sobota, 17 lipca 2021

Słowa wobec Miłości

niech żyje Miłość

ludzkie słowa, gesty, myśli
nigdy nie wyczerpią Miłości

To obcowanie Boga z Bogiem

...bo nawet gdy z człowiekiem
to ubóstwionym
tak że Bogiem się staje

niedziela, 11 lipca 2021

(106) Żywoty Świętych: Wincenty Ferreriusz

Żywot Ś. Wincentego z Walencjej,
zakonu ś. Dominika,

pisany od brata Piotra Rauzany z Panormu. Żył około roku Pańskiego, 1389.1


   Wincencjus z Walencjej miasta Hiszpańskiego, ślachetnych i bogobojnych rodziców, domu Ferariorum jeszcze w żywocie matki, znaki swej przyszłej świątobliwości miał – bo ine ciężko barzo dzieci matka jego rodząc, gdy tym chodziła, ani w noszeniu żywota żadnej ciężkości nie miała, ani takiej w rodzeniu trudności nie użyła – a słyszała często jakoby w żywocie jej szczeniątko szczekało – co jej duchowny jeden, którego się w tym radziła, wykładał: iż wielkiego kaznodzieję Chrystusowego urodzić miała. 2Szóstego roku na naukę dany, prędko pojmował i pamiętał co kazano – a jeszcze lat dziesiąci nie mając – gdy rzadko a poważnie igrał z rówienniki, każąc im milczeć, wstępował na miejsce jakie wyższe mówiąc: patrzcie jako ja będę kazał. I rozmaicie rękoma, twarzą, słowy jakiemi mógł, kaznodziejskie sprawy, na które w kościele patrzył, malował. Mógł i wiele z kazania pamiętać – a każdego z osobna kaznodzieje, głosu i sposobu naśladując, przed innymi go opisował. Podrózszy, nie tylo w nauce pochop prędki, ale w nabożeństwie więtszy brał – każdego kaznodzieje słuchać chciał – a gdy o męce Chrystusowej czytał, abo słuchał, hojnie łzy wylewał – na wspominanie przeczystej Panny wielce się uweselał – pościł od młodości śrzodę i piątek – a rodzicy mu do wszytkiego nabożeństwa upominaniem i przykładem pomagali. 3Jałmużny rad jakie mógł czynił, zwłaszcza zakonnikom – a rodzicy jego mu nie bronili, i owszem czwartą część jego ojczyzny na to mu dawali.
   Gdy do lata dwudziestego i pierwszego przyszedł, już w Filozofiej i w Teologiej biegłym był – a mając jeszcze lat ośmnaście, za błogosławieństwem ojca swego i matki, do zakonu ś. Dominika, opuszczając wszytki świata tego marne rozkoszy, krótką i niestałą sławę, wstąpił – sami go rodzicy z wielkim weselem starszemu onego klasztoru w Walencjej oddali. W zakonie naprzód ś. Dominika żywot pilnie i nabożnie czytając, na wzór wodza swego, chciał naprzód w nauce świętej ufundowanym być. I posłany na naukę pierwej do Barchinony, potym do Ilerdy – ośm lat na Teologiej strawiwszy, Doktorem zacnym i uczonym wielce został. I posłany do Walencjej, przez sześć lat uczył, i kazał z wielkim pożytkiem dusz ludzkich. Co widząc szatan, rozmaicie go kusząc, z dobrej świętej drogi zwieść chciał. Raz gdy się po jutrzni modlił przed obrazem panny czystej, ukazał mu się mąż krasny z długą brodą stary, i rzekł do niego:
4jam jest jeden z onych ojców starych w Egipcie na puszczy mieszkających, w wielkiej pokucie i ostrym żywocie – pókim był młód, rozmaitychem rozkoszy na świecie użył – a potymem k sobie przyszedł, i pokutowałem, i odpuścił Pan Bóg dobry grzechy moje – toż i tobie radzę, abyś twej młodości nie tracił, a póki masz czas użył dobrego na świecie – odłóż na starość posty i ciała trudzenia. Przelękł się naprzód ś. Wincenty, ale wnet polecając się matce Bożej, poznał iż to był czart, i przeżegnawszy się, ofuknął go i odpędził.
   Drugi raz czytając księgi ś. Hieronyma o dziewictwie przeciw heretykowi Helwidiusowi, prosił przeczystej Panny, aby jego dziewictwa strzegła – i usłyszał głos: Nie wszyscy możem być dziewicami – jeśliś się do tego czasu dziewicą zwał, postaram się iż tego uczciwego imienia zbędziesz – słysząc to, smutny był barzo, niewiedząc coby to był za głos – i miał objawienie od matki Bożej, iż to był głos diabelski – który trudności w dobrych uczynkach zadaje – ale walczyć z nim a posilać się w Bogu trzeba, za którego pomocą wszytkich szatańskich sideł uść mógł. Z takiego posilenia wielkie miał we wszystkich cnotach pomnożenie, iż był jako jaki Anioł Boży.
   5A czart się rozmaicie kusił o jego czystości utratę – w Walencjej jedna niewiasta bogata i piękna, jego się urodą (bo był krasny człowiek) z poduszczenia szatańskiego tak bardzo zapaliła – iż nie mogąc inaczej k swej złej myśli przyść, a rok cały onę pokusę cierpiąc – nakoniec niemoc zmyśliła, prawie na śmierć – w której, jako też do innych chorych chodził, przyzwać sobie ku spowiedzi ś. Wincentego kazała. Tam gdy w zamknieniu onę mu swoję duszną a diabelską niemoc otworzyła, i w moc mu się dając, niewstydliwie się zachowała – gromić jej nieuczciwość i szkaradne postępki, brzydząc się jej niecnotą, począł – i srogo ją karząc do upamiętania przywodził – naostatek powiedział, jako ciało swe Chrystusowi ku czystości wiecznej poświęcił – a z tym wyszedł od niej prędko. A ona z jadu wielkiego wołać jako druga na ś. Józefa chciała – iż jej mocą ku grzechu użyć chciał – ale Pan Bóg tego nie dopuścił – bo wnet czart który jej duszę był opanował, i ciało trapić począł – i wołała jako opętana lada co. Poznali wszyscy, iż ducha złego miała. 6I przywodząc do niej rozmaite kapłany, gdy nic nie pomogli, mówił on czart: nie wynidę aż ten przyjdzie, który się w ogniu nie sparzył. Gdy potym ś. Wincentego do niej przyzwano – acz się długo ociągał, jednak potym szedł. Jeszcze był w dom jej nie wszedł – a czart dręcząc ją uciekł, i wolną uczynił. I drugi raz (jeśli świeccy, jeśli swoi, o tym niewiem) nierządnicę tajemnie do celle jego wprowadzili – którą gdy na łóżku swym siedzącą nalazł – mniemając aby był czart, wyganiać go i fukać począł – a gdy z rozmowy chytrej, na którą była przyuczona, doznał iż była niewiasta – srodze ją słowy skarawszy, ku Panu Bogu i pokucie świętej obrócił. Tak iż wyszedszy i do domu się wróciwszy, zły on żywot opuściła.
   Na on czas Kościół Boży wielkim rozterkiem przełożonych był nawiedzony i pokarany – bo przeciw Papieżowi w Rzymie, drugi się w Awinionie we Francjej, takimże Papieżem być odzywał, za którym szli przedniejszy ludzie w Hiszpaniej i we Francjej, to jest za Benedyktem. Który gdy do siebie ś. Wincentego przyzwał, i za spowiednika mieć go chciał – radził mu pilnie, aby on tytuł Papieski zrzucił, dla pokoju i jedności kościelnej. 7I chciał to uczynić, lecz innej rady słuchając odwłóczył. A Wincenty ś. iż był już u wszytkich w wielkiej wadze, nie przestał wszystkich panów, Cesarza, i królów upominać, i sam do nich chodzić, aż rzecz dobry koniec przez Koncylium powszechne w Konstancjej wzięła. 8Gdy był w Awinionie, barzo zachorzał – i ukazał mu się Pan Jezus, zdrowie obiecując, a każąc mu aby po świecie chodził, grzeszne do pokuty upominając. Za czym wnet ozdrowiał, i od Benedykta mniemanego Papieża odeszcia prosił. Chciał go zatrzymać przy sobie, dając mu Walencyjskie i Ilerdeńskie Biskupstwo, przy tym Kardynalstwo – ale niechciał żadną miarą, powiadając, iżbych tak wolnie poselstwa Pana mego mnie zleconego do grzesznych w kazaniu, sprawować nie mógł. Na czym gdy Benedykt przestał, wrócił się do Hiszpaniej, i tam przedziwnym i słodkim językiem, i mocnym słowa Bożego kazanim, ludzie do pokuty przywodził – chodzili za nim jako za jednym Prorokiem – i od onego czasu mając już lat czterdzieści, onę swoję świętą około kazania pracą i chodzenie po świecie zacząwszy, aż do śmierci prowadził.
   Zwiedził wszystkie w koło Hiszpańskie państwa, Francuskie także wszytkie, Włoskie też niektóre, zwłaszcza Lombardią, i około Genui – wyspów wiele, Anglią, Szkocją, Hibernią, które nasieniem słowa Bożego napełniając, wielki w duszach Chrześcijańskich a niezliczony pożytek czynił. W czym taki miał porządek. Spał pięć godzin na słomie abo jakim wełnianym materacu ubogim, ostatek nocy na modlitwie i czytaniu trawił. 9Rano szedł tam gdzie jego kazania ludzie czekali. Mszą sam śpiewał, kazanie czynił – po kazaniu, dla ludzkiego nabożeństwa, aby mu folgował, rękę im całować dawał, a chore krzyżem ś. leczył, onych słów używając: Na chore ręce włożą, a zdrowi będą – Jezus syn Maryjej Pan i Zbawiciel świata, który cię do wiary powszechnej przyciągnął, niech cię w niej zachowa i ubłogosławi, i z tej niemocy wybawi, Amen. Mięsa po przyjętym zakonie nigdy nie jadł, jedno ryby, na jednej potrawie przestając. Wina się dobrze wodą rostworzonego dwa kroć napił, rzadko trzykroć. Okrom niedziele, ustawicznie pościł – ustawy zakonne, tak jakoby w klasztorze mieszkał, zachował. Pieszo zawżdy te krainy świata obchodził, aż przez lat piętnaście. Potym mając skażoną nogę, na ośle się włóczył. Ciała jego nagiego żaden jak żyw, i ci co z nim w komorze sypiali, nie widzieli. Na każdą noc się biczował powrózkami – a kiedy chorzał, prosił aby go bracia dla Boga biczowali. Wielki lud za nim i w dalekie strony zachodził – jedni pokutę za grzechy czyniąc – drudzy jego tylko kazania gorącego słuchając, i przykładów cnót świętych naśladując – a żeby się w onym ludu za nim chodzącym więtsze nabożeństwo pomnażało – naprzód miał z sobą wiele kapłanów, do słuchania spowiedzi – którzy mu też u Mszej służyli – miał i organy, aby ochotniej przy służbie Bożej stali. Miał i pisarze jawne, któremi gdy niezgodne jednał, oświadczał, aby zgody nie targali.
   10Dla pokutujących co szli za nim, czynił processje z śpiewanim, na których się wszyscy za nim idąc biczowali po ramionach gołych, wołając: Na pamiątkę męki twej Jezu Chryste, a na odpuszczenie grzechów naszych. Co gdy czynili, był taki płacz, wzdychanie, i łykanie wszytkich ludzi, iż i natwardszy płakać musieli, a wiele ich dla tej samej processjej, daleko za nim od ojczyzny swej zachodzili – 11tak iż o dziesięć tysięcy ludzi drugdy w onym towarzystwie było. A w polu miewał na kazaniu swym, na ośmdziesiąt tysięcy ludzi. To biczowanie czynili, w zimna, w wiatry – a ten Pan Bóg cud czynił, iż żadnego zdrowia nie obraziło. Kazał i porządek ludziom statecznym czynić – aby osobno stały niewiasty a mężczyzna osobno – i księża też z kapłany na swym miejscu. Jałmużnę, odprawiwszy swe i swych potrzeby, ubogim kazał rozdawać – a strzegł się aby pieniędzy od ludzi nie brał. Nie przepuścił nikomu na kazaniu swym, panom, królom i przełożonym, złości ich i grzechy na oczy im kładąc – wszakże z księżą ostrożniej się obchodził. Gdy co do uszu jego o nich przyszło – na stronie je zebrawszy, karał i upominał – toż czynił i z zakonnemi niewiastami.
   Na przestępne srogim się stawił – w Genui ziemek jego z Walencjej o grzechy swe miał być jawnie ćwiertowan – wiele ich prosiło go, aby się za nim do książęcia wstawił – a on rzekł: 12Nie daj Boże abych miał świętej sprawiedliwości przeszkadzać – to uczynię, aby go nie tak srogą śmiercią gubiono. Przy Mszej po poświęceniu ciała Bożego rzewno płakał, iż częstokroć ludzie nań patrząc, wszyscy głosem płakali, jakoby im powinowaty jaki umarł. 13Kazanie jego barzo serca ludzkie przenikało, tak iż około sta tysięcy ludzi zapamiętałych, którzy głęboko w grzechach leżeli, kazaniem i upominaniem swym do pokuty przywiódł, i Panu Bogu je pozyskał. Wiele ich w kazanie jego wielkie na się grzechy, nie mogąc ich prze żałość w sercu znosić, jawnie wywoływało – odpuszczenia od P. Boga prosząc. 14Był barzo straszliwy, gdy gromieniem słów swoich grzechy ludzkie karał – wszakże tak się umiał miarkować, abo raczej taki dar od Pana Boga miał – iż się nikt od jego kazania nie odrażał, ale więcej jeszcze słuchać go pragnął. Rzadko aby na jego kazaniu ludzie płakać nie mieli – a gdy o sądzie Bożym, o męce Chrystusowej, o piekielnych mękach, słodką rzecz swoję rospuścił – taki był płacz iż przestawać musiał póki nie ucichli.
   15Po Hiszpaniej i indziej, o pięć tysięcy Żydów niewiernych do wiary świętej przywiódł – Turków także i Saracenów na ośm tysięcy do chrztu ś. P. Bogu pozyskał – po miastach wielkich nieugaszone niesnaski i buntowania miedzy sąsiady uspokajał – nierządnych niewiast i gospodarzów ich, łotrów, rozbójników, mężobójców, lichwiarzów, 16o czterdzieści tysięcy ku uznaniu potępienia swego i czynieniu pokuty przywodził. 17Głos miał w kazaniu przyrodzony tak jasny i wolny, iż im władnął jako chciał, a daleko słyszany był. Językiem tylo swym mówiąc, i każąc wszędzie gdzie się obrócił, był dobrze rozumian. Prełaci kościelni, królowie i książęta, i miasta, w wielkiej go uczciwości mieli, wychodząc z processjami przeciw jemu, i z wielkimi poczty jezdnych. Strzegł się pierwej tego i zakazował – ale gdy widział iż się tym lud buduje, dopuścił – 18bo wszytko dla czci Bożej i ludzkiego zbawienia czynił – i z tego się podnosić nie mógł. Królowie Hiszpańscy, Marcin i Jan, i Aragoński Ferdynand, gdy się trafiło, sami przeciw jemu przed miasto prowadząc go wyjezdżali. Toż czynili i inni panowie i książęta we Francjej i Hiszpaniej.
   Miedzy onymi pany i książęty na pysznych koniach go prowadzącemi, na osiełku do miasta ich wjeżdżał, oczy na dół spuściwszy, abo je wzgórę podniózszy. Gdzie kazania czynił, tam już rzemieśnicze warstaty próżne były – wszyscy na kazanie w powszednie dni bieżeli. W którym mieście pomieszkał, tam długi czas bluźnienia, złej mowy, kosterstwa, i inych grzechów było nie słychać. Wiele ludzi uczonych przypatrując się sprawom, żywotowi, i takiemu pożytku w duszach który czynił, i cudom jego, po Apostolech – nie wiedzieli któregoby z nim w tej mierze świętego zrównać mieli. Wiele też duchownych Prełatów do zakonu, także i białychgłów do klasztorów i zamknienia wpędził. 19Król Granatski Machoma Tureckiej niewierności, słysząc o cudach jego, pisał list do niego, prosząc aby do jego państwa przyszedł, a Ewangelią wolnie ludu jego rozsiewał. Za dozwolenim Papieskim szedł, i trzykroć przed nim kazanie czyniąc – gdy lud wszytek i sam król do świętej wiary skłonnym się barzo pokazał – panowie mu jego radni zagrozili, utratą królestwa – iż zakazać powiadania słowa Bożego musiał. Ojcowie w Konstancjej zgromadzeni, w rzeczach niektórych, na jego radzie przestawali.
   Królowa Aragońska żona Jana króla, napierała się pilnie z niejakiej niewieściej dworności, aby jego komórkę gdzie legał i gdzie się modlił oglądała. On tego nigdy dopuścić niechciał, mówiąc: nie przystoi aby niewiasty komórki sług Bożych nawiedzały – a ona z gniewu mocą otworzyć sobie kazała – i oglądawszy to co pragnęła, samego w komórce będącego ujźrzeć nie mogła. I pytała gdzie brat Wincenty? Powiedziano jej, oto jest przed oczyma twemi – a ona przedsię widzieć go nie mogła. Rzekli mu bracia: Czemu ojcze przeciw królowej nie wstaniesz, a z nią nie gadasz? Odpowiedział: synowie moi, wiecie iż nam zakazano, aby do naszych komórek niewiasty nie wchodziły – a chociaż to królowa, jednakem ja tego jej nie dopuścił – abych personami nie brakował, i przetoż mię nie ogląda póki tu będzie – to słysząc królowa, wyszła. Dopiero ś. Wincenty za nią wyszedł – a królowa bacząc go, barzo mu się uniżyła i pilnie go przepraszała – a on jej rzekł: Uznałabyś od Boga pomsty, bych nie rozumiał iżeś to z niewieściej krewkości uczyniła – bo się Pan Bóg mści krzywdy sług swoich – napotym tego nie czyń. I po długiej rozmowie odeszła – i napotym go tak czciła, iż gdy się jej go ujźrzeć trafiło, prawie na twarz padając kłaniała mu się, jakoby jakiego na ziemi Anioła widziała.
   Cudami wielkimi Pan Bóg jego żywot ubogacił – z których niektóre od Papieżów na jego kanonizacjej eksaminowane wybiorę. 20Ducha prorockiego hojnie miał danego od Pana Boga. Gdy kazał w Walencjej, niejakiemu Alfonsowi Doktorowi, gdy go witał, powiedział, iż Papieżem być miał. Co gdy się w pięćdziesiąt lat spełniło, a Alfonsus na Papiestwo wstąpił, i był nazwany Kalikstus trzeci – po długim wypytaniu które przed nim Mikołaj piąty czynił, skoro Papieżem został, wtórego miesiąca kanonizować go nie omieszkał. Przeor jeden Augustynianów był mu wielkim nieprzyjacielem, i upamiętawszy się przyszedł do niego i przepraszał go. On mu rzekł: chwała Bogu, żeś tu przyszedł, Bógci niechaj odpuści, i jam wszytko dawno odpuścił – aleć nowinę powiem: idź się prędko spowiadaj – bo nic nie mieszkając umrzesz. On zastraszony tak uczynił – i tegoż dnia nie chorzejąc skonał. Będąc w Lombardiej w Aleksandriej mieście, ujźrzał onego w Kościele Bożym sławnego kaznodzieję Franciszkanów Bernardyna, jeszcze młodziuchnym młodzieńcem – i poznawszy się z nim, nazajutrz gdy go na swym kazaniu widział, rzekł: 21jest tu jeden miedzy wami zakonu ś. Franciszka, który w rychłym czasie w ziemi Włoskiej sławnym i wielkim kaznodzieją będzie, i wiele ludzi Bogu pozyszcze – a chociażem ja starszy, pierwej przedsię od Kościoła Rzymskiego uczczon będzie. Dziękujcie za to Panu Bogu. Ja mu Włoską ziemię zostawię, a sam się do Francuzów i Hiszpanów udam. I tak się zstało – po dziesiąciu lat Bernardynowa sława wszytkę Włoską ziemię napełniła. A chociaż trzydzieści lat pierwej umarł święty Wincenty – wszakże sześcią lat pierwej Bernardyn święty kanonizowany jest.
   Siostrę swoję miał rodzoną, która w panieństwie wiecznym żyjąc, z nabożeństwem jakąś koszulę ś. Wincentego chowała – i umierając oblokła się w nię wołając: módl się za mię namilszy braciszku Wincenty – i po dwu godzinach konając rzekła: owo brat mój na sąd mię Chrystusów prowadzi – i to mówiąc umarła. W Barcynonie przepukłe mu dziecię podano, prosząc aby je krzyżem ś. przeżegnał – skoro to uczynił, dziecię ozdrowiało – i rzekł matce: chowaj tego synaczka dobrze – bo z niego będzie uczony kapłan. I tak było.
   Nie daleko od Walencjej jest wieś Motella – gdzie jeden dobry człowiek miał żonę młodą i urodziwą – ale ją złe czasy nadchodziły iż szalała – prosił w dom swój ś. Wincentego, aby jej błogosławił – tak uczynił, i ucichła póki tam był – a nazajutrz gdy mąż jej szedł na kazanie, odszedł jej w domu z dzieciątkiem aby obiad czyniła, na który ś. Wincentego był prosił – onę tymczasem szaleństwo wzięło – i porwawszy synaczka zabiła go, i zsiekawszy, w kotle uwarzyła. 22Przyjdzie mąż, pyta żony o rybach jeśli są dla świętego dobrze uwarzone – rzecze: i mięso z rybami będzie – on się począł frasować, wiedząc iż ś. Wincenty mięsa nie je. I obaczy a ona synaczka uwarzyła, krzyk się wielki zstał i płacz w domu – przyjdzie ś. Wincenty na obiad, wyłożą mu onę potrawę. A on zamknąwszy się z dzieciątkiem, i członeczki do członeczków złożywszy, modlitwą swoją dzieciątko ożywił i zdrowe rodzicom oddał. Drugie także dziecię na płacz i prośbę matki ku żywotu modlitwą swoją przywrócił, mówiąc: idź córko a chwal Pana Boga – bo zasnęło dziecię to – ale się ocuci nim do domu dojdziesz – i tak się zstało.
   Raz on lud co za nim chodził, trochą chleba w jednej gospodzie nakarmił. Także i wina beczki jednej miernej, na sześć tysięcy ludzi zstało, a przedsię pełna została – około kiladziesiąt ludzi, których ciała czart dręczył, czarty wyganiając zleczył. Wiele innych cudownych rzeczy Pan Bóg przezeń czynić raczył. Naostatek już do lat siedmidziesiąt przyszedszy, puścił się do powiatu Francuskiej ziemie, który Brytanią zowią – tam dwie lecie w tejże pracy około dusz ludzkich przemieszkał – a nic w onej starości nie opuścił, chociaż już był barzo zemdlony. 23Temu się każdy dziwować musiał – nim wszedł na kazalnicę, ledwie się żywym być zdał a skoro mówić począł, takie jako w kwitnącej młodości kazanie czynił. Tamże zachorzawszy w mieście Wenecjej nazwane, wziąwszy wszytkie Sakramenty kościelne, upominając ludzi wszytkich którzy go nawiedzali, aby wedle nauki Chrystusowej, której z ust jego słuchali, żywot swój sprawowali, szczęśliwie ducha Panu Bogu oddał, roku Pańskiego, 1418. Jako za żywota tak po śmierci, cudy sławny został – poduszkę na której umarł, chowają oni mieszczanie w tej to Wenecjej – i doznana rzecz w wielkich gorączkach, ktokolwiek ją pod głowę włożył, był wolen. Martinus piąty Papież, na prośbę królów i panów wielkich, miast i Akademij, którzy cudów i żywota jego byli świadomi, między święte kościelnym obyczajem policzyć go umyślił – ale się kanonizacja jego aż do Kaliksta trzeciego, prze trudności kościelne, odwlokła – na cześć i chwałę Boga w Trójcy jedynego, którego moc i królowanie na wieki wiekom. Amen.

   24W kazaniu swym trudnych a subtelnych rzeczy rzadko używał – i pisma Doktorów świętych mało przywodził, jako mówi Antonius ś.25 z pisma świętego a z gorącego nabożeństwa serdecznego, wielkie skarby jako dobry gospodarz nowe i stare zebranie mając, wybierał26proste a czujne a mocne w duchu, i jako strzały przenikające były słowa jego. Używał w kazaniu historiej i przypowieści pożytecznych duchownych a pamiętnych ku zbudowaniu. Jako na przykład dając w jednym kazaniu mówi:27 Nie wszyscy, powiada, umiecie czytać, ale ja wszytkich was czytać nauczę. Była jedna niewiasta, która czytać nie umiała, tylko Pacierz, Zdrowę Maryją, Wierzę w Boga – 28a jednak idąc do kościoła ustawicznie książki nosiła, na które patrząc, zawżdy się upłakała. I spytał jej jeden – coby na tych książkach tak nabożnego czytała, prosząc aby je widzieć mógł – a ona rzekła: wy na moich nie umiecie, ja też na waszych czytać nie umiem – a on jej tak długo prosił, iż mu one książki ukazała – w których tylo cztery karty nalazł – jednę białą, drugą czerwoną, trzecią czarną, czwartą pozłocistą. Zdziwił się on człowiek i rzekł: prawie czytać ja tu nie umiem, bo nic pisanego niemasz – a ona rzekła: ja na tej karcie białej, czytam czystość i niewinność Panny naświętszej, i moję też, którąm wzięła na chrzcie – i płaczę za grzechy moje, iżem swe sumnienie i duszę, tak ze Chrztu świętego krwią Bożą obmytą, szkaradzie grzesząc, pomazała – i taką szpetną a czarną została. A na czerwonej, czytam o krwawym ciele Pana mego Jezusa, które było ze wsząd za grzechy moje zekrwawione, w biczowaniu, w koronowaniu, w krzyżowaniu &ć. I płaczę męki jego dla mnie podjętej. Na czarnej, czytam cięmności i męki piekielne, wspominając potępione, jako teraz miejsca do pokuty nie mają, i płacząc proszę Pana mego, aby się to i mnie nie przydało. Na pozłocistej, czytam rajskie roskoszy i jasność, z płaczem wzdychając do niej. Otóż widzicie jako Duch święty tej czytać nauczył – tak i wy wszyscy umieć możecie. W takiej prostocie on proste ucząc, i w mądrych wielki pożytek Panu Bogu, na swą sławę z nauki niedbając, czynił. Są kaznodzieje, co rzeczy trudne i szkolne na kazanie niosący, mniemają aby ludzi uczyli, i obrok owcom dawali, a oni sami siebie dymami pasą – czci próżnej swej, i mniemania u ludzi, a nie pożytku zbawiennego prostych owiec Bożych szukając. Przetoż pożytek mały Chrystusa w jego drogiej krwi na duszach rozlanej, przez nas dochodzi. O jakoby dziś trzeba takich świętych Wincentów, gdzie świat już dobrze się w kacerstwach i grzechach nie zatopi, i bliskie zawalenie jego. Kazał i pisał ten Święty o bliskim dniu sądnym, a cóż gdyby był tak skażonego i zgniłego w grzechach świata doczekał.

1  IX. April. Kwietnia. Mart. R. 5. Aprilis.
Dzieciną będąc kazać i nauczać chciał.
Na jałmużny rodzicy mu jego część z ojczyzny dawali.
Zdrady diabelskie.
Chytrość i niewstyd jednej niewiasty.
Co to jest w ogniu być, a nie sparzyć się.
Do jedności i pokoju kościelnego jako się przyczyniał.
Pan Jezus kazał mu po świecie z kazanim chodzić.
Porządek jego około chodzenia i kazania po świecie.
10  Processje jego z biczowanim.
11  Dziesięć tysięcy ludzi drugdy za nim chodziło.
12  Sprawiedliwości w karaniu złych nie przeszkadzał.
13  O sto tysięcy grzesznych ludzi do pokuty przywiódł.
14  Dar osobny w upominaniu i karaniu.
15  5. tysięcy ludzi do wiary przywiódł.
16  40. tysięcy grzesznych.
17  Głos jaki miał.
18  Czci ludzkiej jako używał.
19  Mahometański król dał mu wolność na kazanie Ewangeliej.
20  Miał ducha Prorockiego.
21  Proroctwo o ś. Bernardynie.
22  Rozsiekane i uwarzone dziecię od matki wskrzesił.
23  Kazanie jego w starości.
24  Obrok duchowny.
25  Part. 3. tit. 23. Parag. 4.
26  Mt 13.
27  Dominica 26. post Trinitatis Ser. 1.
28  Jako czytać prości mogą.

Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski


+

poniedziałek, 5 lipca 2021

sobota, 3 lipca 2021

Zbieracz słów

Jezus czekający
na drobne słowa
z naszych ust
zbierający je jak skarby
właśnie przygotowuje
tobie drogę
aby twe słowa
wypełnić

wtorek, 29 czerwca 2021

sobota, 26 czerwca 2021

(150) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Przemienienie Pańskie

   1 Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba oraz brata jego, Jana, i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. 2 Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. 3 A oto ukazali się im Mojżesz i Eliasz, rozmawiający z Nim. 4 Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». 5 Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!» 6 Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. 7 A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się!» 8 Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. (Mt 17,1-8)

   2
Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. 3 Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. 4 I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. 5 Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». 6 Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni. 7 I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» 8 I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. (Mk 9,2-8)

   28
W jakieś osiem dni po tych naukach wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. 29 Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. 30 A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. 31 Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem. 32 Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwu mężów, stojących przy Nim. 33 Gdy oni się z Nim rozstawali, Piotr rzekł do Jezusa: «Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co mówi. 34 Gdy jeszcze to mówił, pojawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy weszli w obłok. 35 A z obłoku odezwał się głos: «To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!» 36 W chwili gdy odezwał się ten głos, okazało się, że Jezus jest sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie opowiedzieli o tym, co zobaczyli. (Łk 9,28-36)

   1 Καὶ μεθ’ ἡμέρας ἓξ παραλαμβάνει ὁ Ἰησοῦς τὸν Πέτρον καὶ Ἰάκωβον καὶ Ἰωάννην τὸν ἀδελφὸν αὐτοῦ καὶ ἀναφέρει αὐτοὺς εἰς ὄρος ὑψηλὸν κατ’ ἰδίαν. 2 καὶ μετεμορφώθη ἔμπροσθεν αὐτῶν, καὶ ἔλαμψεν τὸ πρόσωπον αὐτοῦ ὡς ὁ ἥλιος, τὰ δὲ ἱμάτια αὐτοῦ ἐγένετο λευκὰ ὡς τὸ φῶς. 3 καὶ ἰδοὺ ὤφθη αὐτοῖς Μωϋσῆς καὶ Ἠλίας συλλαλοῦντες μετ’ αὐτοῦ. 4 ἀποκριθεὶς δὲ ὁ Πέτρος εἶπεν τῷ Ἰησοῦ· κύριε, καλόν ἐστιν ἡμᾶς ὧδε εἶναι· εἰ θέλεις, ποιήσω ὧδε τρεῖς σκηνάς, σοὶ μίαν καὶ Μωϋσεῖ μίαν καὶ Ἠλίᾳ μίαν. 5 ἔτι αὐτοῦ λαλοῦντος ἰδοὺ νεφέλη φωτεινὴ ἐπεσκίασεν αὐτούς, καὶ ἰδοὺ φωνὴ ἐκ τῆς νεφέλης λέγουσα· οὗτός ἐστιν ὁ υἱός μου ὁ ἀγαπητός, ἐν ᾧ εὐδόκησα· ἀκούετε αὐτοῦ.
   6
καὶ ἀκούσαντες οἱ μαθηταὶ ἔπεσαν ἐπὶ πρόσωπον αὐτῶν καὶ ἐφοβήθησαν σφόδρα. 7 καὶ προσῆλθεν ὁ Ἰησοῦς καὶ ἁψάμενος αὐτῶν εἶπεν· ἐγέρθητε καὶ μὴ φοβεῖσθε. 8 ἐπάραντες δὲ τοὺς ὀφθαλμοὺς αὐτῶν οὐδένα εἶδον εἰ μὴ αὐτὸν Ἰησοῦν μόνον. (Mt 17,1-8)


   2
Καὶ μετὰ ἡμέρας ἓξ παραλαμβάνει ὁ Ἰησοῦς τὸν Πέτρον καὶ τὸν Ἰάκωβον καὶ τὸν Ἰωάννην καὶ ἀναφέρει αὐτοὺς εἰς ὄρος ὑψηλὸν κατ’ ἰδίαν μόνους. καὶ μετεμορφώθη ἔμπροσθεν αὐτῶν, 3 καὶ τὰ ἱμάτια αὐτοῦ ἐγένετο στίλβοντα λευκὰ λίαν, οἷα γναφεὺς ἐπὶ τῆς γῆς οὐ δύναται οὕτως λευκᾶναι. 4 καὶ ὤφθη αὐτοῖς Ἠλίας σὺν Μωϋσεῖ καὶ ἦσαν συλλαλοῦντες τῷ Ἰησοῦ. 5 καὶ ἀποκριθεὶς ὁ Πέτρος λέγει τῷ Ἰησοῦ· ῥαββί, καλόν ἐστιν ἡμᾶς ὧδε εἶναι, καὶ ποιήσωμεν τρεῖς σκηνάς, σοὶ μίαν καὶ Μωϋσεῖ μίαν καὶ Ἠλίᾳ μίαν. 6 οὐ γὰρ ᾔδει τί ἀποκριθῇ, ἔκφοβοι γὰρ ἐγένοντο. 7 καὶ ἐγένετο νεφέλη ἐπισκιάζουσα αὐτοῖς, καὶ ἐγένετο φωνὴ ἐκ τῆς νεφέλης· οὗτός ἐστιν ὁ υἱός μου ὁ ἀγαπητός, ἀκούετε αὐτοῦ. 8 καὶ ἐξάπινα περιβλεψάμενοι οὐκέτι οὐδένα εἶδον ἀλλὰ τὸν Ἰησοῦν μόνον μεθ’ ἑαυτῶν. (Mk 9,2-8)


   28
Ἐγένετο δὲ μετὰ τοὺς λόγους τούτους ὡσεὶ ἡμέραι ὀκτὼ [καὶ] παραλαβὼν Πέτρον καὶ Ἰωάννην καὶ Ἰάκωβον ἀνέβη εἰς τὸ ὄρος προσεύξασθαι. 29 καὶ ἐγένετο ἐν τῷ προσεύχεσθαι αὐτὸν τὸ εἶδος τοῦ προσώπου αὐτοῦ ἕτερον καὶ ὁ ἱματισμὸς αὐτοῦ λευκὸς ἐξαστράπτων. 30 καὶ ἰδοὺ ἄνδρες δύο συνελάλουν αὐτῷ, οἵτινες ἦσαν Μωϋσῆς καὶ Ἠλίας, 31 οἳ ὀφθέντες ἐν δόξῃ ἔλεγον τὴν ἔξοδον αὐτοῦ, ἣν ἤμελλεν πληροῦν ἐν Ἰερουσαλήμ. 32 ὁ δὲ Πέτρος καὶ οἱ σὺν αὐτῷ ἦσαν βεβαρημένοι ὕπνῳ· διαγρηγορήσαντες δὲ εἶδον τὴν δόξαν αὐτοῦ καὶ τοὺς δύο ἄνδρας τοὺς συνεστῶτας αὐτῷ. 33 καὶ ἐγένετο ἐν τῷ διαχωρίζεσθαι αὐτοὺς ἀπ’ αὐτοῦ εἶπεν ὁ Πέτρος πρὸς τὸν Ἰησοῦν· ἐπιστάτα, καλόν ἐστιν ἡμᾶς ὧδε εἶναι, καὶ ποιήσωμεν σκηνὰς τρεῖς, μίαν σοὶ καὶ μίαν Μωϋσεῖ καὶ μίαν Ἠλίᾳ, μὴ εἰδὼς ὃ λέγει. 34 ταῦτα δὲ αὐτοῦ λέγοντος ἐγένετο νεφέλη καὶ ἐπεσκίαζεν αὐτούς· ἐφοβήθησαν δὲ ἐν τῷ εἰσελθεῖν αὐτοὺς εἰς τὴν νεφέλην. 35 καὶ φωνὴ ἐγένετο ἐκ τῆς νεφέλης λέγουσα· οὗτός ἐστιν ὁ υἱός μου ὁ ἐκλελεγμένος, αὐτοῦ ἀκούετε. 36 καὶ ἐν τῷ γενέσθαι τὴν φωνὴν εὑρέθη Ἰησοῦς μόνος. καὶ αὐτοὶ ἐσίγησαν καὶ οὐδενὶ ἀπήγγειλαν ἐν ἐκείναις ταῖς ἡμέραις οὐδὲν ὧν ἑώρακαν. (Łk 9,28-36)


   Któż z ludzi nie widział nigdy, choćby jeden raz, pogodnego marcowego świtu? Gdyby ktoś taki istniał, byłby bardzo nieszczęśliwy. Nie znałby bowiem jednego z najpiękniejszych uroków natury, która budzi się na wiosnę – stawszy się ponownie dziewiczą, jak dziewczynka. Taką natura musiała być w pierwszym dniu [swego istnienia].

   To czysty wdzięk we wszystkim, co natura przedstawia. [Widać go] w nowej trawie, na której błyszczy rosa; w kwiatach otwierających się jak rodzące się dzieci i w pierwszym uśmiechu światła dnia; w ptakach, które budzą się z trzepotem skrzydeł i wypowiadają pierwsze pytające: „ćwir”. Ono poprzedza wszystkie ich melodyjne rozmowy [prowadzone] w ciągu dnia. Nawet zapach powietrza [jest samym wdziękiem]. Utraciło ono w nocy – z powodu działania rosy i nieobecności człowieka – wszelki brud kurzu, dymu i wydzielin ludzkich ciał.

   W tym wdzięku [natury] idzie naprzód Jezus, apostołowie i uczniowie. Jest z nimi Szymon, syn Alfeusza. Idą w kierunku południowo-wschodnim. Omijają wzgórza, które tworzą wieniec wokół Nazaretu. Przechodzą przez strumień. Idą w kierunku wschodnim wąską równiną, pomiędzy wzgórzami Nazaretu i górami. Góry te poprzedza [jakby] w połowie ucięty stożek Taboru. To dziwne, ale jego szczyt przypomina mi fryzury naszych karabinierów, widziane z profilu. Dochodzą do niego. Jezus zatrzymuje się i mówi:
   «Niech Piotr, Jan i Jakub, syn Zebedeusza, wejdą ze Mną na tę górę. Wy zaś tu się rozejdźcie, na drogach przylegających do tej góry. Głoście Pana. Wieczorem chcę was na nowo [ujrzeć] w Nazarecie. Nie oddalajcie się więc. Pokój niech będzie z wami».
   Zwracając się do trzech [apostołów], wzywa ich i mówi:
   «Chodźmy».
   I zaczyna się wspinać, już się nie oglądając wstecz. Idzie krokiem tak szybkim, że Piotr z trudnością za Nim nadąża. Przy jednym postoju Piotr – czerwony i zlany potem – pyta Go, tracąc oddech: «Dokąd idziemy? Nie ma domów na tej górze. Na szczycie jest tylko stara twierdza. Czy tam chcesz nauczać?»
   «Wtedy poszedłbym innym zboczem. Widzisz, że jestem do niego zwrócony plecami. Nie idziemy do twierdzy, a ci, którzy w niej przebywają, nawet nas nie ujrzą. Idę połączyć się z Moim Ojcem i chciałem was mieć przy Sobie, bo was kocham. Chodźmy szybko!»
   «O, mój Panie! Czy nie moglibyśmy iść nieco wolniej i pomówić o tym, co usłyszeliśmy i widzieliśmy wczoraj? To nie pozwalało nam zasnąć przez całą noc, bo chcieliśmy o tym porozmawiać...»
   «Na spotkania z Bogiem trzeba się zawsze udawać pośpiesznie. Chodźmy, Szymonie Piotrze! Tam w górze pozwolę wam odpocząć».
   I wspina się dalej…
   Jezus mówi: «Dołączcie tu [opis] Przemienienia, który ci dałem 5 sierpnia 1944, lecz bez towarzyszącego mu dyktanda. Po przepisaniu Przemienienia z ubiegłego roku ojciec64 przepisze to, co teraz ci pokazuję».
   Jestem z moim Jezusem na wysokiej górze. Jest z Nim Piotr, Jakub i Jan. Wchodzą jeszcze wyżej. Spojrzenie obejmuje rozległe horyzonty. Piękny i spokojny dzień pozwala wyraźnie widzieć nawet najdalsze szczegóły.
   Góra [ta] nie stanowi części skupiska górskiego, jak to jest w Judei. Wznosi się samotnie. W odniesieniu do miejsca, w którym się znajdujemy, wschód jest na wprost, północ po lewej, południe po prawej stronie. Z tyłu, na zachodzie, wznosi się o jeszcze jakieś kilkaset kroków jej wierzchołek.
   To wielkie wzniesienie. Oko może objąć rozległy horyzont. Jezioro Genezaret wydaje się kawałkiem nieba, który spadł, zaszywając się w zieleni. To turkusowy owal, wciśnięty w szmaragdy o rozmaitych odcieniach. Zwierciadło jego [wód] drży i marszczy się pod lekką bryzą. Ślizgają się po nim zwinnie jak mewy łodzie o rozpostartych żaglach. Lekko się pochylają ku błękitnawej fali. Mają w sobie wdzięk lotu śnieżnobiałego zimorodka, wzlatującego nad wodą w poszukiwaniu zdobyczy. Potem z tego ogromnego turkusu wypływa żyła błękitu bledszego tam, gdzie brzeg jest szerszy, a ciemniejszego w miejscu, gdzie brzegi są blisko siebie, a woda – głębsza i ciemniejsza. Jest tak z powodu cienia rzucanego przez potężne drzewa blisko rzeki. Ona odżywia je swą świeżością. Jordan wydaje się pociągnięciem pędzla, niemal zupełnie prostym, w zieleni równiny. Małe wioski są rozproszone po niej, po obu stronach rzeki. Niektóre to tylko garść domów, inne, rozleglejsze, mają już wygląd miejski. Główne drogi to żółtawe linie pośród zieleni. W pobliżu góry [Tabor] równina jest o wiele bardziej uprawiana i żyźniejsza, bardzo piękna. Widać na niej różne uprawy z ich rozmaitymi kolorami śmiejącymi się do pięknego słońca, które promienieje na pogodnym niebie.
   Musi być wiosna, być może marzec, jeśli wziąć pod uwagę szerokość geograficzną, na jakiej leży Palestyna. Widzę bowiem zboża już wysokie, lecz jeszcze zielone. Falują jak modre morze. Widzę też najwcześniejsze pióropusze drzew owocowych, które rozsiewają białe i różowawe obłoki na to małe roślinne morze. Dalej – łąki całe w kwiatach, z nową już trawą, na której pasą się owce. Wyglądają jak kupki śniegu rozrzucone po trochu wszędzie w tej zieleni.
   Na zboczu góry, na pagórkach formujących jej podstawę, niewielkich i niskich, znajdują się dwa miasteczka: jedno na południu, a drugie – na północy. Bardzo urodzajna równina ciągnie się szczególnie i z wielką wyrazistością ku południu.
   Po krótkim odpoczynku w cieniu zagajnika – na który Jezus się zdecydował z pewnością z litości dla Piotra, wyraźnie męczącego się wchodzeniem na wzniesienia – teraz idzie dalej w górę. Wchodzi niemal na sam szczyt. Znajduje się tu płaska polana, ograniczona półkolem drzew od strony zbocza.
   «Odpocznijcie, przyjaciele. Ja idę tam, żeby się modlić...»
   [Jezus] wskazuje ręką wielki kamień. To skała wystająca z góry, ale nie od strony zbocza, lecz skierowana ku wewnętrznej [polanie], ku szczytowi.
   Jezus klęka na trawie. Wspiera dłonie i ręce na skale w takiej pozycji, jaką przyjmie też w Getsemani. Słońce Go nie ogrzewa, gdyż wierzchołek otacza Go cieniem. Resztę miejsca porośniętego trawą oświetla słońce aż do granicy drzew, pod którymi usiedli apostołowie.
   Piotr zdejmuje sandały, wysypuje z nich kurz i kamyczki. Potem siedzi boso, ze zmęczonymi nogami w świeżej trawie. Właściwie niemal leży, z głową na kępie trawy, służącej mu za poduszkę.
   Jakub idzie w ślad za nim, lecz żeby mieć więcej wygody, szuka sobie pnia drzewa. Opiera się o niego plecami, podkładając płaszcz.
   Jan trwa w pozycji siedzącej. Obserwuje Nauczyciela. Jednak spokój miejsca, świeży wietrzyk, cisza, zmęczenie pokonują i jego. Głowa opada mu na pierś, a powieki na oczy. Nikt jednak nie śpi głęboko. Ogarnęła ich tylko letnia senność.
   Budzi ich żywy blask, przysłaniający jasność słońca. Rozszerza się on i wnika nawet pod zieleń krzewów i drzew, pod którymi się znajdują.
   Zaskoczeni [apostołowie] otwierają oczy i widzą przemienionego Jezusa. Jest teraz taki, jakiego widzę w wizjach Raju, oczywiście bez Ran i bez sztandaru krzyża. Podobieństwo widać w majestacie Jego twarzy i ciała. Podobna jest też jasność i [Jego] odzienie. Ciemna czerwień szaty zamieniła się w diamentową i perłową niematerialną tkaninę. Tak jest ubrany w Niebie. Jego twarz to słońce, które wydziela światło syderalne, lecz bardzo intensywne. Jego szafirowe oczy błyszczą nim. Wydaje się jeszcze wyższy, jakby chwała powiększyła też Jego wzrost. Trudno mi określić, czy ta jasność, która czyni fosforyzującym nawet płaskowyż, pochodzi tylko od Niego, czy też Jego własny blask miesza się całkowicie ze światłością, jaką skupił na Swoim Panu Wszechświat i Niebiosa. Wiem tylko, że jest to coś nie do opisania.
   Jezus stoi teraz. Wydaje mi się nawet, że unosi się ponad ziemią. Pomiędzy Nim bowiem a zielenią łąki znajduje się rodzaj świetlistej pary: przestrzeń będąca wyłącznie światłością. Wydaje się, że Jezus stoi na niej. Jest ona jednak tak intensywna, że mogę się mylić. Nie potrafię dojrzeć zieleni trawy pod stopami Jezusa. Może to być spowodowane tą silną światłością. Wibruje ona i faluje. Przypomina mi to [zjawisko] obserwowane niekiedy w czasie pożarów. Fale te mają kolor biały, rozżarzony. Jezus pozostaje z twarzą uniesioną ku niebu i uśmiecha się do tego, co widzi, a co Go tak przemienia. Apostołów ogarnia strach. Wołają Jezusa, gdyż wydaje się im, że to nie jest ich Nauczyciel, tak jest przemieniony.
   «Nauczycielu! Nauczycielu!» – wołają Go cicho, głosami zatrwożonymi. On ich nie słyszy.
   «Jest w ekstazie – mówi Piotr, cały drżący – Cóż On może widzieć?»
   Trzej [apostołowie] wstali. Chcieliby podejść do Jezusa, ale brak im śmiałości. Blask tymczasem wzrasta jeszcze bardziej, gdyż dwa płomienie zstępują z Nieba i stają po bokach Jezusa. Zatrzymują się na płaskowyżu. Otwiera się ich osłona i wychodzi z nich dwóch mężów, dostojnych i promiennych. Jeden – starszy, o spojrzeniu przeszywającym i poważnym, z długą brodą rozdzieloną na pół. Z jego czoła wychodzą jakby dwa świetliste promienie. Jest to dla mnie znakiem, że to Mojżesz. Drugi [mężczyzna] jest młodszy, szczupły, brodaty i zarośnięty, podobnie jak Chrzciciel. Jest do niego zresztą podobny wzrostem, wychudzeniem, budową ciała i powagą. Światło Mojżesza, jak u Jezusa, jest olśniewająco białe – szczególnie z powodu promieni na czole. To zaś, które promieniuje z Eliasza, przypomina żywy płomień słońca.
   Dwóch proroków przyjmuje postawę pełną szacunku wobec ich wcielonego Boga. Choć Jezus rozmawia z nimi życzliwie, nie porzucają swej uniżonej postawy. Apostołowie upadają na kolana. Drżą. Twarze ukryli w dłoniach. Chcieliby patrzeć, lecz boją się. W końcu Piotr zaczyna mówić:
   «Nauczycielu! Nauczycielu! Posłuchaj mnie».
   Jezus kieruje spojrzenie na Swego Piotra. To go ośmiela, więc mówi dalej: «To piękne być tu z Tobą, z Mojżeszem i Eliaszem. Jeśli chcesz, ustawimy trzy namioty: dla Ciebie, dla Mojżesza i dla Eliasza. I zostaniemy tutaj, żeby wam usługiwać...»
   Jezus patrzy na niego ponownie i uśmiecha się jeszcze bardziej. Spogląda też na Jakuba i na Jana spojrzeniem napełniającym ich miłością. Także Mojżesz i Eliasz patrzą uważnie na nich trzech. Oczy im błyszczą. Wygląda to tak, jakby promienie przenikały serca apostołów. Nie ośmielają się już nic powiedzieć. Milczą, przerażeni. Wydają się oszołomieni i zaskoczeni. W pewnej chwili zasłona – która nie jest ani obłokiem, ani mgłą, ani promieniowaniem – otacza i oddziela Trzech [ukazujących się] w chwale. Ta zasłona jest jeszcze bardziej jaśniejąca niż poprzednia, która ich wcześniej otaczała. Ukrywa ich przed oczyma trzech [apostołów]. Rozlega się Głos potężny i harmonijny. Dźwięczy i napełnia całą przestrzeń. Trzech apostołów upada, z twarzami przy ziemi.
   «Oto Mój Syn Umiłowany, w którym mam upodobanie. Słuchajcie Go».
   Piotr leży już całkiem na ziemi i woła:
   «Miłosierdzia dla mnie, grzesznego! To Chwała Boga zstępuje!»
   Jakub nie potrafi wydobyć z siebie ani słowa.
   Jan szepcze z westchnieniem takim, jakby tracił przytomność:
   «Pan przemawia!»
   Nikt jednak nie ośmiela się podnieść głowy, nawet wtedy gdy znowu zapanowała całkowita cisza. Nie zauważają więc, że światło wraca do normalnego stanu blasku słonecznego. Jezus zaś pozostał sam i stał się zwykłym Jezusem w Swej czerwonej szacie. Idzie ku nim z uśmiechem, potrząsa nimi, dotyka i woła po imieniu.
   «Wstańcie! To Ja. Nie lękajcie się» – mówi, gdyż żaden z trzech nie ośmiela się unieść twarzy.
   Wzywają miłosierdzia Bożego nad swymi grzechami, bojąc się, że to Anioł Boży przyszedł, żeby ich zaprowadzić do Najwyższego.
   «Wstańcie. Nakazuję wam to» – powtarza Jezus z mocą. Podnoszą więc twarze i widzą Jezusa, który się do nich uśmiecha. (IV [cz. 1-2], 37: 3 grudnia 1945 i 5 sierpnia 1944. A, 7194-7195, 3220-3227, 7196-7202 i 3227-3229)

64  Kierownik duchowy Marii Valtorty, o. Migliorini.


   Chi mai fra gli uomini non ha visto, almeno per una volta, un’alba serena di marzo? Se quest’uno c’è, è un grande infelice, perché ignora una delle grazie più belle della natura risvegliata da primavera, tornata vergine, fanciulla, quale doveva esserlo nel primo giorno.

   In questa grazia, che è pura in ogni suo aspetto e cosa – dalle erbe novelle e rugiadose ai fioretti che si dischiudono, come bimbi che nascono, al primo ridere della luce del giorno; agli uccelli che si destano con un frullo d’ali e dicono il primo cip? interrogativo, preludio a tutti i loro canori discorsi della giornata; all’odore stesso dell’aria che ha perduto nella notte, per il lavacro delle rugiade e l’assenza dell’uomo, ogni corruzione di polvere, fumo e sentore di corpi umani – vanno Gesù, gli apostoli e i discepoli. È con essi anche Simone d’Alfeo.
   Vanno in direzione sud-est, valicando i colli che fanno corona a Nazaret, superando un torrente, traversando una pianura stretta fra i colli nazareni e un gruppo di monti verso est. Questi monti sono preceduti dal cono semimonco del Tabor che mi ricorda stranamente, nella sua vetta, la lucerna dei nostri carabinieri vista di profilo.
   Lo raggiungono. Gesù si ferma e dice: «Pietro, Giovanni e Giacomo di Zebedeo vengano con Me sul monte. Voi spargetevi alla sua base, dividendovi verso le strade che la costeggiano, e predicate il Signore. Verso sera voglio essere di nuovo a Nazaret. Non allontanatevi dunque molto. La pace sia con voi». E volgendosi ai tre chiamati dice: «Andiamo».
   E prende la salita senza più volgersi indietro e con un passo così sollecito che fa faticare Pietro a stargli dietro.
   In un momento di sosta Pietro, rosso e sudato, gli chiede col fiato grosso: «Ma dove andiamo? Non ci sono case sul monte. Sulla cima quella vecchia fortezza. Vuoi andare a predicare la?».
   «Avrei preso l’altro versante. Ma tu vedi che gli volgo le spalle. Non andremo alla fortezza, e chi è in essa non ci vedrà neppure. Vado ad unirmi col Padre mio, e vi ho voluti con Me perché vi amo. Su, lesti!».
   «Oh! mio Signore! Non potremo andare un poco più adagio, invece, e parlare di quanto abbiamo sentito e visto ieri, che ci ha tenuti desti tutta la notte per parlarne?».
   «Agli appuntamenti di Dio si va sempre veloci. Forza Simon Pietro! Lassù vi farò riposare». E riprende a salire…

   Dice Gesù:
   «Qui innestate la Trasfigurazione avuta il 5 agosto 1944, ma senza il dettato unito alla stessa. Finito di copiare la Trasfigurazione dello scorso anno, P.M. copierà ciò che ti mostro ora».

   Sono col mio Gesù su un alto monte. Con Gesù sono Pietro, Giacomo e Giovanni. Salgono ancor più in alto e l’occhio spazia per aperti orizzonti che un bel giorno sereno rende netti nei particolari fin nelle lontananze.
   Il monte non fa parte di un sistema montano come è quello della Giudea; sorge isolato avendo, rispetto al luogo dove ci troviamo, l’oriente in faccia, il nord alla sinistra, il sud a destra e dietro, a ovest, la vetta che si alza di ancora qualche centinaio di passi. È molto elevato e l’occhio è libero di vedere per un largo raggio.
   Il lago di Genezaret pare un lembo di cielo sceso a incastonarsi fra il verde della terra, una turchese ovale chiusa da smeraldi di diverse gradazioni, uno specchio che tremula e si increspa a un vento lieve e sul quale scivolano, con agilità di gabbiani, le barche dalle vele spiegate, leggermente curvate verso l’onda azzurrina, proprio con la grazia del volo candido di un alcione, scorrente l’onda in cerca di preda. Poi ecco che dalla vasta turchese esce una vena, di azzurro più pallido là dove il greto è più ampio, e più scuro là dove le rive si stringono e l’acqua è più profonda e cupa per l’ombra che vi gettano gli alberi che crescono vigorosi presso il fiume, nutriti dal suo umore. Il Giordano pare una pennellata quasi rettilinea nel verde della pianura.
   Dei paeselli sono sparsi per la pianura al di qua e al di là del fiume. Alcuni sono proprio un pugno di case, altri sono più vasti, già arieggianti a cittadine. Le vie maestre sono rughe giallognole fra il verde. Ma qua, dalla parte del monte, la pianura è molto più coltivata e fertile, molto bella. Si vedono le diverse colture coi loro diversi colori ridere al bel sole che scende dal cielo sereno.
   Deve essere primavera, forse marzo, se calcolo la latitudine della Palestina, perché vedo i grani già alti, ma ancora verdi, ondulare come un mare glauco, e vedo i pennacchi dei più precoci fra gli alberi da frutto mettere come delle nuvolette bianche e rosee su questo piccolo mare vegetale, poi prati tutti in fiore per gli alti fieni sui quali pecorelle pascolanti paiono mucchietti di neve ammucchiata qua e là sul verde.
   Proprio vicino al monte, sulle colline che ne sono la base, basse e brevi colline, sono due cittadine, una verso sud, una verso nord. La pianura fertilissima si estende specialmente e più ampiamente verso il sud.
   Gesù, dopo una breve sosta al fresco di un ciuffo di alberi, certo concessa per pietà di Pietro che nelle salite fatica palesemente, riprende a salire. Va fin quasi sulla vetta, là dove è un pianoro erboso che ha un semicerchio di alberi verso la costa.
   «Riposate, amici. Io vado là a pregare». E accenna con la mano ad un ampio sasso, una roccia che affiora dal monte e che si trova perciò non verso la costa ma verso l’interno, la vetta.
   Gesù si inginocchia sulla terra erbosa e appoggia le mani e il capo al masso, nella posa che prenderà anche nella preghiera al Getsemani. Il sole non lo colpisce perché la vetta lo ripara. Ma il resto dello spiazzo erboso è tutto lieto di sole, sino al limite d’ombra dello scrimolo alberato sotto il quale si sono seduti gli apostoli.
   Pietro si leva i sandali e se ne scuote via polvere e sassolini e sta così, scalzo, coi piedi stanchi fra l’erba fresca, quasi steso, col capo su un ciuffo smeraldino che sporge più degli altri sulla sua zolla come un guanciale. Giacomo lo imita, ma per stare comodo cerca un tronco d’albero al quale appoggia il suo mantello e su questo le spalle. Giovanni resta seduto e osserva il Maestro. Ma la calma del luogo, il venticello fresco, il silenzio e la stanchezza vincono anche lui, e la testa gli si abbassa sul petto e così le palpebre sugli occhi. Non dormono profondamente nessuno dei tre, ma sono in quella sonnolenza estiva che intontisce.
   Li scuote una luminosità così viva che annulla quella del sole e dilaga e penetra fin sotto il verde dei cespugli e alberi sotto cui si sono messi.
   Aprono gli occhi stupiti e vedono Gesù Trasfigurato. (Nota sulla Trasfigurazione. A stornare le astuzie di Satana e le insidie dei futuri, e non ignoti a Dio Padre, nemici del Verbo Incarnato, Dio avvolse di aspetti comuni a tutti i nati di donna il Cristo non solo sinché fu “il fanciullo e il figlio del falegname” ma anche quando fu il Maestro. Soltanto la sapienza e il miracolo lo distinguevano dagli altri. Ma Israele, sebbene in minor misura, conosceva altri maestri (i profeti) e operatori di miracoli. Ciò doveva servire a provare anche la fede dei suoi eletti: gli apostoli e discepoli. Essi dovevano “credere senza vedere” cose straordinarie e divine. Così vedevano l’Uomo dotto e Santo che faceva anche miracoli ma che per tutto il resto era simile a loro nei suoi bisogni umani. Però, a confermare i tre, dopo che l’annuncio della morte futura di croce li aveva turbati, Egli ora si svela in tutta la gloria della sua Natura Divina. Dopo ciò il dubbio che la predetta morte di croce aveva insinuato nei suoi più prossimi seguaci, non poteva più sussistere. Essi avevano visto Dio. Dio nell’Uomo che sarebbe stato crocifisso. Era la manifestazione delle due Nature ipostaticamente unite. Manifestazione innegabile che non poteva lasciare dubbi. E al Figlio-Dio che si manifesta tale si unisce il Padre-Dio con le sue parole e il Cielo rappresentato da Mosè ed Elia. Dopo aver scosso la loro fede con il preannuncio del suo morire, Gesù ribadisce, anzi aumenta tal fede col suo trasfigurarsi). Egli è ora tale e quale come lo vedo nelle visioni del Paradiso. Naturalmente senza le Piaghe e senza il vessillo della Croce. Ma la Maestà del volto e del corpo è uguale, uguale ne è la luminosità, e uguale la veste che da un rosso cupo si è mutata nel diamantifero e perlifero tessuto immateriale che lo veste in Cielo. Il suo viso è un sole dalla luce siderale ma intensissima, nel quale raggiano gli occhi di zaffiro. Sembra più alto ancora, come la sua glorificazione ne avesse aumentato la statura. Non saprei dire se la luminosità, che rende perfino fosforescente il pianoro, provenga tutta da Lui o se alla sua propria si mesca quella che ha concentrata sul suo Signore tutta la luce che è nell’universo e nei cieli. So che è qualche cosa di indescrivibile.
   Gesù è ora in piedi, direi anzi che è alzato da terra, perché fra lui e il verde del prato vi è come un vaporare di luce, uno spazio dato unicamente da una luce sul quale pare Egli si erga. Ma è tanto viva che potrei anche ingannarmi, e il non vedere più il verde dell’erba sotto le piante di Gesù potrebbe esser provocato da questa luce immensa che vibra e fa onde come si vede talora nei grandi fuochi. Onde, qui, di un colore bianco,incandescente. Gesù sta col Volto alzato verso il cielo e sorride ad una sua visione che lo sublima.
   Gli apostoli ne hanno quasi paura e lo chiamano, perché non pare più a loro che sia il loro Maestro tanto è trasfigurato. «Maestro, Maestro», chiamano piano ma con ansia. Egli non sente.
   «È in estasi», dice Pietro tremante. «Che vedrà mai?».
   I tre si sono alzati in piedi. Vorrebbero accostarsi a Gesù, ma non osano.
   La luce aumenta ancora per due fiamme che scendono dal cielo e si collocano ai lati di Gesù. Quando sono stabilite sul pianoro, il loro velo si apre e ne appaiono due maestosi e luminosi personaggi. L’uno più anziano, dallo sguardo acuto e severo e da una lunga barba bipartita. Dalla sua fronte partono corni di luce che me lo indicano per Mosè. L’altro è più giovane, scarno, barbuto e peloso, su per giù come il Battista, al quale direi assomiglia per statura, magrezza, conformazione e severità. Mentre la luce di Mosè è candida come è quella di Gesù, specie nei raggi della fronte, quella che emana Elia è solare, di fiamma viva.
   I due Profeti prendono una posa di riverenza davanti al loro Dio Incarnato e, sebbene Questi parli loro con famigliarità, essi non abbandonano la loro posa riverente. Non comprendo neppure una delle parole dette.
   I tre apostoli cadono a ginocchio tremanti, col volto fra le mani. Vorrebbero vedere ma hanno paura.
   Finalmente Pietro parla: «Maestro, Maestro. Odimi». Gesù gira lo sguardo con un sorriso verso il suo Pietro, che si rinfranca e dice: «E’ bello stare qui con Te, Mosè e Elia. Se vuoi facciamo tre tende per Te, per Mosè e per Elia, e noi stiamo qui a servirti…».
   Gesù lo guarda ancora e sorride più vivamente. Guarda anche Giovanni e Giacomo. Uno sguardo che li abbraccia con amore. Anche Mosè e Elia guardano i tre fissamente. I loro occhi balenano. Devono essere come raggi che penetrano i cuori.
   Gli apostoli non osano dire altro. Intimoriti, tacciono. Sembrano un poco ebbri come chi è sbalordito. Ma quando un velo che non è nebbia, che non è nuvola, che non è raggio, avvolge e separa i Tre gloriosi dietro uno schermo ancor più lucido di quello che già li circondava e li nasconde alla vista dei tre, e una Voce potente e armonica vibra ed empie di sé lo spazio, i tre cadono col volto contro l’erba.
   «Questo è il mio Figliuolo diletto, nel quale mi sono compiaciuto. Ascoltatelo».
   Pietro nel gettarsi bocconi esclama: «Misericordia di me, peccatore! È la Gloria di Dio che scende!».
   Giacomo non fiata. Giovanni mormora con un sospiro, come fosse prossimo a svenire: «Il Signore parla!».
   Nessuno osa alzare la testa anche quando il silenzio si è rifatto assoluto. Non vedono perciò neppure il tornare della luce alla sua naturalezza di luce solare e mostrare Gesù rimasto solo e tornato il Gesù solito nella sua veste rossa.
   Egli cammina verso loro sorridendo e li scuote e tocca e chiama per nome.
   «Alzatevi. Sono Io. Non temete », dice, perché i tre non osano alzare il volto e invocano misericordia sui loro peccati, temendo che sia l’Angelo di Dio che vuol mostrarli all’Altissimo.
   «Levatevi, dunque. Ve lo comando», ripete Gesù con imperio. Essi alzano il volto e vedono Gesù che sorride. (5, 349)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28


Przekład polski 
Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)


Zapis włoski: Maria Valtorta, 
L’Evangelo come mi e' stato rivelato, 
Edizioni Paoline, Pisa 2001