: «Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!» 15 A zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. 16 Wszystkich zaś ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: «Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg nawiedził lud swój». 17 I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. (Łk 7,11-17)

   11 Καὶ ἐγένετο ἐν τῷ ἑξῆς ἐπορεύθη εἰς πόλιν καλουμένην Ναῒν καὶ συνεπορεύοντο αὐτῷ οἱ μαθηταὶ αὐτοῦ καὶ ὄχλος πολύς. 12 ὡς δὲ ἤγγισεν τῇ πύλῃ τῆς πόλεως, καὶ ἰδοὺ ἐξεκομίζετο τεθνηκὼς μονογενὴς υἱὸς τῇ μητρὶ αὐτοῦ καὶ αὐτὴ ἦν χήρα, καὶ ὄχλος τῆς πόλεως ἱκανὸς ἦν σὺν αὐτῇ. 13 καὶ ἰδὼν αὐτὴν ὁ κύριος ἐσπλαγχνίσθη ἐπ’ αὐτῇ καὶ εἶπεν αὐτῇ· μὴ κλαῖε. 14 καὶ προσελθὼν ἥψατο τῆς σοροῦ, οἱ δὲ βαστάζοντες ἔστησαν, καὶ εἶπεν· νεανίσκε, σοὶ λέγω, ἐγέρθητι. 15 καὶ ἀνεκάθισεν ὁ νεκρὸς καὶ ἤρξατο λαλεῖν, καὶ ἔδωκεν αὐτὸν τῇ μητρὶ αὐτοῦ. 16 ἔλαβεν δὲ φόβος πάντας καὶ ἐδόξαζον τὸν θεὸν λέγοντες ὅτι προφήτης μέγας ἠγέρθη ἐν ἡμῖν καὶ ὅτι ἐπεσκέψατο ὁ θεὸς τὸν λαὸν αὐτοῦ. 17 καὶ ἐξῆλθεν ὁ λόγος οὗτος ἐν ὅλῃ τῇ Ἰουδαίᾳ περὶ αὐτοῦ καὶ πάσῃ τῇ περιχώρῳ. (Łk 7,11-17)

   Nain musiało mieć pewne znaczenie w czasach Jezusa. Nie jest bardzo duże, ale dobrze zbudowane, zamknięte pasem murów, rozciągnięte na niskim uśmiechniętym wzgórzu, odgałęzieniu małego Hermonu. Panuje z wysokości swej równiny, bardzo żyznej, która rozpościera się w kierunku północno-zachodnim. Idąc od Endor dochodzi się tam, przechodząc przez rzeczkę, która zapewne jest dopływem Jordanu. Samego Jordanu jednak stąd nie widać ani jego doliny, bo zakrywają go wzgórza, tworząc łuk w kształcie znaku zapytania w kierunku wschodnim. Jezus kieruje się tam główną drogą, łączącą region jeziora z Hermonem i jego okolicami. Za Nim idą liczni mieszkańcy Endor, rozmawiając bez przerwy między sobą. Odległość oddzielająca grupę apostołów od murów jest teraz bardzo mała: najwyżej dwieście metrów. Stąd główna droga prowadzi przez bramę prosto do miasta. Brama jest otwarta na oścież, bo jest dzień, i można zobaczyć, co się dzieje za murami. I tak Jezus – który rozmawiał z apostołami i nowo nawróconym – widzi orszak pogrzebowy, nadciągający pośród wielkiego hałasu płaczek i całej orientalnej pompy. Wielu pyta:
   «Pójdziemy popatrzeć, Nauczycielu?»
   Wielu mieszkańców Endor śpieszy się, aby zobaczyć.
   «Chodźmy» – mówi Jezus z wyrozumiałością.
   «O! To musi być dziecko. Widzisz, ile kwiatów i wstęg jest na noszach?» – mówi Judasz z Kariotu do Jana.
   «Może to była jakaś dziewica?» – odpowiada Jan.
   «Nie. Sądząc po kolorach, jakie położono, to był z pewnością młody chłopak, poza tym nie ma mirtów...» – mówi Bartłomiej.
   Orszak pogrzebowy wychodzi za mury. Nie można zobaczyć, co jest na noszach, trzymanych wysoko na ramionach niosących. Jedynie dostrzegając kształt można się domyślić, że jest tam ciało w opaskach i okryte całunem. Można też odgadnąć, że jest to ciało kogoś, kto już osiągnął pełnię rozwoju: jest bowiem długie jak mary.
   Z boku idzie kobieta zasłonięta welonem, podtrzymywana przez krewnych lub przyjaciółki. Płacze. To jedyny autentyczny płacz w całej tej pełnej lamentu komedii. Gdy kamień napotkany przez niosącego, wyrwa lub nierówność powoduje potrząsanie marami, matka jęczy:
   «O, nie! Idźcie ostrożnie! Tak bardzo cierpiało moje dziecko!»
Podnosi drżącą rękę, aby pogłaskać brzeg noszy. Nie mogąc nic więcej uczynić, całuje falujące płótna i wstęgi, które – powiewając na wietrze – muskają nieruchomą sylwetkę.
   «To matka» – mówi Piotr pełen smutku. Przełyka łzę, spadającą z oka bystrego i dobrego. Nie jest jedynym, którego wzrusza ta udręka. Zelota, Andrzej, Jan i nawet zawsze wesoły Tomasz też mają w oczach łzy. Wszyscy, wszyscy są wzruszeni. Judasz Iskariota szepcze:
   «O, gdybym to był ja – biedna moja matka...»
   Jezus, w którego oczach maluje się niesłychana słodycz, tak jest głęboka, kieruje się w stronę noszy. Matka łka mocniej, orszak bowiem zakręca w stronę grobu. Widząc, że Jezus chce dotknąć mar, odsuwa Go gwałtownie. Nie wiadomo, czego się boi w swoim obłędzie. Krzyczy:
   «Jest mój!» – patrzy na Jezusa błędnymi oczyma.
   «Wiem o tym, matko. Należy do ciebie».
   «Jest moim synem, jedynym! Dlaczego umarł? Był dobry i kochany, był dla mnie, wdowy, pociechą. Dlaczego?»
   Tłum płaczek wzmaga swój opłacony lament, aby wtórować matce, która mówi dalej:
   «Dlaczego on, a nie ja? Nie jest słuszne, by ten, kto zrodził, widział śmierć swego dziecka. Dziecko powinno żyć. W przeciwnym razie czemu miałoby służyć rozdzieranie się łona, żeby wydać na świat człowieka?»
   Bezlitośnie uderza się w brzuch, zrozpaczona.
   «Nie rób tak! Nie płacz, matko».
   Jezus ściska mocno jej ręce i trzyma je w Swojej lewej dłoni. Prawą – dotyka mar i mówi niosącym:
   «Zatrzymajcie się i połóżcie nosze na ziemi».
   Niosący słuchają, opuszczają mary, które stoją na ziemi wsparte na czterech nogach. Jezus chwyta całun okrywający zmarłego i odrzuca go do tyłu, odkrywając zwłoki. Matka wykrzykuje swój ból, wzywając imienia syna. Wydaje mi się[, że woła]:
   «Danielu!»
   Jezus, trzymając ciągle ręce matki w Swojej dłoni, prostuje się, okazały w blasku Swego spojrzenia. Z obliczem [zapowiadającym] najpotężniejsze cuda i opuszczając prawicę, nakazuje całą potęgą Swego głosu:
   «Młodzieńcze! Tobie mówię: wstań!»
   Zmarły – tak jak jest, w swych opaskach – podnosi się i siada na noszach i woła: «Mamo!»
   Woła głosem niewyraźnym i przestraszonym, jak przerażony malec.
   «Należy do ciebie, niewiasto. Zwracam ci go w imię Boże. Pomóż mu się wydobyć z całunu. Bądźcie szczęśliwi».
   Jezus chce się wycofać. Ale gdzie! Tłum Go przygniata do mar, na które rzuciła się matka. Niewiasta gwałtownie porusza rękami pomiędzy bandażami, aby usunąć je szybko, bardzo szybko, jak najszybciej, pośród lamentu dziecka, które płacząc powtarza:
   «Mamo! Mamo!»
   Zdjęto całun, rozwiązano opaski. Matka i syn mogą się objąć. Czynią to nie zważając na balsamy. Potem matka usuwa je z kochanej twarzy, kochanych rąk, przy pomocy bandaży. Następnie, nie mając nic do ubrania, matka zdejmuje płaszcz i otacza nim dziecko. Wszystkiemu towarzyszą pieszczoty... Jezus patrzy na nią... patrzy na rozgorączkowaną grupę, przyciśniętą do krawędzi noszy już nie żałobnych, i płacze. Judasz Iskariota zauważa ten płacz i pyta:
   «Dlaczego płaczesz, Panie?»
   Jezus odwraca się do niego i mówi:
   «Myślę o Mojej Matce...»
   Ta krótka rozmowa sprawia, że niewiasta zwraca się do swego Dobroczyńcy. Bierze za rękę syna i podtrzymuje go – bo wygląda on tak, jakby jego członki były jeszcze odrętwiałe – i klęka mówiąc:
   «Także ty, mój synu, błogosław tego Świętego, który przywrócił cię życiu i twojej matce».
   Pochyla się, ażeby ucałować szatę Jezusa. Tłum tymczasem wyśpiewuje ‘hosanna’ Bogu i Jego Mesjaszowi. Został już rozpoznany, gdyż apostołowie i mieszkańcy Endor obarczyli się misją poinformowania, kim jest Ten, który dokonał cudu. I cały tłum teraz woła:
   «Niech będzie błogosławiony Bóg Izraela. Błogosławiony Mesjasz, Jego Posłaniec! Błogosławiony Jezus, Syn Dawida! Wielki Prorok powstał pośród nas! Bóg naprawdę nawiedził Swój lud! Alleluja! Alleluja!»
   W końcu Jezus mógł wymknąć się ze ścisku i wejść do miasta. Tłum idzie za Nim, ściga Go, wymagający w swojej miłości. Nadbiega jakiś człowiek i kłania się głęboko.
   «Proszę Cię, abyś zatrzymał się w moim domu».
   «Nie mogę. Pascha zabrania mi jakichkolwiek postojów, prócz tych, które postanowił [Ojciec]»
   «Za kilka godzin będzie zachód i piątek...»
   «Właśnie przed zachodem słońca muszę dojść do Mojego celu. Dziękuję ci, ale nie powstrzymuj Mnie.»
   «Jestem przewodniczącym synagogi».
   «I chcesz przez to powiedzieć, że masz do tego prawo. Człowieku, wystarczyłoby, że spóźniłbym się o godzinę, a ta matka nie odzyskałaby syna. Idę tam, gdzie inni nieszczęśliwi czekają na Mnie. Nie opóźniaj przez egoizm ich radości. Przybędę z pewnością innym razem i pozostanę z tobą, w Nain, więcej dni. Teraz pozwól Mi odejść».
   Mężczyzna nie nalega więcej. Mówi tylko:
   «Rzekłeś. Będę czekał na Ciebie».
   «Tak. Pokój niech będzie z tobą i z mieszkańcami Nain. Również wam, z Endor, pokój i błogosławieństwo. Powróćcie do waszych domów. Bóg przemówił do was przez cud. Niech mocą miłości dokonają się w was tak liczne zmartwychwstania dla Dobra, jak liczne są serca».
   Ostatni chór ‘hosanna’. Potem tłum pozwala odejść Jezusowi, który przechodzi przez miasto i wychodzi w kierunku wioski, ku równinie Ezdrelonu. (III (cz. 1-2), 50: 14 czerwca 1945. A, 5340-5345)

   Naim doveva avere una certa importanza ai tempi di Gesù. Non è molto vasta, ma ben costruita, chiusa dentro la sua cinta di mura, stesa su una bassa e ridente collina, una propaggine del piccolo Hermon, dominante dall'alto sulla pianura fertilissima che si spiega in direzione nord-ovest. Vi si giunge, venendo da Endor, dopo avere valicato un fiumicello che certo è affluente del Giordano. Però da qui il Giordano non si vede più, e neppure la sua valle, perché delle colline lo celano facendo un arco a punto interrogativo verso est. Gesù vi si dirige per una via maestra che congiunge le regioni del lago all'Ermon e ai suoi paesi. Dietro di Lui camminano molti abitanti di Endor parlando fitto fitto fra di loro. La distanza che separa il gruppo apostolico dalle mura è ormai molto breve: un duecento metri al massimo. E, posto che la strada maestra va diretta ad immettersi per una porta in città, e la porta è spalancata essendo giorno pieno, si può vedere quanto avviene immediatamente al di là delle mura. E’ così che Gesù, che parlava con gli apostoli e col nuovo convertito, vede venire, fra un grande fracasso di piangenti e simili apparati orientali, un corteo funebre.
   «Andiamo a vedere, Maestro? » dicono in molti. E già fra i cittadini di Endor molti si sono precipitati a vedere.
   «Andiamo pure» dice Gesù condiscendente.
   «Oh! deve essere un fanciullo, perché vedi quanti fiori e nastri sulla barella?» dice Giuda di Keriot a Giovanni.
   «Oppure sarà una vergine» risponde Giovanni.
   «No, è certo un giovinetto per i colori che vi hanno messo. E poi mancano i mirti...» dice Bartolomeo.
   Il funerale esce oltre le mura. Cosa sia sulla barella, tenuta alta sulle spalle dei portatori, non è possibile vedere. Si intuisce il corpo steso nelle sue bende e coperto dal lenzuolo solo per il rilievo che fa, e si comprende che è il corpo di uno che ha già raggiunto lo sviluppo completo perché è lungo quanto la barella. Al suo fianco una donna velata, sorretta da parenti o amiche, cammina piangendo. L'unico pianto vero in tutta quella commedia di piagnone. E quando un sasso incontrato da un portatore, una buca, un rialzo, fa imprimere una scossa alla barella, la madre geme: «Oh! no! Fate piano! Ha tanto sofferto il mio bambino!» e alza una mano tremante ad accarezzare l'orlo della barella di più non può e, non potendo di più, bacia i veli ondeggianti e i nastri che il vento talora sommuove e che sfiorano perciò la forma immobile.
   «É la madre» dice Pietro compunto e con un luccicore di pianto nell'occhio arguto e buono. Ma non è il solo che abbia il pianto agli occhi per quello strazio. Lo Zelote, Andrea, Giovanni e persino il sempre allegro Tommaso hanno negli occhi del luccicore. Tutti, tutti sono commossi.
   Giuda Iscariota mormora: «Fossi io! Oh! povera madre mia...».
   Gesù, il cui occhio è di una dolcezza intollerabile tanto è profonda, si dirige verso la barella. La madre, che singhiozza più forte perché il corteo sta per torcere verso il sepolcro già aperto, lo scansa con violenza vedendo che Gesù fa per toccare la bara. Nel suo delirio chissà cosa teme.
   Urla: «E’ mio!» e con occhi folli guarda Gesù.
   «Lo so, madre. E’ tuo».
   «E’ il mio unico figlio! Perché a lui la morte, a lui che era buono e caro, la gioia di me, vedova?, Perché?».
   La folla delle piangenti aumenta il suo pagato pianto per far coro alla madre che continua: «Perché lui e non io? Non è giusto che chi ha generato veda perire il suo seme. Il seme deve vivere perché altrimenti, perché altrimenti a che serve che queste viscere si squarcino per dare alla luce un uomo?» e si percuote sul ventre, feroce e disperata.
   «Non fare così! Non piangere, madre». Gesù le prende le mani in una stretta potente e le tiene con la sua sinistra mentre con la destra tocca la bara dicendo ai portatori: «Fermatevi e posate a terra la barella». I portatori ubbidiscono abbassando il lettuccio, che resta appoggiato sui suoi quattro piedi al suolo. Gesù afferra il lenzuolo che copre il morto e lo getta indietro scoprendo la salma. La madre grida il suo dolore con il nome del figlio, credo: Daniele! . Gesù, sempre tenendo le mani materne nella sua, si raddrizza, imponente nel suo fulgore di sguardi, col suo viso dei miracoli più potenti, e abbassando la destra ordina con tutta la forza della voce: «Giovinetto! Io te lo dico: sorgi!».
   Il morto, così come è, fra le fasce, si leva a sedere sulla barella e chiama: «Mamma!».
   La chiama con la voce balbettante e spaurita di un piccolo terrorizzato.
   «E’ tuo, donna. Io te lo rendo in nome di Dio. Aiutalo a liberarsi dal sudano. E siate felici». E Gesù fa per ritirarsi. Ma sì! La folla lo inchioda alla bara su cui si è rovesciata la madre, che annaspa fra le bende per fare presto, presto, presto, mentre il lamento infantile, implorante, si ripete:
   «Mamma! Mamma! ».
   Il sudario è slegato, slegate le bende, e madre e figlio si possono abbracciare, e lo fanno senza tenere conto dei balsami che appiccicano e che poi la madre leva dal caro viso, dalle care mani, con le stesse bende, e poi, non avendo con che rivestirlo, la madre si leva il mantello e ve lo avvolge, e tutto serve ad accarezzarlo… Gesù la guarda... guarda questo gruppo di amore, stretto sulle sponde del lettuccio non più funebre, e piange. Lo vede Giuda Iscariota, questo pianto, e chiede: «Perché piangi, Signore?».
   Gesù volge il volto verso di lui e dice: «Penso a mia Madre...».
   Il breve colloquio richiama la donna al suo Benefattore. Prende per mano il figlio e lo sorregge, perché è come uno che abbia un resto di torpore nelle membra, e si inginocchia dicendo: «Anche tu, figlio mio. Benedici questo Santo che ti ha reso alla vita e a tua madre » e si china a baciare la veste di Gesù, mentre la folla osanna a Dio e al suo Messia, ormai conosciuto per quello che è perché gli apostoli e i cittadini di Endor si sono presi l'incarico di dire chi è Colui che ha operato il miracolo. E tutta la folla ormai esclama: «Sia benedetto il Dio di Israele. Benedetto il Messia, il suo Inviato! Benedetto Gesù, Figlio di Davide! Un grande Profeta è sorto fra noi! Dio ha veramente visitato il suo popolo! Alleluia! Alleluia!».
   Finalmente Gesù può sgusciare dalla stretta e penetrare in città. La folla lo segue e lo insegue, esigente nel suo amore. Accorre un uomo e saluta profondamente. «Ti prego sostare nel mio tetto».
   «Non posso. La Pasqua mi vieta ogni sosta oltre quelle stabilite».
   «Fra poche ore è il tramonto ed è venerdì...»
   «Appunto che devo prima del tramonto avere raggiunto la mia tappa. Ti ringrazio lo stesso. Ma non mi trattenere».
   «Ma io sono il sinagogo».
   «E con ciò vuoi dire che ne hai il diritto. Uomo, bastava che Io tardassi un'ora che quella madre non avrebbe riavuto il figlio. Io vado dove altri infelici mi attendono. Non ritardare per egoismo la loro gioia. Verrò, di certo, un'altra volta e starò con te, in Naim, più giorni. Ora lasciami andare».
   L'uomo non insiste più. Dice solo: «È detto. Ti attendo».
   «Sì. La pace sia con te e con i cittadini di Naim. Anche a voi di Endor pace e benedizione. Tornate alle case. Dio vi ha parlato attraverso il miracolo. Fate che in voi avvengano, per forza d'amore, tante risurrezioni al Bene per quanti sono i cuori». Un ultimo coro di osanna. Poi la folla lascia andare Gesù, che traversa diagonalmente la città ed esce verso la campagna, verso Esdrelon. (3, 189)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28

Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)

Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001

niedziela, 18 lutego 2018

(38) Żywoty Świętych: Błażej z Sebasty

Żywot i męczeństwo Błażeja Ś. Biskupa Sebastiej,
i innych przy nim, pisany od Metafrasta, i innych. Cierpiał za Dioklecjana około roku Pańskiego, 290.1

   Błażej ś. prze święty i czysty swój żywot, zwłaszcza czystość a pokorę wielką i niewinność, w Kappadocjej, mieście Sebaście, na wielki biskupi urząd obrany, i od P. Boga wezwany był. Za czasu Dioklecjana, gdy ono wielkie prześladowanie Chrześcian, po wszystkim świecie wiele krwie świętych roźlewało, drudzy domy i majętności opuściwszy, niechcąc się upornie w niebezpieczeństwo wdawać, kryli się po górach, lesiech, pustyniach – drudzy zioły tylko a korzonki żyjąc, głód wielki cierpieć woleli, tylo żeby się tego ustrzegli, aby w mękach ciężkich któremi wierne tak okrutnie katowano, Pana się swego nie zaprzeli, a swego zbawienia nie utracili. Miedzy innymi gdy w Sebaście mało już Chrześcian było którzyby nie byli wybici, abo się na ono nędzne wygnanie i uciekanie nie udali – sam też nakoniec Biskup ich Blazjus uciekając skrył się w górze, Argeus nazwanej – i tam długo w niewiadomości ludzkiej w jednej jaskini ciemnej mieszkał.
   Na on czas starosta Agrykolaus kazał na Chrześciany okrutnych źwierzów, po lesiech i górach, którym pożerać wierne dawał, z pilnością szukać łowcom wszystkim. Ci biegając po górach i pustyniach, naleźli ś. Błażeja – o którym gdy staroście powiedzieli, pojmać go, i inne wszytkie tam kryjące się Chrześciany kazał. Gdy ujźrzał tych którzy go związać i pojmać mieli – już nic o wolej Bożej nie wątpiąc (o której póki nie wiedział uchodził) uradował się chwaląc P. Boga, iż go jako kapłana na ofiarę ś. wzywać raczy, aby Mu ją, naśladując Pana Jezusa, ze krwie i ciała swego uczynił. 2Tedy na drodze i w mieście wielkie cuda czynił ś. Błażej, tym którzy się w swych niemocach do niego uciekali, i imię Pana swego z onymi im cudy podawał – aby weń wierzyli, a Tego sobie za Boga mieli. Miedzy inymi, matka jedna synaczka swego jedynego, kością rybią zadawionego, i już kila dni niemówiącego mając, bieżała do więzienia, prosząc z wielkim płaczem Błażeja ś. aby go uzdrowił – powiadając, iż mu żaden lekarz ani człowiek pomocy dać nie może. A święty Biskup ręką się jego gardła dotykając, a modlitwę w niebo posyłając, zleczył wnet dziecię ono. Na sąd stawiony, gdy mężnie imię Pana swego nosił i wyznawał – naprzód ten Agrykolaus biczmi go bić kazał, mówiąc: pokłoń się bogom, każe Cesarz. A ś. Błażej mówił: Niemy a głuchy człowiecze, czemu się twoim kamieniom kłaniać mam? Bogów twoich nie znam, jedno jednego Pana mego Jezusa – mniemasz aby mię tym takim biciem ustraszyć miał? Zbitego srodze wsadził do więzienia – i dnia drugiego, postawionego przed się, upominał aby wolą Cesarską czynił. Czynię, rzecze, wolą Pana Cesarzów wszytkich, nieśmiertelnego Boga mego, a twemi się bałwany brzydzę. I kazał go drugi raz na palu zawiesić, a osękami drapać. A święty mówił: nigdy mię żadnym takim katowaniem od Pana mego nie oddzielisz – jeszcze ich więcej wymyślaj, uczyń z mym ciałem co chcesz. I kazał go zjąć a do więzienia prowadzić – w więzieniu niemało cudów czynił.
   A siedm wiernych, i na on czas barzo w Bogu śmiałych niewiast, zbierały z ziemie krew świętego Biskupa – po czym się wydały iż były Chrześcianki. I wnet są pojmane, i do więzienia posadzone. Kazał je namawiać, aby ofiary bogom czyniły. A one rzekły: Niechaj starosta każe bogi swoje w wór pokłaść i zawiązać je, i nieść nad jezioro, a my umywszy się wodą w onym jezierze, pokłonim się im. Był temu rad starosta, i tak uczynić kazał. 3Wiedziono je do wody. A one wziąwszy on wór z bogami, wrzuciły bogi w wodę na głębinę, i potopiły je – z czego zafrasowany starosta – kazał im żelazne blachy ogniste do boków ich przykładać, iż bardzo popalone zostały, i potym je żelaznemi grzebieniami drapano. A ony mówiły: Błogosławiony Bóg nasz Jezus Chrystus, przeklęci diabelscy słudzy, którzy kamienie i drzewo za bogi mają – bacząc je tedy starosta za barzo stateczne, pościnać dał. 4Dwoje dziatek jedna z nich miała, które nigdziej od matki nie odstępowały, chcąc też z nią być łaski Bożej uczestnicy. Ale im na ten czas przepuszczono, a do więzienia do ś. Błażeja dano – którego też wywiódszy jeszcze kusił starosta prosząc i grożąc. A co tobie, powiada, Chrystus pomoże, gdy ja ciebie utopić dam? A ś. Błażej rzecze: Pódźmy do wody, a poznaj moc Pana mego. I kazał go sześcidziesiąt i ośmiom żołnierzom utopić.
   5A Biskup ś. wodę przeżegnawszy – a z ich się ręku wyrwawszy – bieżał na wodę, i chodził jako po ziemi chwaląc Jezusa Chrystusa. A wołając onych którzy go wiedli, aby szli za nim: Macieli bogi swoje, mówi, niech was za mną prowadzą. I kusili się oni tego, i wnet potonęło sześćdziesiąt i ośm mężów. A Błażej ś. na brzeg wyszedł z jasną twarzą jako który Anioł. To słysząc starosta, dał nań skaźń aby ścięty był. I podjął sławną śmierć dla Pana swego, a z nim pospołu ono dwoje dziatek także statecznie imię Jezusa Chrystusa wyznawające, koronę męczeńską odniosły – chwaląc Pana Jezusa Chrystusa – Którego jest rozkazowanie na wiek wieków. Amen.

1  III. Februar. Lutego. Mart. R. 3. Februa.
Cuda Błażeja ś.
Siedm męczennic.
Dwoje dziatek w męczeństwie matki nie odstępują.
Po wodzie chodził ś. Błażej.

Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski

czwartek, 15 lutego 2018

Na wyrywki

   Głupi jest ten, kto wyrywa zdania z Pisma Świętego dla przedstawienia własnych treści, niezamierzonych przez Boga ani przez proroka. Takim wyrywaniem można w ostateczności dojść do twierdzenia, że Słowem Boga jest: „Przeklęty Jezus” (1 Kor 12,3). Językowo będzie to prawdą, ale nigdy znaczeniowo.

środa, 14 lutego 2018

(85) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Opętani i świnie

   28 Gdy przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wyszli Mu naprzeciw z grobowców dwaj opętani, tak bardzo niebezpieczni, że nikt nie mógł przejść tamtą drogą. 29 Zaczęli krzyczeć: «Czego chcesz od nas, <Jezusie,> Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?» 30 A opodal nich pasła się duża trzoda świń. 31 Złe duchy zaczęły Go prosić: «Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń». 32 Rzekł do nich: «Idźcie!» Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w wodach. 33 Pasterze zaś uciekli i przyszedłszy do miasta, rozpowiedzieli wszystko, a także zdarzenie z opętanymi. 34 Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby opuścił ich granice. (Mt 8,28-34)

   1 Przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. 2 Gdy wysiadł z łodzi, zaraz wyszedł Mu naprzeciw z grobowców człowiek opętany przez ducha nieczystego. 3 Mieszkał on stale w grobowcach i nikt już nawet łańcuchem nie mógł go związać. 4 Często bowiem nakładano mu pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. 5 Wciąż dniem i nocą w grobowcach i po górach krzyczał i tłukł się kamieniami. 6 Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon 7 i zawołał wniebogłosy: «Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!» 8 Powiedział mu bowiem: «Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka». 9 I zapytał go: «Jak ci na imię?» Odpowiedział Mu: «Na imię mi „Legion”, bo nas jest wielu». 10 I zaczął prosić Go usilnie, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. 11 A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. 12 Prosiły Go więc [złe duchy]: «Poślij nas w świnie, żebyśmy mogli w nie wejść». 13 I pozwolił im. Tak, wyszedłszy, duchy nieczyste weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. 14 Pasterze zaś uciekli i rozpowiedzieli o tym w mieście i po osiedlach. A ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. 15 Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie „legion”, jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. 16 A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o świniach. 17 Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic.
   18 Gdy wsiadał do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł przy Nim zostać. 19 Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: «Wracaj do domu, do swoich, i opowiedz im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą». 20 Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus mu uczynił, a wszyscy się dziwili. (Mk 5,1-20)

   26 I przypłynęli do kraju Gergezeńczyków, który leży naprzeciw Galilei. 27 Gdy wyszedł na ląd, wybiegł Mu naprzeciw pewien człowiek z miasta, opętany przez złe duchy. Już od dłuższego czasu nie nosił ubrania i mieszkał nie w domu, lecz w grobowcach. 28 Gdy ujrzał Jezusa, z krzykiem padł przed Nim i zawołał: «Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Błagam Cię, nie dręcz mnie!» 29 Rozkazywał bowiem duchowi nieczystemu, by wyszedł z tego człowieka. Bo już wiele razy porywał go, a choć wiązano go łańcuchami i trzymano w pętach, on rwał więzy, a zły duch gnał go na pustkowie. 30 A Jezus zapytał go: «Jak ci na imię?» On odpowiedział: «Legion», bo wiele złych duchów weszło w niego. 31 I zaczęły Go prosić, żeby im nie kazał odejść do Czeluści. 32 A była tam duża trzoda świń, pasących się na górze. I zaczęły Go prosić [złe duchy], żeby im pozwolił wejść w nie. I pozwolił im. 33 Wtedy złe duchy wyszły z człowieka i weszły w świnie, a trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i utonęła.
   34 Zobaczywszy, co zaszło, pasterze uciekli i rozpowiedzieli o tym po mieście i po osiedlach. 35 Ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Przyszli do Jezusa i zastali człowieka, z którego wyszły złe duchy, ubranego i przy zdrowych zmysłach, siedzącego u nóg Jezusa. I ogarnął ich strach. 36 A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, w jaki sposób opętany został uzdrowiony. 37 Wtedy cała ludność kraju Gergezeńczyków prosiła Go, żeby odszedł od nich, bo wielkim strachem byli przejęci. On więc wsiadł do łodzi i odpłynął z powrotem.
   38 Człowiek zaś, z którego wyszły złe duchy, prosił Go, żeby mógł z Nim zostać. Lecz [Jezus] odprawił go, mówiąc: 39 «Wracaj do domu i opowiadaj wszystko, co Bóg ci uczynił». Odszedł więc i głosił po całym mieście wszystko, co Jezus mu uczynił. (Łk 8,26-39)

   28 Καὶ ἐλθόντος αὐτοῦ εἰς τὸ πέραν εἰς τὴν χώραν τῶν Γαδαρηνῶν ὑπήντησαν αὐτῷ δύο δαιμονιζόμενοι ἐκ τῶν μνημείων ἐξερχόμενοι, χαλεποὶ λίαν, ὥστε μὴ ἰσχύειν τινὰ παρελθεῖν διὰ τῆς ὁδοῦ ἐκείνης. 29 καὶ ἰδοὺ ἔκραξαν λέγοντες· τί ἡμῖν καὶ σοί, υἱὲ τοῦ θεοῦ; ἦλθες ὧδε πρὸ καιροῦ βασανίσαι ἡμᾶς; 30 ἦν δὲ μακρὰν ἀπ’ αὐτῶν ἀγέλη χοίρων πολλῶν βοσκομένη. 31 οἱ δὲ δαίμονες παρεκάλουν αὐτὸν λέγοντες· εἰ ἐκβάλλεις ἡμᾶς, ἀπόστειλον ἡμᾶς εἰς τὴν ἀγέλην τῶν χοίρων. 32 καὶ εἶπεν αὐτοῖς· ὑπάγετε. οἱ δὲ ἐξελθόντες ἀπῆλθον εἰς τοὺς χοίρους· καὶ ἰδοὺ ὥρμησεν πᾶσα ἡ ἀγέλη κατὰ τοῦ κρημνοῦ εἰς τὴν θάλασσαν καὶ ἀπέθανον ἐν τοῖς ὕδασιν. 33 οἱ δὲ βόσκοντες ἔφυγον, καὶ ἀπελθόντες εἰς τὴν πόλιν ἀπήγγειλαν πάντα καὶ τὰ τῶν δαιμονιζομένων. 34 καὶ ἰδοὺ πᾶσα ἡ πόλις ἐξῆλθεν εἰς ὑπάντησιν τῷ Ἰησοῦ καὶ ἰδόντες αὐτὸν παρεκάλεσαν ὅπως μεταβῇ ἀπὸ τῶν ὁρίων αὐτῶν. (Mt 8,28-34)

   1 Καὶ ἦλθον εἰς τὸ πέραν τῆς θαλάσσης εἰς τὴν χώραν τῶν Γερασηνῶν. 2 καὶ ἐξελθόντος αὐτοῦ ἐκ τοῦ πλοίου εὐθὺς ὑπήντησεν αὐτῷ ἐκ τῶν μνημείων ἄνθρωπος ἐν πνεύματι ἀκαθάρτῳ, 3 ὃς τὴν κατοίκησιν εἶχεν ἐν τοῖς μνήμασιν, καὶ οὐδὲ ἁλύσει οὐκέτι οὐδεὶς ἐδύνατο αὐτὸν δῆσαι 4 διὰ τὸ αὐτὸν πολλάκις πέδαις καὶ ἁλύσεσιν δεδέσθαι καὶ διεσπάσθαι ὑπ’ αὐτοῦ τὰς ἁλύσεις καὶ τὰς πέδας συντετρῖφθαι, καὶ οὐδεὶς ἴσχυεν αὐτὸν δαμάσαι· 5 καὶ διὰ παντὸς νυκτὸς καὶ ἡμέρας ἐν τοῖς μνήμασιν καὶ ἐν τοῖς ὄρεσιν ἦν κράζων καὶ κατακόπτων ἑαυτὸν λίθοις. 6 Καὶ ἰδὼν τὸν Ἰησοῦν ἀπὸ μακρόθεν ἔδραμεν καὶ προσεκύνησεν αὐτῷ 7 καὶ κράξας φωνῇ μεγάλῃ λέγει· τί ἐμοὶ καὶ σοί, Ἰησοῦ υἱὲ τοῦ θεοῦ τοῦ ὑψίστου; ὁρκίζω σε τὸν θεόν, μή με βασανίσῃς. 8 ἔλεγεν γὰρ αὐτῷ· ἔξελθε τὸ πνεῦμα τὸ ἀκάθαρτον ἐκ τοῦ ἀνθρώπου. 9 καὶ ἐπηρώτα αὐτόν· τί ὄνομά σοι; καὶ λέγει αὐτῷ· λεγιὼν ὄνομά μοι, ὅτι πολλοί ἐσμεν. 10 καὶ παρεκάλει αὐτὸν πολλὰ ἵνα μὴ αὐτὰ ἀποστείλῃ ἔξω τῆς χώρας. 11 Ἦν δὲ ἐκεῖ πρὸς τῷ ὄρει ἀγέλη χοίρων μεγάλη βοσκομένη· 12 καὶ παρεκάλεσαν αὐτὸν λέγοντες· πέμψον ἡμᾶς εἰς τοὺς χοίρους, ἵνα εἰς αὐτοὺς εἰσέλθωμεν. 13 καὶ ἐπέτρεψεν αὐτοῖς. καὶ ἐξελθόντα τὰ πνεύματα τὰ ἀκάθαρτα εἰσῆλθον εἰς τοὺς χοίρους, καὶ ὥρμησεν ἡ ἀγέλη κατὰ τοῦ κρημνοῦ εἰς τὴν θάλασσαν, ὡς δισχίλιοι, καὶ ἐπνίγοντο ἐν τῇ θαλάσσῃ.
   14 Καὶ οἱ βόσκοντες αὐτοὺς ἔφυγον καὶ ἀπήγγειλαν εἰς τὴν πόλιν καὶ εἰς τοὺς ἀγρούς· καὶ ἦλθον ἰδεῖν τί ἐστιν τὸ γεγονὸς 15 καὶ ἔρχονται πρὸς τὸν Ἰησοῦν καὶ θεωροῦσιν τὸν δαιμονιζόμενον καθήμενον ἱματισμένον καὶ σωφρονοῦντα, τὸν ἐσχηκότα τὸν λεγιῶνα, καὶ ἐφοβήθησαν. 16 καὶ διηγήσαντο αὐτοῖς οἱ ἰδόντες πῶς ἐγένετο τῷ δαιμονιζομένῳ καὶ περὶ τῶν χοίρων. 17 καὶ ἤρξαντο παρακαλεῖν αὐτὸν ἀπελθεῖν ἀπὸ τῶν ὁρίων αὐτῶν.
   18 Καὶ ἐμβαίνοντος αὐτοῦ εἰς τὸ πλοῖον παρεκάλει αὐτὸν ὁ δαιμονισθεὶς ἵνα μετ’ αὐτοῦ ᾖ. 19 καὶ οὐκ ἀφῆκεν αὐτόν, ἀλλὰ λέγει αὐτῷ· ὕπαγε εἰς τὸν οἶκόν σου πρὸς τοὺς σοὺς καὶ ἀπάγγειλον αὐτοῖς ὅσα ὁ κύριός σοι πεποίηκεν καὶ ἠλέησέν σε. 20 καὶ ἀπῆλθεν καὶ ἤρξατο κηρύσσειν ἐν τῇ Δεκαπόλει ὅσα ἐποίησεν αὐτῷ ὁ Ἰησοῦς, καὶ πάντες ἐθαύμαζον. (Mk 5,1-20)

   26 Καὶ κατέπλευσαν εἰς τὴν χώραν τῶν Γερασηνῶν, ἥτις ἐστὶν ἀντιπέρα τῆς Γαλιλαίας. 27 ἐξελθόντι δὲ αὐτῷ ἐπὶ τὴν γῆν ὑπήντησεν ἀνήρ τις ἐκ τῆς πόλεως ἔχων δαιμόνια καὶ χρόνῳ ἱκανῷ οὐκ ἐνεδύσατο ἱμάτιον καὶ ἐν οἰκίᾳ οὐκ ἔμενεν ἀλλ’ ἐν τοῖς μνήμασιν. 28 ἰδὼν δὲ τὸν Ἰησοῦν ἀνακράξας προσέπεσεν αὐτῷ καὶ φωνῇ μεγάλῃ εἶπεν· τί ἐμοὶ καὶ σοί, Ἰησοῦ υἱὲ τοῦ θεοῦ τοῦ ὑψίστου; δέομαί σου, μή με βασανίσῃς. 29 παρήγγειλεν γὰρ τῷ πνεύματι τῷ ἀκαθάρτῳ ἐξελθεῖν ἀπὸ τοῦ ἀνθρώπου. πολλοῖς γὰρ χρόνοις συνηρπάκει αὐτὸν καὶ ἐδεσμεύετο ἁλύσεσιν καὶ πέδαις φυλασσόμενος καὶ διαρρήσσων τὰ δεσμὰ ἠλαύνετο ὑπὸ τοῦ δαιμονίου εἰς τὰς ἐρήμους. 30 ἐπηρώτησεν δὲ αὐτὸν ὁ Ἰησοῦς· τί σοι ὄνομά ἐστιν; ὁ δὲ εἶπεν· λεγιών, ὅτι εἰσῆλθεν δαιμόνια πολλὰ εἰς αὐτόν. 31 καὶ παρεκάλουν αὐτὸν ἵνα μὴ ἐπιτάξῃ αὐτοῖς εἰς τὴν ἄβυσσον ἀπελθεῖν. 32 ἦν δὲ ἐκεῖ ἀγέλη χοίρων ἱκανῶν βοσκομένη ἐν τῷ ὄρει· καὶ παρεκάλεσαν αὐτὸν ἵνα ἐπιτρέψῃ αὐτοῖς εἰς ἐκείνους εἰσελθεῖν· καὶ ἐπέτρεψεν αὐτοῖς. 33 ἐξελθόντα δὲ τὰ δαιμόνια ἀπὸ τοῦ ἀνθρώπου εἰσῆλθον εἰς τοὺς χοίρους, καὶ ὥρμησεν ἡ ἀγέλη κατὰ τοῦ κρημνοῦ εἰς τὴν λίμνην καὶ ἀπεπνίγη.
   34 Ἰδόντες δὲ οἱ βόσκοντες τὸ γεγονὸς ἔφυγον καὶ ἀπήγγειλαν εἰς τὴν πόλιν καὶ εἰς τοὺς ἀγρούς. 35 ἐξῆλθον δὲ ἰδεῖν τὸ γεγονὸς καὶ ἦλθον πρὸς τὸν Ἰησοῦν καὶ εὗρον καθήμενον τὸν ἄνθρωπον ἀφ’ οὗ τὰ δαιμόνια ἐξῆλθεν ἱματισμένον καὶ σωφρονοῦντα παρὰ τοὺς πόδας τοῦ Ἰησοῦ, καὶ ἐφοβήθησαν. 36 ἀπήγγειλαν δὲ αὐτοῖς οἱ ἰδόντες πῶς ἐσώθη ὁ δαιμονισθείς. 37 καὶ ἠρώτησεν αὐτὸν ἅπαν τὸ πλῆθος τῆς περιχώρου τῶν Γερασηνῶν ἀπελθεῖν ἀπ’ αὐτῶν, ὅτι φόβῳ μεγάλῳ συνείχοντο· αὐτὸς δὲ ἐμβὰς εἰς πλοῖον ὑπέστρεψεν. 38 ἐδεῖτο δὲ αὐτοῦ ὁ ἀνὴρ ἀφ’ οὗ ἐξεληλύθει τὰ δαιμόνια εἶναι σὺν αὐτῷ· ἀπέλυσεν δὲ αὐτὸν λέγων· 39 ὑπόστρεφε εἰς τὸν οἶκόν σου καὶ διηγοῦ ὅσα σοι ἐποίησεν ὁ θεός. καὶ ἀπῆλθεν καθ’ ὅλην τὴν πόλιν κηρύσσων ὅσα ἐποίησεν αὐτῷ ὁ Ἰησοῦς. (Łk 8,26-39)

   Po przemierzeniu jeziora, z północnego zachodu na południowy wschód, Jezus prosi Piotra, żeby Go wysadził blisko Hipposu. Piotr wykonuje polecenie bez dyskutowania. Płynie łodzią do wylotu rzeczki, którą niedawna gwałtowna wiosenna ulewa napełniła wodą i błotem. Wpada ona do jeziora przez cieśninę chropowatą i skalistą. Cały brzeg jest w tym miejscu taki. Pomocnicy zabezpieczają łodzie. Na każdej z nich jest jeden. Mają czekać do wieczora, aby powrócić do Kafarnaum.
   «Bądźcie jak ryby, gdy ktoś was będzie pytał – radzi Piotr. – Temu, kto was zapyta, gdzie jest Nauczyciel, odpowiedzcie bez wahania, że nie wiecie. Temu, kto będzie chciał wiedzieć, w jakim poszedł kierunku – tak samo. To wszystko jest prawdą: nie wiecie tego».
   Rozstają się i Jezus rozpoczyna wspinaczkę stromą ścieżką, która pnie się po skale prawie pionowo. Apostołowie idą za Nim aż do szczytu uciążliwą drogą, która staje się łagodniejsza na płaskowyżu obsianym dębami, pod którymi pasą się liczne świnie.
   «Śmierdzące zwierzęta! – wykrzykuje Bartłomiej. – Przeszkadzają nam przejść».
   «Nie. Nie przeszkadzają nam. Jest dosyć miejsca dla wszystkich» – odpowiada spokojnie Jezus.
   Pasterze, widząc Izraelitów, usiłują zgromadzić świnie pod dębami, pozostawiając ścieżkę wolną. Apostołowie przechodzą, robiąc tysiące grymasów z powodu nieczystości pozostawionych przez zwierzęta. Te ryją i chrząkają – tłuste, a wciąż szukające jeszcze większej otyłości.
   Jezus przeszedł bez podobnych reakcji. Mówi do czuwających nad stadem:
   «Niech Bóg was wynagrodzi za waszą grzeczność».
   Pasterze – biedni ludzie, niewiele mniej ubrudzeni od świń, za to w przeciwieństwie do nich nieskończenie bardziej chudzi – patrzą na Niego zaskoczeni, a potem szepczą jeden do drugiego. Jeden mówi:
   «Czyżby to nie był Izraelita?»
   Na to inni odpowiadają:
   «Nie widzisz, że ma frędzle u szaty?»
   Apostołowie, kiedy już mogą iść dalej w grupie, gromadzą się na polnej, dosyć szerokiej drodze.
   Krajobraz jest przepiękny. Miejsce wznosi się zaledwie o kilkadziesiąt metrów ponad jezioro, a panuje już nad całym zwierciadłem wodnym i miejscowościami rozproszonymi na brzegach. Tyberiada lśni pięknymi budowlami naprzeciw miejsca, gdzie stoją apostołowie. Poniżej, u stóp podwodnej bazaltowej skały, mała plaża wydaje się poduszką z zieleni. Tymczasem na przeciwległym brzegu od [strony] Tyberiady, u ujścia Jordanu, równina jest raczej rozległa i podmokła z powodu wód rzeki. Wydaje się ona zwalniać tu bieg, by podjąć go po zatrzymaniu się na spokojnym jeziorze. Równina obfituje w różnorodne trawy i krzewy miejsc bogatych w wodę i tak napełnia ją wodne ptactwo o intensywnych kolorach, jakby to były rozrzucone klejnoty. Miejsce to wygląda jak ogród. Ptaki podrywają się z gęstych traw i trzcinowych zarośli. Lecą nad jezioro, zanurzają się, aby wyłowić z wody rybkę. Potem wzlatują, błyszcząc jeszcze bardziej z powodu wody, która ożywiła kolory piór, i powracają w kierunku ukwieconej równiny, na której wiatr bawi się zmieniając ich kolory. Tutaj znajdują się skupiska bardzo wysokich dębów, pod którymi trawa jest giętka i szmaragdowa. Poza tym skrawkiem lasu wzniesienie ponownie pnie się w górę, za wąwozem, tworząc stromy skalisty czubek, na którym umieszczone są domy, zbudowane na skalnych tarasach. Sądzę, że góra stanowi jedną całość z budowlami, udzielając swoich pieczar na mieszkania. Jest to więc mieszanina osady jaskiniowca i zwyczajnego miasta. Charakterystyczne jest tu zbocze pokryte tarasami. Dachy domów usytuowanych poniżej są na wysokości parterowego wejścia domów stopnia położonego wyżej. Tam gdzie góra jest bardziej stroma – stroma do tego stopnia, że nie pozwala na żadne budowanie – znajdują się jaskinie i głębokie szczeliny, spadziste zejścia do doliny. W czasie gwałtownych ulew te pochyłości muszą stawać się dziwacznymi strumyczkami. Wszelkiego rodzaju głazy, stoczone do doliny w czasie powodzi, tworzą chaotyczny piedestał dla małej góry, tak chropowatej i dzikiej, zgarbionej i zuchwałej, jak jakiś hreczkosiej, który pragnie być szanowany za wszelką cenę.
   «Czy to nie Gamala?» – pyta Zelota.
   «Tak, to Gamala. Znasz ją?» – pyta Jezus.
   «Zbiegłem tam pewnej bardzo dawnej nocy. Potem przyszedł trąd i nie wychodziłem już z grobów».
   «Byłeś ścigany aż do tego miejsca?» – pyta Piotr.
   «Przybyłem z Syrii, gdzie szukałem schronienia. Odkryli mnie i tylko ucieczka na te tereny uchroniła mnie przed schwytaniem. Potem zszedłem powoli i – ciągle zagrożony – aż do pustyni Tekoa, a stamtąd, już jako trędowaty, do Doliny Zmarłych. Trąd ocalił mnie przed nieprzyjaciółmi...»
   «To są poganie, prawda?» – pyta Iskariota.
   «Prawie wszyscy. Nieliczni Żydzi zajmują się handlem, inni – to mieszanina ludzi wierzących i całkowicie pozbawionych wiary. Ale nie byli bezlitośni wobec uchodźcy».
   «Miejsca doskonałe dla bandytów! Co za parowy!» – wykrzykuje kilku.
   «Tak. Ale, wierzcie, przestępcy są nie tylko na tym brzegu» – mówi Jan, jeszcze pod wrażeniem pojmania Chrzciciela.
   «Na tamtym brzegu są złoczyńcy także wśród tych, którzy noszą imię sprawiedliwych» – kończy jego brat.
   Jezus zabiera głos:
   «A jednak podchodzimy do nich bez obrzydzenia. Tymczasem tutaj robiliście grymasy, musząc przechodzić koło zwierząt».
   «Są nieczyste...»
   «Grzesznik jest o wiele bardziej [nieczysty]. To są zwierzęta w taki sposób stworzone i nie można ich o to obwiniać. Człowiek natomiast odpowiada za swoją nieczystość z powodu grzechu».
   «Dlaczego więc uznaliśmy je za nieczyste?» – pyta Filip.
   «Kiedyś wam o tym wspomniałem. W tym względzie istnieje przyczyna nadprzyrodzona i naturalna. Pierwsza przyczyna to potrzeba nauczenia narodu wybranego życia ze świadomością swego wybrania i godności człowieka, także w działaniu tak zwyczajnym, jak jedzenie. Człowiek dziki żywi się wszystkim. Wystarczy mu, że napełni sobie brzuch. Poganin, chociaż nie jest dzikusem, je również wszystko, nie myśląc, że nadmierne jedzenie sprzyja powstawaniu wad i skłonności poniżających człowieka. Poganie poddają się tej żądzy przyjemności, która dla nich jest prawie religią. Bardziej wykształceni pośród was znają święta pełne bezwstydu na cześć ich bogów, które przeradzają się w orgię pożądliwości. Syn ludu Bożego powinien umieć się powstrzymać i w posłuszeństwie oraz w roztropności doskonalić samego siebie, mając przed oczyma swoje pochodzenie i kres: Boga i Niebo.
   Przyczyną naturalną jest natomiast to, by nie pobudzać krwi pokarmami, prowadzącymi do pożądań niegodnych człowieka. Nie jest zakazana miłość, nawet cielesna, jednak powinna ją zawsze łagodzić świeżość duszy dążącej ku Niebu. Ma zatem kierować się nie zmysłowością, lecz miłością – tym uczuciem które jednoczy mężczyznę z jego towarzyszką, w której ma on widzieć kogoś sobie równego, a nie tylko osobę odmiennej płci. Biedne zwierzęta nie są winne, że są świniami. Nie ponoszą też winy za skutki, jakie mięso wieprzowe – z powodu długotrwałego spożywania – może wywoływać we krwi. Nie ciąży też za to wina na tych, którzy są wyznaczeni do pilnowania świń. Jeśli są uczciwi, to jakaż będzie różnica w przyszłym życiu między nimi a uczonym w Piśmie, który pochyla się ciągle nad księgami, a mimo to nie uczy się z nich bycia dobrym? Zaprawdę powiadam wam, że zobaczymy pasterzy świń między sprawiedliwymi, a uczonych w Piśmie – pośród niesprawiedliwych... Cóż to za hałas?»
   Wszyscy odsuwają się, gdyż kamienie i ziemia staczają się i podskakują po stoku. Rozglądają się oszołomieni.
   «O, tam, tam! Dwóch... zupełnie nadzy... idą w naszą stronę i wymachują rękami... Szaleńcy...»
   «Albo opętani» – odpowiada Jezus Iskariocie, który jako pierwszy dojrzał dwóch opętanych idących w stronę Jezusa.
   Wyszli chyba z jakiejś groty w górach. Wrzeszczą. Jeden, biegnący szybciej, rzuca się w stronę Jezusa. Wydaje się dziwnym ogromnym ptakiem pozbawionym piór, bo tak zwinnie biegnie i tak wymachuje rękami, jakby były skrzydłami. Zwala się do stóp Jezusa krzycząc:
   «Tutaj jesteś? Ty, Pan świata? Co mam zrobić z Tobą, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Już nadeszła godzina naszej kary? Dlaczego przyszedłeś przed czasem nas dręczyć?»
   Drugi opętany albo ma związany język, albo znajduje się w posiadaniu demona wywołującego otępienie, bo tylko rzuca się na brzuch i cicho płacze. Potem, usiadłszy, z głową jakby bezwładną, bawi się kamieniami i nagimi nogami. Demon nadal mówi przez usta pierwszego, który miota się po ziemi w nagłym ataku przerażenia. Można by powiedzieć, że się chce sprzeciwić, a może tylko adorować, przyciągany i odrzucany równocześnie przez potęgę Jezusa. Zawodzi:
   «Zaklinam Cię, w imię Boga, przestań mnie dręczyć. Zostaw mnie w spokoju!»
   «Tak, ale poza nim. Duchu nieczysty, wyjdź z nich i powiedz, jak ci na imię».
   «Legion jest moje imię, bo jest nas wielu. Trzymamy ich od lat i przez nich rozrywamy powrozy i łańcuchy i nie ma siły ludzkiej, która mogłaby ich powstrzymać. Są postrachem za naszą sprawą i posługujemy się nimi, aby Ci bluźniono. Mścimy się na nich za Twoją klątwę.77 Czynimy człowieka gorszym od dzikiego zwierzęcia, aby Cię wyśmiać, nie ma bowiem wilka, szakala czy hieny, nie ma sępa ani upiora podobnego do tych, których trzymamy. Ale nie wypędzaj nas. Zbyt okropne jest piekło!...»
   «Wyjdźcie! W imię Jezusa, wyjdźcie!»
   Głos Jezusa brzmi jak grom, a Jego oczy miotają błyskawice.
   «Pozwól nam chociaż wejść w to stado świń, które spotkałeś».
   «Idźcie».
   Z potwornym wrzaskiem demony rozstają się z dwoma nieszczęśnikami i – pośród nagłego wiru wietrznego, kołyszącego dębami jak łodygami – zwalają się na liczne świnie. Z piskiem iście demonicznym zaczynają biec jak opętane poprzez dęby, wpadają na siebie, kaleczą się, gryzą wzajemnie i wreszcie rzucają się w jezioro, gdy – dotarłszy na skraj wysokiej skały – mają już jako miejsce ucieczki tylko wodę, rozciągającą się poniżej. Pilnujący, oszołomieni i zrozpaczeni, krzyczą z przerażenia. Zwierzęta zaś, setkami, rzucają się z głuchym pluskiem w spokojną wodę, na której pojawiają się spienione wiry. Wpadają do wody, a potem wynurzają się, pokazując to krągłe brzuchy, to spiczaste ryje. W ich oczach jest przerażenie. W końcu topią się.
   Pasterze z krzykiem biegną w stronę miasta. Apostołowie, którzy udali się na miejsce tragedii, wracają ze słowami:
   «Nie ocalała ani jedna świnia! Wyświadczyłeś im brzydką przysługę!»
   Jezus, spokojny, odpowiada:
   «Lepiej żeby zginęło dwa tysiące świń, niż choćby tylko jeden człowiek. Dajcie jakieś odzienie tamtym. Nie mogą tak stać».
   Zelota otwiera torbę i daje jedną ze swoich szat. Tomasz podaje drugą. Obydwaj mężczyźni są jeszcze trochę oszołomieni, jakby obudzili się z ciężkiego snu, pełnego koszmarów.
   «Dajcie im jeść. Niech wrócą do życia jak ludzie».
   Jedzą podany im chleb i oliwki. Piją z naczynia Piotra. Jezus obserwuje ich. W końcu zaczynają mówić.
   «Kim jesteś?» – pyta jeden.
   «Jezusem z Nazaretu».
   «Nie znamy Cię» – mówi drugi.
   «Wasze dusze Mnie poznały. Wstańcie teraz i idźcie do waszych domów».
   «Musieliśmy bardzo cierpieć. Tak sądzę, ale nie przypominam sobie dobrze. Kim on jest?» – pyta ten, przez którego mówił demon, i pokazuje towarzysza.
   «Nie wiem. Był z tobą».
   «Kim jesteś? Dlaczego jesteś tutaj?» – pyta towarzysza.
   Ten, który był jakby niemy i nadal jest jeszcze znieruchomiały, mówi:
   «Jestem Demetriusz. Czy tu jest Sydon?78»
   «Sydon jest nad morzem, człowieku. Znajdujesz się po drugiej stronie Jeziora Galilejskiego!»
   «A dlaczego jestem tutaj?»
   Nikt nie potrafi odpowiedzieć. Nadchodzą ludzie, idąc za pasterzami. Wydają się przerażeni i zaciekawieni. Ich zdumienie rośnie na widok dwóch mężczyzn, ubranych i zachowujących się normalnie.
   «Ten to Marek, syn Jozjasza!... a tamten to syn pogańskiego kupca».
   «A oto Ten, który ich uzdrowił i spowodował utratę naszych świń, ponieważ stały się szalone z powodu demonów, które w nie wstąpiły» – mówią pasterze zwierząt.
   «Panie, jesteś potężny, uznajemy to. Ale już zbyt wiele szkód nam przyniosłeś! To strata wielu talentów. Odejdź stąd, prosimy Cię o to, aby Twoja potęga nie spowodowała pęknięcia góry i zwalenia się w jezioro. Idź stąd...»
   «Odchodzę. Nie narzucam się nikomu».
   Jezus bez sprzeciwu odwraca się w stronę drogi, którą przybył. Za Nim wraz z apostołami podąża uzdrowiony opętany – ten który mówił – oraz wielu mieszkańców pragnących zobaczyć, czy naprawdę odchodzi. Idą ponownie stromą ścieżką i powracają do ujścia strumyka, w pobliżu łodzi. Mieszkańcy pozostają na skarpie. Patrzą. Uwolniony schodzi za Jezusem. Pomocnicy w łodziach są przerażeni. Widzieli deszcz świń wpadających do jeziora. Patrzą nadal na ich ciała, wynurzające się coraz liczniej, coraz bardziej nabrzmiałe, z okrągłymi brzuchami odwróconymi do góry i z krótkimi sztywnymi nóżkami, podobnymi do czterech słupków wbitych w ogromną słoninę.
   «Co się stało?» – pytają.
   «Opowiemy wam o tym. Teraz odwiążcie łódź i płyniemy... Dokąd, Panie?» – mówi Piotr.
   «Do zatoki Tarichea».
   Człowiek idący za nimi, widząc, że wsiadają do łodzi, błaga:
   «Weź mnie ze Sobą, Panie».
   «Nie. Idź do swego domu. Twoi [krewni] mają prawo cię posiadać. Mów im o wielkich rzeczach, które Pan ci wyświadczył, i o Jego litości, jaką ci okazał. Ta okolica potrzebuje wiary. Zapal płomienie wiary z wdzięczności dla Pana. Idź. Żegnaj».
   «Umocnij mnie przynajmniej Twoim błogosławieństwem, aby demon znowu mnie nie opanował».
   «Nie bój się. Jeśli nie będziesz chciał, nie przyjdzie. Idź w pokoju».
   Łodzie odpływają od brzegu, kierując się od wschodu na zachód. Dopiero wtedy, gdy prują fale, na których kołyszą się martwe świnie, mieszkańcy miejscowości, która nie chciała Pana, wycofują się ze skarpy i odchodzą. (III (cz. 1-2), 47: 30 stycznia 1944. A 5303-5314)

77  Zob. Rdz 3,14. (Przyp. wyd.)
78  Miejscowość leżąca nad Morzem Śródziemnym, w Syrofenicji, powyżej Tyru i Sarepty (mapa zamieszczona na końcu książki już jej nie obejmuje), na wysokości pasma Gór Libanu. (Przyp. wyd.)

   Gesù, tagliato il lago in direzione nord-ovest sud-est, si raccomanda a Pietro di sbarcare presso Ippo. E Pietro ubbidisce senza discutere, scendendo con la barca fino all'imboccatura di un fiumiciattolo che la primavera e il recente temporale fanno pieno e fragoroso e che sbocca nel lago da una gola aspra e scogliosa, come è tutta la costa in questo punto. I garzoni assicurano le barche – ve ne è uno per ogni barca – e ricevono l'ordine di attendere fino a sera per tornare a Cafarnao.
   «E fate i pesci con chi vi interroga» consiglia Pietro.
   «A chi vi domanda dove è il Maestro rispondete sicuri: "Non lo so" A chi vuole sapere dove è diretto, lo stesso. Tanto è verità. Non lo sapete».
   Si separano, e Gesù intraprende la salita di un ripido sentiero che si inerpica sulla scogliera quasi a picco. Gli apostoli lo seguono per il sentiero malagevole fino al sommo della scogliera, che si placa in un pianoro sparso di querce sotto le quali pasturano molti porci.
   «Fetidi animali!» esclama Bartolomeo. «Ci impediscono di passare».
   «No. Non ci impediscono. Vi è posto per tutti » risponde calmo Gesù. Del resto i guardiani, vedendo degli israeliti, cercano di radunare i porci sotto le querce lasciando libero il sentiero. E gli apostoli passano, facendo mille boccacce, fra le lordure lasciate dagli animali, che grufolano ben pingui e sempre cercanti maggiore pinguedine.
   Gesù è passato senza tante storie, dicendo ai guardiani del branco: «Dio vi rimuneri per la vostra gentilezza».
   I guardiani, povera gente di poco meno sporca dei loro porci e in compenso infinitamente più magra, lo guardano stupiti e poi bisbigliano fra di loro.
   Uno dice: «Ma che non sia israelita?».
   Al che gli altri rispondono: «Non vedi che ha le frange alla veste?».
   Il gruppo apostolico si riunisce, ora che può procedere in gruppo su una viottola abbastanza ampia. Il panorama è bellissimo. Sopraelevato di poche decine di metri sul lago, permette però di dominare tutto lo specchio d'acqua con le città sparse sulle rive. Tiberiade splende con le sue belle costruzioni in faccia al luogo dove sono gli apostoli. Qui sotto, ai piedi della scogliera basaltica, la breve spiaggia pare un piccolo cuscino di verdura, mentre nella sponda opposta, da Tiberiade all'imbocco del Giordano, vi è una pianura piuttosto ampia e acquitrinosa per le acque del fiume – che pare stentino a riprendere il corso dopo la sosta nel placido lago – ma talmente folta di tutte le erbe e i cespugli dei posti ricchi d'acque, e talmente popolata di uccelli acquatici dai colori variegati come fossero sparsi di gioielli, che si guarda quel luogo come un giardino. Gli uccelli si alzano dalle folte erbe e dai canneti volano sul lago, si tuffano per rapire alle acque un pesce, si alzano ancora più splendenti per l'acqua che ha ravvivato i colori delle piume, e tornano verso la fiorita pianura su cui il vento scherza smuovendone i colori. Qui invece sono boschi di altissime querce sotto cui l'erba è soffice e smeraldina, e oltre questa striscia di boschi il monte torna a salire dopo un vallone, facendo un ripido cocuzzolo roccioso su cui sono incrostate le case, costruite su scaglioni di roccia. Credo che il monte faccia tutt'uno con le murature, prestando le sue caverne per abitazioni, in un misto di città troglodita e di città comune. È caratteristica con questa ascesa a terrazzoni, per cui il tetto delle case del terrazzone sottostante è all'altezza dell'ingresso terreno delle case dello scaglione soprastante. Dai lati dove il monte è più ripido, ripido tanto da non permettere nessuna costruzione, sono caverne e spacchi profondi e discese dirupate a valle. In tempo di acquazzoni quelle discese devono divenire altrettanti bizzosi torrentelli. Massi di ogni sorta, rotolati a valle dalle alluvioni, fanno un caotico piedestallo al monticello così aspro e selvaggio, gobbuto e petulante come un signorotto che vuole essere rispettato ad ogni costo.
   «Non è Gamala, quella?» chiede lo Zelote.
   «Sì, è Gamala. La conosci?» dice Gesù.
   «Vi fui fuggiasco in una notte molto lontana. Poi venne la lebbra e non uscii più dai sepolcri».
   «Fin qui fosti inseguito? » chiede Pietro.
   «Venivo dalla Siria, dove ero andato cercando protezione. Ma mi scoprirono e solo la fuga in queste terre mi risparmiò la cattura. Dopo sono sceso lentamente, e sempre minacciato, sino al deserto di Tecua e da lì, lebbroso ormai, alla valle dei Morti. La lebbra mi salvava dai nemici…»
   «Pagani questi, vero? » domanda l'Iscariota.
   «Quasi tutti. Pochi ebrei per i traffici, e poi una mescolanza di credenze, o di non credenze affatto. Però non furono malvagi col fuggiasco».
   «Luoghi da banditi! Che gole!» esclamano in molti.
   «Sì. Ma, credetelo, banditi ve ne sono di più dall'altro lato» dice Giovanni, ancora impressionato dalla cattura del Battista.
   «Dall'altro lato vi sono banditi anche fra quelli che hanno nome di giusti» termina suo fratello.
   Gesù prende la parola: «Eppure li avviciniamo senza ribrezzo. Mentre qui avete torto il viso dovendo passare presso degli animali. Sono immondi… Lo è molto di più il peccatore. Queste sono bestie fatte così, e non è loro da addebitarsi se così sono. L'uomo è invece responsabile di essere immondo per il peccato».
   «Ma allora perché per noi sono stati classificati immondi?» chiede Filippo.
   «Una volta ne ho accennato. In quest'ordine vi è una ragione soprannaturale e una naturale. La prima è di insegnare al popolo eletto a saper vivere avendo presente la sua elezione e la dignità dell'uomo, anche in una azione comune come è il mangiare. L'uomo selvaggio si ciba di tutto. Basta empirsi il ventre. L'uomo pagano, anche se selvaggio non è, mangia ugualmente di tutto, senza pensare che il supernutrirsi fomenta vizi e tendenze che avviliscono l'uomo. I pagani anzi cercano di portarsi a questa frenesia di piacere che per loro è quasi una religione. I più colti fra voi sanno di feste oscene in onore dei loro dèi che degenerano in una orgia di libidine. Il figlio del popolo di Dio deve sapersi contenere, e nell'ubbidienza e nella prudenza perfezionare sé stesso, avendo presente la sua origine e il suo fine: Dio e il Cielo. La ragione naturale è di non eccitare il sangue con cibi che portano a calori indegni dell'uomo, al quale non è negato l'amore anche carnale, ma che deve temperarlo sempre con la freschezza dell'anima tendente al Cielo, fare perciò un amore, non una sensualità, di quel sentimento che unisce l'uomo alla compagna, nella quale deve vedere la sua simile e non la femmina. Ma le povere bestie non sono colpevoli di essere porci, né degli effetti che la carne dei porci può, a lungo andare, produrre nel sangue. Meno ancora ne hanno colpa gli uomini preposti alla guardia dei porci. Se sono onesti, che differenza sarà, nell'altra vita, fra costoro e lo scriba che sta curvo sui libri e che, purtroppo, non impara da essi la bontà? In verità vi dico che vedremo guardiani di porci fra i giusti, e scribi fra gli ingiusti. Ma cosa è questo rovinio?».
   Si scansano tutti dal fianco del monte perché pietre e terriccio rotolano e rimbalzano per la china, e si guardano attorno stupiti.
   «Ecco, ecco! Ecco là! Due… nudi affatto. – vengono verso noi e gesticolano. Folli…»
   «O indemoniati» risponde Gesù all'Iscariota, che ha visto per primo due ossessi venire verso Gesù. Devono essere usciti da qualche caverna nel monte. Urlano. E uno, il più veloce nella corsa, si precipita verso Gesù. Pare uno strano uccellaccio spogliato delle penne, tanto va svelto e tanto remiga con le braccia come fossero ali.
   Si abbatte ai piedi di Gesù gridando: «Qui sei, Padrone del mondo? Che ho a fare con Te, Gesù, Figlio di Dio altissimo? Già è venuta l'ora del nostro castigo? Perché się venuto prima del tempo a tormentarci?».
   L'altro indemoniato, sia perché fosse legato nella favella, sia perché posseduto da un demonio che lo fa tardo, non fa che buttarsi bocconi e piangere piano e poi, messosi a sedere, resta come inerte, giocherellando coi sassi e coi suoi piedi nudi. Il demonio continua a parlare per bocca del primo, che si divincola al suolo in un parossismo di terrore. Si direbbe che voglia reagire e non possa che adorare, attratto e respinto nello stesso tempo dal potere di Gesù. Urla: «Ti scongiuro in nome di Dio, cessa di tormentarmi! Lasciami andare!».
   «Sì. Ma fuori di costui. Spirito immondo, esci da costoro e di' il tuo nome».
   «Legione è il mio nome perché siamo molti. Teniamo questi da anni e per essi spezziamo lacci e catene, né c'è forza d'uomo che li possa tenere. Terrore essi sono, per causa di noi, e ce ne serviamo per farti bestemmiare. Ci vendichiamo su questi del tuo anatema. Abbassiamo l'uomo sotto la belva per irriderti, e non c'è lupo, sciacallo e iena, non avvoltoio e vampiro simili a questi che noi teniamo. Ma non ci cacciare. Troppo orrido è l'inferno!…»
   «Uscite! In nome di Gesù, uscite!». Gesù ha una voce di tuono e i suoi occhi dardeggiano splendori.
   «Lasciami almeno entrare in quel branco di porci che Tu hai incontrato».
   «Andate».
   Con un urlo bestiale i demoni si separano dai due disgraziati e, fra un improvviso turbine di vento che fa ondeggiare le querce come steli, si abbattono sui numerosissimi porci, che con stridi veramente demoniaci si danno a correre come invasati attraverso le querce, si urtano, si feriscono, si mordono e infine si precipitano nel lago quando, giunti sul ciglio dell'alta scogliera, non hanno più che l'acqua sottostante per rifugio. Mentre i guardiani, travolti e desolati, urlano di spavento, le bestie, centinaia, con un succedersi di tonfi precipitano nelle acque quiete, spezzandole in un ribollire di spume, affondano, rigalleggiano, mostrando a turno i tondi ventri o i musi puntuti nie cui occhi è il terrore, e infine affogano. I pastori, urlando, corrono verso la città. Gli apostoli, andati verso il luogo del disastro, tornano dicendo: «Non se ne è salvato uno! Hai reso loro un brutto servizio!».
   Gesù, calmo, risponde: «Meglio che periscano duemila porci che non un solo uomo. Date una veste a costoro. Non possono stare così».
   Lo Zelote apre un sacco e dà una delle sue vesti. Tommaso dà l'altra. I due sono ancora un poco imbambolati come uscissero da un pesante sonno pieno di incubi.
   «Date loro del cibo. Che tornino a vivere da uomini».
   E mentre i due mangiano il pane e ulive che viene loro dato e bevono alla fiasca di Pietro, Gesù li osserva. Infine parlano: «Chi sei Tu?» dice uno.
   «Gesù di Nazaret».
   «Non ti conosciamo» dice l'altro.
   «L'anima vostra mi ha conosciuto. Alzatevi ora e andate alle vostre case».
   «Abbiamo molto sofferto, io credo, ma non ricordo bene. Chi è costui?» dice quello che parlava per il demonio, e accenna al compagno.
   «Non lo so. Era con te».
   «Chi sei? E perché sei qui?» chiede al compagno.
   Colui che era come muto, e che è il più inerte ancora, dice: «Sono Demetrio. Qui è Sidone?».
   «Sidone è sul mare, uomo. Qui sei oltre il lago di Galilea».
   «E perché sono qui?».
   Nessuno può dare una risposta. Sta giungendo della gente seguita dai pastori. Parę impaurita e curiosa. Quando poi vede i due rivestiti e composti, il suo stupore aumenta.
   «Quello è Marco di Giosia!... E quello è il figlio del mercante pagano!…»
   «E quello è Colui che li ha guariti e che ha fatto perire i nostri porci perché folli dei demoni entrati in loro» dicono i guardiani delle bestie.
   «Signore, Tu sei potente, lo riconosciamo. Ma già troppo male ci hai fatto! Un danno di molti talenti. Vattene, te ne preghiamo, che il tuo potere non abbia a far scoscendere il monte e a farlo sprofondare nel lago. Va' via…»
   «Vado. Non mi impongo a nessuno» e Gesù si rivolge per la via già fatta, senza discutere. Lo segue, in coda agli apostoli, l'indemoniato che parlava. Dietro, a distanza, molti cittadini, per vedere se parte proprio. Rifanno il ripido sentiero e tornano alla foce del torrentello, presso le barche. I cittadini restano sul ciglione a guardare. Il liberato scende dietro Gesù. Nelle barche i garzoni sono esterrefatti. Hanno visto la pioggia dei porci nel lago e ancora contemplano i corpi che affiorano sempre più numerosi, sempre più gonfi, con le tonde pance all'aria e le corte zampette stecchite come quattro pioli infissi su un lardoso vescicone.
   «Ma che è avvenuto?» chiedono.
   «Ve lo diremo. Ora sciogliete e andiamo…»
   «Dove, Signore?» dice Pietro.
   «Nel golfo di Tarichea».
   L'uomo che li ha seguiti, ora che li vede salire nelle barche, supplica: «Prendimi con Te, Signore».
   «No. Va' a casa tua; i tuoi hanno diritto di averti. E parla ad essi delle grandi cose che ti ha fatto il Signore e come ha avuto pietà di te. Questa parte di terra ha bisogno di credere. Accendi le fiamme della fede per riconoscenza al Signore. Va'. Addio».
   «Confortami almeno con la tua benedizione, che il demonio non mi riprenda».
   «Non temere. Se non vuoi non verrà. Ma ti benedico. Va' in pace».
   Le barche si staccano dalla riva in direzione da est a ovest. Solo allora, mentre fendono i flutti sparsi delle vittime suine, gli abitanti della città, che non ha voluto il Signore, si ritirano dal ciglione e se ne vanno. Qui dietro è la figura del luogo. (3, 186)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28

Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)

Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001