poniedziałek, 16 lipca 2018

Ludzka prośba

Jakub i Jan
zapragnęli usiąść
jeden przy prawym,
a drugi przy lewym
boku Jezusa.
(Mk 10,35-40)

Słyszeli wcześniej:
Proście,
a będzie wam dane” (Mt 7,7; Łk 11,9).
Słowo mielili
w sercach
i tak się rozochocili,
że doszli
do najlepszego –
być u boku Jezusa.

A jeszcze nie wiedzą,
co to za bycie.
Więc stękają:
Pragniemy,
żebyś nam uczynił
to, o co Cię poprosimy”.

Już przypuszczają,
że Jezus wysłucha.
Przecież obiecał,
że będzie im dane
to, o co poproszą.

Więc mówią:
daj nam”,
gdyż wcześniej powiedział,
że będzie dane.

Często
byli blisko Jezusa
i tak ośmieleni
dobrotliwą Obecnością
rozpieścili się i wyrazili
zuchwałą prośbę
bycia najbliżej.

sobota, 14 lipca 2018

Z bykiem

   Pracując na gospodarstwie, często musiałem siłować się z bykiem, tak aby zapiąć go w więzy, z których się wyrywał. Jednego razu byk okazał się bardziej wściekły i uparty niż zwykle. Chwyciłem go za łeb, ciągnąłem, próbowałem prowadzić, ale ten wciąż się nie poddawał – szarpał się, podskakiwał, kopał. A więc i ja się nie poddawałem – nie mogłem go tak zwyczajnie puścić, ażeby nie zrobił jakichś większych szkód. Długo się siłowaliśmy i już powoli traciłem siły, a ten wciąż to samo – niczym niezmęczony. W końcu zaczął mną miotać na wszystkie strony i przypierał do ściany. Stawiałem opór, ale na daremno. Czułem już na karku, jak przychodzi czas śmierci. Nagle więc zwróciłem się z prośbą do Matki Bożej i wtedy byk niespodziewanie spokorniał i pozwolił się zapiąć.
   Popatrz, tak też nieraz walczysz z szatanem – tym wielkim mocarzem – i próbujesz to robić samemu, podobny do pyłu walczącego z powiewem wiatru. Nie pokonasz go nigdy bez pomocy Nieba.

czwartek, 12 lipca 2018

Godzien wszystkiego

W całym greckim Piśmie Świętym wyrażenie „wszystko dla” (πάντα εἰς) pojawia się chyba tylko dwukrotnie. Raz w odniesieniu do Przejścia (Paschy; 2 Krn 35,7),1 a drugi raz w odniesieniu do Jezusa (Kol 1,16). Tylko Jezus, Zbawienie – nasze Przejście – godzien jest wszystkiego. Nawet jeśli wykonujemy jakieś dzieła dla innych (tak jak dla „obecnych” w 2 Krn 35,7), to tylko dlatego, aby później, ostatecznie, przyniosły one Zbawienie. Wszystko dla Niego.

1  Tam w Septuagincie: „wszystko na Paschę dla wszystkich obecnych”.

środa, 11 lipca 2018

(50) Żywoty Świętych: Faustyn i Jowita

Męczeństwo śś. Faustyna i Jowity braciej rodzonej,
wypisane od Adona Biskupa, i z ksiąg męczeńskich Kościoła Rzymskiego. Cierpieli około roku Pańskiego, 120.1

   Faustyn i Jowita z Bryksjej, miasta Włoskiego, zacnie urodzeni, będąc bracia jednych rodziców wedle ciała – więtsze braterstwo mieli w jednej wierze i gorącej miłości ku Panu naszemu Jezusowi. Na on czas miedzy pogaństwem świecąc jako pochodnie, drogę prawdy zbawiennej innym ukazowali – nic się na swoje niebezpieczeństwo nie oglągając – których chęć i wielkie serce ku rozszerzeniu Ewangeliej, widząc biskup ich na ten czas Apollonius, kapłanem poświęcił starszego Faustyna, a młodszego Jowitę postawił diakonem, a sam się krył, uchodząc zguby i ciężkiego prześladowania, które mieli Chrześcianie od pogaństwa. Po wzięciu tego dostojeństwa, pilniej i mężniej świętą prawdę rozsiewali, i wiele ludzi nie tylo w Bryksjej, ale i w pogranicznych mieściech Panu Bogu pozyskiwali. Z czego czart posromocenie mając – pobudził Komessa onej strony, abo starostę, na imię Italika, który je do Adriana Cesarza, w Liturgiej na ten czas będącego, odniósł i srodze obżałował, mówiąc: Radz o swej Rzeczyposp. i o bogach naszych – bo Faustyn i Jowita nieprzyjaciele bogów twoich, wniwecz je obracają, i wiele ludzi zwodzą. A Cesarz mu moc dał, aby one i inne Chrześciany karał i gubił.
   Przyjachawszy tedy do Bryksjej z listy i mandaty Cesarskiemi, oznajmił ś. Faustynowi i Jowicie, aby Cesarską wolą uczynili. Oni się śmiele opowiedzieli, iż tego czynić nie możem, abyśmy wiarę w Pana Jezusa Chrystusa, którejeśmy się nauczyli, na rozkazanie Cesarskie, opuścić, abo jej jaką zelżywość uczynić mieli. Przeto pojmać je i posadzać aż do przyjazdu Adriana Cesarza, który w Bryksjej być miał, rozkazał. Piątego dnia po wjachaniu jego do miasta, stawił Italikus one więźnie. Spytał go Adrian: Takli są zacni, iżeś je na nasz sąd zachował? Powiedział iż rodzicy ich pierwszy tu byli ludzie w mieście. Rzekł Adrian: Na takież więtsza pilność ma być, aby się ini przykładem ich karali – i wdał się z nimi w długą rozmowę Cesarz, wiele im obiecując i wywodząc. A oni na każdą mu rzecz odpowiedź czyniąc, rzekli nakoniec: ani twoje dary, ani twoje czci tego godne nie są, abychmy dla nich Boga naszego, nie tylo odstąpić – ale namniej Go rozgniewać mieli – Chrześcianieśmy, nie możem fałszywym bogom twoim służyć. Rozgniewany Adrian do bóżnice pogańskiej wieść je kazał – w której słońce z złotymi promieniami uczynione, za boga chwalono, aby się święci słońcu pokłonili. A oni tam przyszedszy, modlitwą swoją ono złoto na słońcu, czarne jako sadze uczynili. Które gdy ocierać kazano, w proch się wszytko i w perzynę obróciło. I rzekli święci do Cesarza: widzisz jakiego ty masz boga, wnet się wniwecz na naszę modlitwę obrócił.
   Zatym je potępił Cesarz, aby bestiom na pożarcie porzuceni byli, na widokach pospolitych – stanęli święci na placu, słysząc Cesarza wołającego: oto śmierć przed wami, obaczcie się, a Dianie ofiarujcie – rzeką święci: twoja Diana wszetecznica nierządna, tego nigdy niegodna. 2I wywrzeć na nie srogie lwy cztery kazał. Oni mężnie ich czekając, ujźrzeli a oni pokornie do nich idą, i u nóg się ich położyli. Zawoła lud iż czarnoksiężnicy są. A Cesarz jeszcze Lamparty wywrzeć na męczenniki rozkazał. I ci także srogość swoję ukrócili. Potym i Niedźwiedzie wypuszczono – ale i ci nic nie uszkodzili świętych. A tym czasem, gdy puszczano Niedźwiedzie, i Lwy, sługi wszytkie którzy bestie opatrowali pozabijały. Już się i poganie dziwować, a niektórzy moc Boga Chrześciańskiego znać poczęli. Gdy się jeden ksiądz pogański Orfetus obrał z takim podanim (a był krewnym Cesarskim ten to Orfetus) pójdę, powiada, wezmę boga Saturnusa, i wnidę miedzy te bestie, i wyprowadzę te Chrześciany, aza tak moc bogów naszych poznają. 3Dopuścił tego Cesarz, ale skoro ten Orfet, i z onym Italikiem Komessem, i z innemi niosąc on niemy słup i bałwan, miedzy bestie weszli – wnet się na nie bestie rzuciły, i one pozabijały, i po Saturnusie krwią swych sług pomazanym, deptały. To widząc lud pogański, wołał: Saturnusie pomóż sobie – ale jako na drewno. Patrząc na to Afra żona Italika Komessa, żałością prze śmierć męża swego zjęta, wołała na Cesarza: Co to za bogi masz Adrianie? ani swej księżej, ani sami siebie wybawić od bestij nie mogli. Ja nędzna prze wasze błędy i mataniny mężam straciła. Tedy wiele pogaństwa uwierzyło w Pana Jezusa, i żona onego Italika, ta to Afra – i jeden pierwszy człowiek z dworu Cesarskiego, Kalocerus nazwany, i inych niemało urzędników Cesarskich. Tedy rzekł Cesarz do męczenników: Jeśli Bóg wasz prawdziwy, wynidźcie wolno od tych bestij. A święci i więcej niżli chciał uczynili: abyś znał, rzekli, moc Bóstwa P. naszego, Jezusa w imię Jego rozkazujem tym bestiom, aby wyszły z miasta nikogoż nie obrażając. I tak się zstało – wyszły jako owce jakie, cichuchno, i biegły do lasów pustych. A Adrian lepszym nie został – ale kazał święte do więzienia wziąć. 4A nazajutrz w wielki je ogień wrzucić rozkazał – wrzuceni święci, stali w ogniu jako na pięknej łące, bez szkody wszelkiej, Psalmy śpiewając P. Bogu. Czym barzo rozgniewany jako na czarnoksiężniki, kazał je w więzieniu głodem morzyć. Lecz Anielskim nawiedzeniem posileni są. Kazał i swoją pieczęcią ciemnicę zapieczętować, aby żaden do nich nie wchodził. A on Kalocerus i z innemi, którzy uwierzyli, sługami Cesarskiemi, chcąc się ochrzcić, szukali Biskupa Apolloniusa po pustyniach około Bryksjej – i nalazszy go, a to co się działo jemu opowiedziawszy, z wielką je radością ochrzcił i ofiarował Panu Bogu. A Cesarz gdy się o tym dowiedział – przyzwał wszytkich, i odwodził od wiary ś. Lecz oni statecznie wyznali imię Pana naszego, nic się nie bojąc. Tedy wszytkie inne ścinać rozkazał – a Kalocera posadził w więzienie.
   5Wyjachawszy Cesarz z Bryksjej do Mediolanu, kazał święte męczenniki w okowach za sobą wlec i Kalocera z nimi – tam znowu je namawiał. A oni odpowiadali: Ani o tym myśl, abyś nas czym odwieść abo odstraszyć miał od jednej nadzieje naszej i Boga naszego. Dla tegoż znowu je męczyć, a położonym wznak, ołów rozpuszczony ogniem, w usta ich rurami lać kazał. Ale P. Bóg ołów na te, którzy go lali, obrócił, i onym szkodził, a świętym żadnej szkody nie uczynił. Widząc iż tym niedobyci są, żelaznemi blachami boki ich palić rozkazał. 6Tęż i onemu Kalocerowi mękę zadawano. I wołał Kalocerus na Faustyna i Jowitę: módlcie się za mną, święci Boży, bo mię okrutnie ten ogień pali. A Faustyn rzecze: Pocierp trochę, wnet Anioła Bożego mieć będziesz, któryć tych boleści ulży. I tak się zstało, wnet dziękować Panu Bogu począł, mówiąc – iż już nic nie czuję. A Cesarz nań zawołał: A nie czujesz ognia Kalocere? odpowie: zaprawdę nie czuję Cesarzu. 7Tedy wnetże po wszytkich trzech, smoły, wosku, łoju, ze drwy nakłaść i one podpalić, i wielki płomień uczynić kazał, aby z onemi palami, na których byli rozciągnieni, zgorzeli. Zstał się wysoki płomień, i mniemając aby już zgorzeć mieli, kazał Cesarz wołać: Teraz znajcie moc bogów naszych. A oni się ozwali jako zdrowi, chwaląc Pana Boga a śpiewając Jemu – iż wszyscy widzieli że ich nic nie ugara. Zatym wołać już wszytko pogaństwo poczęło: wielki jest Bóg Chrześciański. I wiele ich uwierzyło. A Cesarz z hańbą przestać męki onej i innych musiał. A nie wiedząc co czynić, do więzienia je dał. I wyjeżdżając do Rzymu, tak związane za sobą wlec kazał. A Kalocera od nich oddzieliwszy mieczem zabito – i odniósł koronę męczeńską w Mediolanie.
   W Rzymie od Chrześcian z wielką ochotą męczennicy przyjęci, i od ś. Ewarysta Papieża posileni, prosili aby do Mediolanu jakiego Biskupa posłał, opowiadając tam o dobrym żniwie Pana naszego, i o wielu ludzi do wiary świętej od Boga zgotowanych. 8W Rzymie także męczeni są rozmaicie, z wielką sławą stateczności swej przed Bogiem i ludźmi. Potym posłani do Neapolim do inych okrutników i katów – ale i ci po wielkich mękach, żelazy, ogniem, wodą, nic nie przewiedli – wszędzie wielką cierpliwością sami niezwyciężeni zostawali, a ludu wiernego P. Bogu, i na miejscach i po tych wszytkich drogach, przyczyniali – i nauką, i wymową wielką swoją, i przykładem cierpliwości onej niewypowiedzianej. Nakoniec Cesarz je do Bryksjej, skąd byli wzięci, odesłać, i tam jakoby jedno być mogło, potracić je kazał. Aurelian tedy Komes gdy tenże statek ich baczył, przed miasto je na śmierć wywieść, i pościnać rozkazał. Tak święci a wielcy męczennicy i bracia nierozdzielni dokonali. Na cześć Panu i Bogu naszemu Jezusowi, który z Ojcem i z Duchem ś. w jednem Bóstwie i panowaniu króluje na wieki wiekom. Amen.

   9Za obrok i naukę duchowną, przywiodę słowa ś. Efrema, Serm. de laud. SS. mart. Przystąp, powiada, bracie namilszy, uważ a przypatrz się sławnemu zwycięstwu męczenników. Patrz okiem wiary twej, na wiarę żołnierzów niebieskich, i na miłość ich ku P. Bogu niedobytą. Wszytka moc rozmaitych mąk serca ich nachylić, i śmierć sama gorącej i śmiałej miłości ugasić, nie mogła. Bici, z weselem rany jako rzeczy jakie rozkoszne odnosili – już się zstali godnemi za imię Jego cierpieć. O jako was wysłowić mam doskonali żołnierze Chrystusowi? jako was zwać mam przesławni i błogosławieni mężowie? kto wiarę waszę wysłowi? Zdumiewała się mowa krasomówców, i mądrość Filozofów ustawała, patrząc na cudowne cierpienie wasze. Sędziom i okrutnikom słów nie zstawało – gdy na stateczność waszę, i ochotę w cierpliwości patrzali. Bo gdy je katowie męczyli, i ich prawie wnętrzności dobywali – nie widzieli twarzy ich zasmuconej – nie tylo stękania nie słyszeli, ale na wesołe oblicze ich patrzali. One katowania były im odpoczynieniem – a morderce nie zdali się ich męczyć, ale posługę jakąś im czynić. A my bracia mili, czym się proszę was na dniu sądnym wymówim którzy bez prześladowania i okrucieństwa, bez męki, miłość Bożą pomiatamy, o zbawienie niedbamy, w ospałości tych cielesnych rzeczy pogrążeni jesteśmy. 10Męczennikom miłość Chrystusowa, z dręczeniem, z męczeniem, i z wymyślonym katowaniem, przychodziła – a przecię z całego serca Boga miłowali – żadną się i nacięższą śmiercią, żadnym postrachem odwieść od niej nie dali, i z serca jej sobie onemi okrucieństwy wybić nie dopuścili. A my i w tym pokoju, i w tych rozkoszach z temi dostatkami, łaskawego Pana i Boga naszego miłować niechcemy. A cóż wżdy my czynić, co mówić będziem na on dzień straszliwy? 11Męczennicy święci wedle stolicy onej jasnej blisko stanąwszy, z wielką ufnością, ukażą blizny ran swoich, i mąk okrutnych, które w ich ciałach jaśniej się świecić, niżli słońce będą. A my co tam ukażem, namilszy bracia? z jakiemi się tam cnotami postawim? Daj Boże, abyśmy wżdy tam ukazać mogli miłość ku P. Bogu, wiarę niezwyciężoną, wzgardę i obnażenie świetckiej majętności, spokojne i ciche serce, jałmużny, i miłosierne politowanie nad bliźnim, łaskawość ku bliźniemu, czyste modlitwy, zbawienną skruchę, niewyspanie i płakanie za grzechy. Błogosławiony i szczęśliwy, za kim takie uczynki tam pójdą. Bo kto je mieć będzie, w towarzystwie męczenników zostanie, i od pałaców onych oddalon nie będzie – ale z tymże ufaniem przed Chrystusem Panem naszym, i Anioły Jego, chwałę nie mniejszą niżli męczennicy odniesie. To ś. Efrem.

1  XV. Febru. Lutego. Mart. R. Ibidem.
2  Lwy na ś. puszczone, Lamparty i Niedźwiedzie.
Pogańskie kapłany z ich bogami, bestie zwojowały.
W ogień wrzucony Faustinus ś. i Jowita.
Do Mediolanu w okowach wiedzieni i znowu męczeni.
Kalocerus Anielską miał w mękach pociechę.
Święci w ogniu gorzeć nie mogli.
W Rzymie męczeni za Ewarysta Papieża.
9  Obrok duchowny.
10  Męczennicy w nędzy Chrystusa miłowali, a my w dostatku miłować Go niechcemy.
11  Z czym się na dzień sądny ukazać.

Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski

piątek, 6 lipca 2018

Określenie ewangelizowania

Ewangelizować to budzić świadomość – świadomość Boga i Jego zbawienia – u tych, którzy tej świadomości nie mają.

czwartek, 5 lipca 2018

(97) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Zagubiona owieczka

   12 Jak wam się zdaje? Jeśli ktoś posiada sto owiec i zabłąka się jedna z nich, to czy nie zostawi dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach i nie pójdzie szukać tej, która się błąka? 13 A jeśli mu się uda ją odnaleźć, zaprawdę, powiadam wam: cieszy się nią bardziej niż dziewięćdziesięciu dziewięciu tymi, które się nie zabłąkały. 14 Tak też nie jest wolą Ojca waszego, który jest w niebie, żeby zginęło nawet jedno z tych małych. (Mt 18,12-14)

   3 Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: 4 «Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? 5 A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona 6 i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. 7 Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia». (Łk 15,3-7)

   12 Τί ὑμῖν δοκεῖ; ἐὰν γένηταί τινι ἀνθρώπῳ ἑκατὸν πρόβατα καὶ πλανηθῇ ἓν ἐξ αὐτῶν, οὐχὶ ἀφήσει τὰ ἐνενήκοντα ἐννέα ἐπὶ τὰ ὄρη καὶ πορευθεὶς ζητεῖ τὸ πλανώμενον; 13 καὶ ἐὰν γένηται εὑρεῖν αὐτό, ἀμὴν λέγω ὑμῖν ὅτι χαίρει ἐπ’ αὐτῷ μᾶλλον ἢ ἐπὶ τοῖς ἐνενήκοντα ἐννέα τοῖς μὴ πεπλανημένοις. 14 οὕτως οὐκ ἔστιν θέλημα ἔμπροσθεν τοῦ πατρὸς ὑμῶν τοῦ ἐν οὐρανοῖς ἵνα ἀπόληται ἓν τῶν μικρῶν τούτων. (Mt 18,12-14)

   3 Εἶπεν δὲ πρὸς αὐτοὺς τὴν παραβολὴν ταύτην λέγων· 4 τίς ἄνθρωπος ἐξ ὑμῶν ἔχων ἑκατὸν πρόβατα καὶ ἀπολέσας ἐξ αὐτῶν ἓν οὐ καταλείπει τὰ ἐνενήκοντα ἐννέα ἐν τῇ ἐρήμῳ καὶ πορεύεται ἐπὶ τὸ ἀπολωλὸς ἕως εὕρῃ αὐτό; 5 καὶ εὑρὼν ἐπιτίθησιν ἐπὶ τοὺς ὤμους αὐτοῦ χαίρων 6 καὶ ἐλθὼν εἰς τὸν οἶκον συγκαλεῖ τοὺς φίλους καὶ τοὺς γείτονας λέγων αὐτοῖς· συγχάρητέ μοι, ὅτι εὗρον τὸ πρόβατόν μου τὸ ἀπολωλός. 7 λέγω ὑμῖν ὅτι οὕτως χαρὰ ἐν τῷ οὐρανῷ ἔσται ἐπὶ ἑνὶ ἁμαρτωλῷ μετανοοῦντι ἢ ἐπὶ ἐνενήκοντα ἐννέα δικαίοις οἵτινες οὐ χρείαν ἔχουσιν μετανοίας. (Łk 15,3-7)

   Jezus przemawia do tłumu. Wspiął się na brzeg strumienia porośnięty drzewami. Mówi do licznego tłumu rozproszonego na polu, na którym zboże już ścięto i jest ono tylko spustoszonym ścierniskiem wypalonym przez słońce.
   Jest wieczór. Zapada mrok, lecz już wschodzi księżyc. Piękny i jasny wieczór na początku lata. Stada wchodzą do owczarni i dźwięk dzwoneczków miesza się z przenikliwym odgłosem świerszczy i cykad, wielkie: cyk... cyk... cyk... Jezus wykorzystuje fakt, że przechodzą stada. Mówi:
   «Ojciec wasz jest jak pasterz troskliwy. Co robi dobry pasterz? Szuka pastwisk dobrych dla swoich owieczek, takich na których nie rośnie cykuta i inne trujące rośliny, ale słodkie koniczyny, pachnące mięty i gorzkie lecz zdrowe cykorie. Szuka tam, gdzie razem z pożywieniem byłby chłodny i czysty strumyk i cień krzewów, i nie panoszą się żmije między zielenią w bruzdach ziemi. Nie troszczy się o pastwiska najbardziej obfite, gdyż wie, że na nich jest łatwo znaleźć zasadzkę węży i trawy szkodliwe, ale wybiera raczej pastwiska górskie, gdzie rosy czynią trawę czystą i świeżą, a słońce oczyszcza ją od gadów, tam gdzie powietrze jest rześkie i dobre, a nie ciężkie i niezdrowe jak na równinie. Dobry pasterz obserwuje swe owieczki jedną po drugiej. Pielęgnuje je, jeśli są chore, leczy, jeśli są poranione. Tę, która mogłaby się nabawić choroby przez zbytnią zachłanność pokarmu woła, inną, która zachorowałaby z powodu zbytniego przebywania w wilgoci lub na zbyt silnym słońcu przywołuje, aby poszła na inne miejsce. A jeśli któraś niedbała nie je, on szuka jej łodyg kwaskowatych i pachnących, potrafiących rozbudzić w niej ponownie apetyt i podaje jej je własną dłonią, przemawiając do niej jak do zaprzyjaźnionej osoby.
   Tak postępuje Ojciec dobry, który jest w Niebie, ze Swoimi zbłąkanymi dziećmi na ziemi. Jego miłość jest laską, która je gromadzi, Jego głos jest przewodnikiem, Jego pastwiskami – Jego Prawo, owczarnią – Niebo.
   Ale oto jedna owieczka Go opuszcza. Jakże On ją kochał! Była młoda, czysta, jaśniejąca, jak obłok na kwietniowym niebie. Pasterz patrzył na nią z wielką miłością, myśląc, ile dobra mógłby dla niej uczynić i ile miłości od niej otrzymać. A ona Go porzuca.
   Szedł kusiciel drogą, która ciągnie się przy pastwisku. Nie ma surowego kaftana, lecz szatę w tysiącu kolorów. Nie ma skórzanego prymitywnego pasa i zawieszonego noża, lecz pas złoty. Zwisają z niego srebrne dzwoneczki, dźwięczące melodyjnie jak głos słowika i ampułki z olejkami, które oszałamiają... Nie ma laski jak dobry pasterz, aby nią gromadzić i bronić owce, jeśli zaś nie wystarcza laska on jest gotów bronić je siekierą i nożem, nawet [narażając] własne życie. Przechodzący kusiciel ma w rękach kadzielnicę błyszczącą od drogocennych kamieni, z której wychodzi zapach, będący zarazem odorem i zapachem miłym, który oszołamia tak, jak oślepiają mieniące się klejnoty, o, jakże fałszywe! Idzie śpiewając i rzuca garściami sól, która błyszczy na ciemnej drodze...
   Dziewięćdziesiąt dziewięć owiec patrzy i stoją w bezruchu.
   Setna, najmłodsza i najdroższa, daje susa i znika za kusicielem. Pasterz woła ją. Ale ona nie wraca. Biegnie szybciej niż wiatr, aby dołączyć do tego, który przechodził. Aby wytrwać w biegu, kosztuje tej soli, która wpada do wnętrza i pali szaleństwem dziwnym. Z powodu niego dąży do wód głębokich i zielonych w głuchym lesie. A w lasach, za kusicielem, grzęźnie i zapada się, i wspina się, i zszstępuje, i upada... raz, dwa, trzy razy. I raz, dwa trzy razy czuje wokół swej szyi lepki uścisk gadów, a chcąc się napić, pije wody zanieczyszczone, a chcąc się pożywić, gryzie trawy błyszczące od wstrętnej śliny.
   Co robi w tym czasie dobry pasterz? Zamyka bezpiecznie dziewięćdziesiąt dziewięć wiernych [owiec] i potem rusza w drogę. Idzie, aż znajdzie ślady zagubionej. Ponieważ ona nie wraca do niego i nawet pozwala, by wiatr porywał słowa jego przywoływania, on idzie do niej. Widzi ją z daleka, upojoną w kłębowisku gadów, tak pijaną, że nie odczuwa tęsknoty za obliczem, które ją kocha, i wyśmiewa je. I widzi ją ponownie, pełną winy, bo weszła, jak złodziejka, do cudzej siedziby, tak winną, że nie ośmiela się już na niego spojrzeć... Jednak pasterz nie zniechęca się... i idzie. Szuka jej, szuka, idzie za nią, podąża za nią. Płacząc nad śladami zagubionej – skrawki wełny: skrawki duszy; ślady krwi: rozmaite występki; nieczystości: dowody jej rozpusty – idzie i dochodzi do niej.
   Ach, znalazłem cię, umiłowana! Doszedłem do ciebie! Jaką drogę przemierzyłem dla ciebie, aby cię zanieść znowu do owczarni. Nie pochylaj upokorzonego czoła. Twój grzech pogrzebałem w moim sercu. Nikt oprócz mnie, który cię kocham, nie będzie o tym wiedział. Będę cię bronił przed krytyką innych, osłonię cię sobą samym, stając się tarczą chroniącą ciebie przed kamieniami oskarżycieli. Chodź. Jesteś ranna? O, pokaż mi swoje rany. Znam je. Ale chcę, abyś mi je pokazała z ufnoią, którą miałaś, kiedy byłaś czysta i patrzyłaś na mnie, twego pasterza i Boga, niewinnym okiem. Oto one. Wszystkie mają swe nazwy! Jakże są głębokie! Kto ci je zadał, te tak głębokie [rany] w głębi serca? Kusiciel, wiem o tym. To on: nie ma kija ani topora, ale uderza głębiej swoim zatrutym ukąszeniem, a z nim ranią fałszywe klejnoty z jego kadzielnicy: te, które cię zwiodły swoim błyskiem... a były siarką piekielną wydobytą na światło, aby rozpalić ci serce. Zobacz, co za rany! Ileż rozerwanej wełny, ileż krwi, ileż cierni.
   O biedna mała zwiedziona duszo! Ale powiedz Mi: jeśli ci przebaczę, czy będziesz Mnie jeszcze kochać? Powiedz Mi: jeśli wyciągnę do ciebie ramiona, czy przybiegniesz do nich? Powiedz Mi: czy jesteś spragniona dobrej miłości? W takim razie przyjdź i odrodź się ponownie. Powróć na święte pastwiska. Płacz. Twój płacz wraz z Moim obmywają ślady twojego grzechu i Ja, aby nakarmić cię, gdyż jesteś wyczerpana przez zło, które cię spaliło, otwieram Sobie pierś, otwieram Sobie żyły i mówię ci: „Karm się, ale żyj!”
   Pójdź, niech cię wezmę w ramiona. Pójdziemy jak najprędzej na pastwiska święte i bezpieczne. Zapomnisz o całej tej rozpaczliwej godzinie. A dziewięćdziesiąt dziewięć sióstr, dobrych, będzie się radować z powodu twojego powrotu. Ja ci to mówię – Moja owieczko zagubiona, której szukałem idąc z tak daleka, do której dotarłem, którą ocaliłem – że większa jest radość między dobrymi z powodu jednego zabłąkanego, który powraca, niż z powodu dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nigdy nie oddalili się od owczarni».
   Jezus nigdy się nie odwrócił, aby spojrzeć na drogę, którą ma za plecami i na której pojawiła się, w półmroku wieczoru, Maria z Magdali. Jest jeszcze bardzo wytworna, ale już przynajmniej ubrana i okryta ciemnym welonem, który zakrywa jej rysy i kształty. Gdy jednak Jezus doszedł do słów: „Odnalazłem cię, umiłowana”. Maria wkłada ręce pod welon i płacze, cicho i nieprzerwanie. Ludzie, nie widzą jej, bo znajduje się poza wałem przylegającym do drogi. Widzi ją tylko księżyc, już wysoko, i duch Jezusa... (III (cz. 3–4), 94: 12 sierpnia 1944. A, 3309-3315)

   Gesù parla alle folle. Montato sul margine arborato di un torrentello, parla a molta gente sparsa su un campo che ha il grano segato e mostra l'aspetto desolante delle stoppie arse. É sera. Il crespuscolo scende, ma già sale la luna. Una bella e chiara sera di prima estate. Dei greggi tornano all'ovile e il din-don dei campanacci si mescola ad un grande cantare di grilli o cicale, un grande gri, gri, gri... Gesù prende lo spunto dalle mandre che passano.
   Dice: «Il Padre vostro è come un pastore sollecito. Che fa il pastore buono? Cerca pascoli buoni per le sue pecorelle, quelli dove non sono cicute e tossici, ma dolci trifogli, aromatiche mentucce e amari ma salutiferi radicchi. Cerca là dove insieme al cibo sia fresco e puro ruscello e ombria di piante e non regnino aspidi fra il verde delle zolle. Non si cura di preferire i pascoli più grassi perché sa che in essi è facile trovare insidia di colubri e d'erbe nocive, ma dà le sue preferenze ai pascoli montani, dove le rugiade fan monda e fresca l'erbetta, ma il sole la pulisce dai rettili, là dove l'aria è mossa e buona e non pesante e malsana come quella di pianura. Il buon pastore osserva una per una le sue pecore. Le cura se sono malate, le medica se ferite. A quella che si ammalerebbe per troppa ingordigia di cibo dà la voce, all'altra che prenderebbe un male per rimanere troppo all'umido o troppo al sole dice di venire in altro luogo. E se una svogliata non mangia, egli le cerca gli steli aciduli e aromatici atti a risvegliarle l'appetito e glieli porge di sua mano parlandole come a persona amica. Così fa il Padre buono che è nei Cieli coi suoi figli erranti sulla Terra. Il suo amore è la verga che li raduna, la sua voce è la guida, i suoi pascoli la sua Legge, il suo ovile il Cielo. Ma ecco che una pecorella lo lascia. Quanto Egli l'amava! Era giovane, pura, candida, come nuvola in cielo d'aprile. Il pastore la guardava con tanto amore, pensando a quanto bene poteva ad essa fare e quanto amore riceverne. Ed essa lo abbandona. É passato, lungo la via che costeggia il pascolo, un tentatore. Non ha la casacca austera, ma veste una veste di mille colori. Non ha cintura di pelle con l'ascia e il coltello pendenti, ma una cintura d'oro da cui pendono sonagli argentini, melodiosi come voce di usignolo, e fiale di essenze che inebbriano... Non ha bordone come il pastore buono col quale radunare e difendere le pecore, e se non basta il bordone egli è pronto a difenderle con l'ascia e coltello e anche con la vita. Ma questo tentatore che passa ha fra le mani un turibolo brillante di gemme, da cui sale un fumo che è lezzo e profumo insieme, ma che sbalordisce così come lo sfaccettio dei gioielli – oh! quanto falsi! – abbacina. Egli va cantando e lascia cadere manate di un sale che brilla sulla strada oscura... Novantanove pecore guardano e stanno. La centesima, la più giovane e cara, fa un balzo e scompare dietro al tentatore. Il pastore la chiama. Ma lei non torna. Va più veloce del vento per raggiungere colui che è passato e, per sorreggersi nella corsa, gusta di quel sale che le scende dentro e la brucia di un delirio strano per cui anela ad acque fonde e verdi in un cupo di selve. E nelle selve, dietro il tentatore, si sprofonda e penetra e sale e scende e cade... una, due, tre volte. E una, due, tre volte sente intorno al suo collo l'abbraccio viscido dei rettili, e volendo bere beve acque inquinate, e volendo nutrirsi morde erbe lucide di bave schifose. Che fa intanto il pastore buono? Chiude al sicuro le novantanove fedeli e poi si pone in cammino, e non resta di andare sinché non trova tracce della perduta. Poiché ella non torna a lui, che pure affida ai venti le sue parole di richiamo, egli va a lei. E la vede da lungi, ebbra fra le spire dei rettili, tanto ebbra che non sente nostalgia del volto che l'ama; e lo deride. E la rivede, colpevole di esser penetrata, ladra, nell'altrui dimora, tanto colpevole che non osa più guardarlo... Eppure il pastore non si stanca... e va. La cerca, la cerca, la segue, l'incalza. Piangendo sulle tracce della perduta – lembi di vello: lembi d'anima; tracce di sangue: delitti diversi; lordure: prove della sua lussuria – egli va e la raggiunge. Ah! ti ho trovata, diletta. Ti ho raggiunta! Quanto cammino ho fatto per te. Per riportarti all'ovile. Non chinare la fronte avvilita. Il tuo peccato è sepolto nel mio cuore. Nessuno, fuorché Io che ti amo, lo conoscerà. Io ti difenderò dalle critiche altrui, ti coprirò con la mia persona per farti scudo contro le pietre degli accusatori. Vieni. Sei ferita? Oh! mostrami le tue ferite. Le conosco. Ma voglio che tu me le mostri con la confidenza che avevi quando eri pura e guardavi a me, tuo pastore e dio, con occhio innocente. Eccole. Hanno tutte un nome. Come sono profonde! Chi te le ha fatte tanto profonde queste nel fondo del cuore? Il Tentatore, lo so. É lui che non ha bordone né ascia, ma che colpisce più a fondo col suo morso avvelenato, e dietro a lui colpiscono i gioielli falsi del suo turibolo: coloro che ti hanno sedotta col loro brillare... e che erano zolfi d'inferno tratti alla luce per arderti il cuore. Guarda quante ferite! Quanto vello lacerato, quanto sangue, quanti rovi. O povera piccola anima illusa! Ma dimmi: se Io ti perdono, tu mi ami ancora? Ma dimmi: se Io ti tendo le braccia, tu vi accorri? Ma dimmi: hai sete dell'amore buono? E allora vieni e rinasci. Torna nie pascoli santi. Piangi. Il tuo col mio pianto lavano le tracce del tuo peccato, ed Io per nutrirti, poiché sei consumata dal male che ti ha arsa, mi apro il petto, le vene mi apro, e ti dico: "Pasciti, ma vivi!". Vieni, che ti prendo sulle braccia. Andremo più solleciti ai pascoli santi e sicuri. Tutto dimenticherai di quest'ora disperata. E le novantanove sorelle, le buone, giubileranno per il tuo ritorno perché, Io te lo dico, mia pecorella smarrita che ho cercato venendo da tanto lontano, che ho raggiunto, che ho salvato, si fa più festa fra i buoni per uno smarrito che torna, che non per novantanove giusti che mai si sono allontanati dall'ovile».
   Gesù non si è mai voltato a guardare sulla via che ha alle spalle e sulla quale è sopraggiunta, fra le penombre della sera, Maria di Magdala, ancora elegantissima, ma vestita almeno, e ricoperta da un velo oscuro che ne confonde i tratti e le forme. Ma quando Gesù parla dal punto: «Io ti ho trovata, diletta», Maria porta le mani sotto al velo e piange, piano e continuamente. La gente non la vede perché ella è al di qua dell'argine che borda la via. La vede solo la luna ormai alta e lo spirito di Gesù... (4, 233)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28

Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)

Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001