wtorek, 31 lipca 2018

poniedziałek, 30 lipca 2018

Dwa żuczki

   Były dwa żuczki, którym przytrafił się ten sam wypadek – oba nieszczęśliwie upadły na swoje grzbiety, tak że nie mogły obrócić się na drugą stronę i stanąć na nóżki. I chociaż przytrafiło im się to samo, to jeden i drugi inaczej się zachował. Jeden po kilku bezradnych próbach obrotów wokół własnej osi i wierzganiu nóżkami zauważył, że nie da rady i tak położył się nieruchomo, skurczył nóżki i czekał spokojnie na śmierć. Drugi również po kilku bezradnych próbach obrotów wokół własnej osi i wierzganiu nóżkami zauważył, że nie da rady, ale nagle, po czasie, usłyszał z oddali słowika śpiewającego piosenkę, której refren brzmiał tak: „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”. Żuczek nie rozumiał słów tej piosenki, ale spodobała mu się. Pomyślał: „chociaż widzę, że nie daję rady i nie ma sposobu, abym mógł wyjść z tego bezradnego położenia, nie przestanę walczyć i spróbuję wytrwać do końca, tak jak śpiewa ten słowik. Śpiew słowika jest piękny i brzmi przekonująco. Zobaczmy, jak to jest”.
   I co się stało? Okazało się, że tą samą leśną drogą, na której leżały dwa żuczki, przechodził człowiek o dobrym wzroku i dostrzegł najpierw jednego, a później drugiego żuczka. Pierwszy leżał nieruchomo, jakby martwy. Człowiek więc przeszedł obojętnie i poszedł dalej swoją drogą. Następnie, po paru krokach natrafił na drugiego żuczka, ale ten nie sprawiał wrażenia martwego – ciągle jeszcze obracał się wokół własnej osi i wierzgał nóżkami, chociaż był już bardzo zmęczony. Człowiek bez zastanowienia pochylił się nad nim i obrócił z powrotem na nóżki, tak że ten po chwili mógł znowu chodzić, tak jak przedtem.
   Żuczek ten znalazł sobie później pokarm i żył jeszcze długo z radosnym wspomnieniem doświadczonej dobroci. Bardzo polubił piosenkę słowika i często ją sobie śpiewał, tak że stała się ona przebojem w małym żuczkowym świecie. Była tak sławna, że ciężko było znaleźć żuczka, który by jej nie słyszał. Różny był jednak odbiór piosenki. Dla niektórych była to tylko ładna melodia – coś co umila życie, ale w środku jest puste i bez znaczenia; inni mieli piosenki dosyć po krańce swych czułków – znienawidzili ją i uciekali na sam jej dźwięk; jeszcze inni tak bardzo ją polubili, że wypełnili nią swoje życie i stała się dla nich pieśnią nadziei. Od tego czasu jedno się zmieniło w małym żuczkowym świecie – chociaż żuczki upadały na grzbiety jak wcześniej, to znajdowały się wśród nich coraz częściej takie, które wstawały. Bo miały w sercu piosenkę.

   Żuczkiem, który przestał się ruszać, jest człowiek małej wiary, który zaufał tylko własnemu rozumowi i własnemu objawieniu. Żuczkiem, który przetrwał, jest ten, który oprócz wiary zdobył jeszcze nadzieję, gdyż zawierzył głosowi, jaki wyszedł z Kościoła – pierw z Kościoła Trójcy Świętej – Tego Słowika Jezusa, potem z Kościoła dzieci Bożych – tych żuczków ludzi.

sobota, 28 lipca 2018

Barwy twarzy

Twoja twarz
ukazuje miłość w każdym kierunku
w każdym kącie
włosy są niebiańskim dywanem
kołysanymi łąkami
w których owce znajdują spoczynek
brwi są dachem
pałacu
w którym śpi dziecko
pewne miłości matki
oczy to olśniewające ognie
dwa słońca
nigdy niewidziane
oszałamiają
i oczarowują serce
ukochanego
to głębokie morza
bez dna
niewyczerpany skarbiec
zmiłowań
dobroć kochającego serca
nos jest pachnidłem
po którym się wspinam
by wyczuć pragnienia mej miłości
wdycha on życie
i wydycha kochanie
nad czołem
jest serce
jak moje własne
policzki to miękka przestrzeń
na odpoczynek
i kolejna przestrzeń
pod nosem
i ponad ustami
niewymownego wdzięku
usta są najprzedniejsze
jedność serca i umysłu
gdzie niebo i ziemia
całują się z sobą
i czekają żeby wyrazić
wewnętrzny płomień
uszy są gotowe
są uważnymi
stróżami wszechświata
a podbródek jest władcą
otwiera i zamyka
najprzedniejsze usta
wypowiadające serce

Zapis wcześniejszy w języku angielskim:

Colours of Face

Your face
shows love in every direction
in every corner
hair is heavenly carpet
swinging meadows
where the sheeps take rest
brows are roof
of the palace
where child sleeps
assured by the love of mother
eyes are blazing fires
two suns
never seen
they stupefy
and enchant the heart
of the beloved
they are deep seas
without bottom
inexhaustible treasury
of mercies
kindness of the loving heart
nose is the perfume
i climb
to feel my love's desires
it inhales life
and breaths out loving
above on the forehead
is the heart
like my very own
cheeks are soft space
to rest
and another space
below the nose
and above the lips
of unspeakable grace
the lips are supreme
the union of heart and mind
where sky and earth
kiss each other
and wait to express
the inner flame
ears are ready
they are aware
guardians of the universe
and chin is the ruler
it opens and shuts
the supreme lips
that speak out the heart

poniedziałek, 23 lipca 2018

(99) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Pan żniwa

   35 Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię o królestwie i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. 36 A widząc tłumy, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. 37 Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. 38 Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo». (Mt 9,35-38)

   1 Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwu i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. 2 Powiedział też do nich: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo». (Łk 10,1-2)

   35 Καὶ περιῆγεν ὁ Ἰησοῦς τὰς πόλεις πάσας καὶ τὰς κώμας διδάσκων ἐν ταῖς συναγωγαῖς αὐτῶν καὶ κηρύσσων τὸ εὐαγγέλιον τῆς βασιλείας καὶ θεραπεύων πᾶσαν νόσον καὶ πᾶσαν μαλακίαν. 36 Ἰδὼν δὲ τοὺς ὄχλους ἐσπλαγχνίσθη περὶ αὐτῶν, ὅτι ἦσαν ἐσκυλμένοι καὶ ἐρριμμένοι ὡσεὶ πρόβατα μὴ ἔχοντα ποιμένα. 37 τότε λέγει τοῖς μαθηταῖς αὐτοῦ· ὁ μὲν θερισμὸς πολύς, οἱ δὲ ἐργάται ὀλίγοι· 38 δεήθητε οὖν τοῦ κυρίου τοῦ θερισμοῦ ὅπως ἐκβάλῃ ἐργάτας εἰς τὸν θερισμὸν αὐτοῦ. (Mt 9,35-38)

   1 Μετὰ δὲ ταῦτα ἀνέδειξεν ὁ κύριος ἑτέρους ἑβδομήκοντα [δύο] καὶ ἀπέστειλεν αὐτοὺς ἀνὰ δύο [δύο] πρὸ προσώπου αὐτοῦ εἰς πᾶσαν πόλιν καὶ τόπον οὗ ἤμελλεν αὐτὸς ἔρχεσθαι. 2 Ἔλεγεν δὲ πρὸς αὐτούς· ὁ μὲν θερισμὸς πολύς, οἱ δὲ ἐργάται ὀλίγοι· δεήθητε οὖν τοῦ κυρίου τοῦ θερισμοῦ ὅπως ἐργάτας ἐκβάλῃ εἰς τὸν θερισμὸν αὐτοῦ. (Łk 10,1-2)

   Jezus znajduje się na drodze, która od jeziora Meron prowadzi do Jeziora Galilejskiego. Są z Nim Zelota i Bartłomiej. Wydaje się, że oczekują blisko strumienia, z którego została tylko strużka wody, choć mimo to odżywia usychające rośliny. Inni przybywają z dwóch różnych stron.
   Dzień jest upalny, a jednak wiele osób podąża za trzema grupami, które musiały nauczać [wędrując] poprzez wsie, prowadząc chorych do uczniów Jezusa i mówiąc o Nim tym, którzy są zdrowi. Liczni cudownie uzdrowieni formują szczęśliwą grupę siedzącą pomiędzy drzewami. Radość jest w nich tak wielka, że nie odczuwają ani zmęczenia, ani gorąca, ani kurzu, ani oślepiającego światła – nic z tego, co dręczy innych.
   Kiedy grupa, na której czele znajduje się Juda Tadeusz, dochodzi jako pierwsza do Jezusa, wyraźnie ujawnia się zmęczenie ich samych oraz tych, którzy idą za nimi. Na końcu przychodzi grupa z Piotrem na czele, w której znajdują się osoby z Korozain i Betsaidy.
   «Pracowaliśmy, Nauczycielu, lecz potrzeba więcej grup... Widzisz. Nie można iść daleko z powodu upału. Jak to więc zrobić? Można by powiedzieć, że im więcej pracujemy – rozchodząc się po wioskach i idąc coraz dalej – tym bardziej świat się powiększa. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że Galilea jest tak wielka. Pracujemy tylko na skrawku. To tylko jeden kąt, a nie udaje nam się go zewangelizować, tak jest rozległy i tak liczni są ci, którzy potrzebują i pragną Ciebie...» – wzdycha Piotr.
   «To nie świat się powiększa, Szymonie – odpowiada Tadeusz. – To rozchodzi się wiedza o naszym Nauczycielu».
   «Tak, to prawda. Spójrz, ile ludzi. Niektórzy idą z nami od rana. W porze największego upału schroniliśmy się w lesie, ale nawet teraz, gdy ma się już ku wieczorowi, marsz jest uciążliwy. I ci biedni ludzie są o wiele dalej od swych domów niż my. Jeśli ich [liczba] będzie tak dalej wzrastać, nie wiem, co zrobimy...» – odzywa się Jakub, syn Zebedeusza.
   «W październiku przyjdą też pasterze» – mówi Andrzej, żeby go pocieszyć.
   «Ech, tak! Pasterze, uczniowie, dobrze! Ale oni służą tylko po to, by powiedzieć: „Jezus jest Zbawicielem. On jest tutaj”. Nic więcej – odpowiada Piotr. – No, ale przynajmniej ludzie wiedzą, gdzie Go znaleźć. Teraz zaś – przeciwnie! Przychodzimy tutaj i oni tu przybiegają. Nim jednak tu dojdą, odchodzimy już gdzie indziej. Muszą więc za nami biegać. A z dziećmi i chorymi to dość uciążliwe».
   Jezus odzywa się:
   «Masz rację, Szymonie Piotrze. Ja też lituję się nad tymi duszami i nad tłumami. Dla wielu nieznalezienie Mnie w danej chwili może być przyczyną nieuchronnego nieszczęścia. Spójrzcie, jak są zmęczeni i zagubieni ci, którzy jeszcze nie posiadają pewności Mojej Prawdy. Jak są spragnieni ci, którzy już zakosztowali Mojego słowa i nie potrafią już pozostawać bez niego, gdyż żadne inne słowo ich już nie zadowala. Są podobni do owiec bez pasterza, które błąkają się nie znajdując nikogo, kto by je prowadził i pasł. Zatroszczę się o to, jednak wy powinniście Mi pomóc – wszystkimi waszymi siłami duchowymi, moralnymi i fizycznymi. Już nie w grupach wieloosobowych... powinniście umieć iść po dwóch. I poślemy po dwóch najlepszych uczniów. Żniwo bowiem jest naprawdę wielkie. O, tego lata przygotuję was do tej wielkiej misji. W miesiącu Tammuz przyłączą się do nas wraz z Izaakiem najlepsi uczniowie. I Ja was przygotuję. Jeszcze jednak nie będzie was dosyć. Żniwo bowiem jest naprawdę wielkie, pracownicy jednak są nieliczni. Proście zatem Pana ziemi, ażeby posłał robotników na Swoje żniwo». (III (cz. 3–4), 100: 28 lipca 1945. A, 5793-5809)

   Gesù si trova sulla via che dal lago di Meron viene verso quello di Galilea. Sono con Lui lo Zelote e Bartolomeo, e pare attendano presso un torrente, ridotto a un filo d'acqua chè però nutre folte piante, gli altri che stanno giungendo da due parti diverse. La giornata è torrida, eppure molta gente ha seguito i tre gruppi che devono avere predicato per le campagne, convogliando i malati al gruppo di Gesù e riserbandosi di predicare di Lui ai sani. Molti miracolati fanno un gruppo felice, seduto fra le piante, e in loro la gioia è tale che non sentono neppure la stanchezza data dal calore, dalla polvere, dalla luce abbacinante, tutte cose che mortificano non poco tutti gli altri. Quando il gruppo capitanato da Giuda Taddeo giunge per primo presso a Gesù, appare evidente la stanchezza di tutti quelli che lo formano e che lo seguono. Ultimo viene il gruppo capitanato da Pietro, in cui sono molti di Corozim e di Betsaida.
   «Abbiamo fatto, Maestro. Ma bisognerebbe essere molti gruppi... Tu vedi. Camminare a lungo non si può, per il caldo. E allora come si fa? Sembra che il mondo si allarghi più noi si deve fare, per sparpagliare i paesi e accrescere le distanze. Non mi ero mai accorto che fosse così grande la Galilea. Siamo in un angolo di essa, proprio in un angolo, e non si riesce a evangelizzarla, tanto è vasta e tanto vasti sono i bisogni e i desideri di Te», sospira Pietro.
   «Non è che il mondo cresca, Simone. É che cresce la conoscenza del Maestro nostro», risponde il Taddeo.
   «Sì, è vero. Guarda quanta gente. Ci seguono da questa mattina, taluni. Nelle ore calde ci siamo rifugiati in un bosco. Ma anche ora che si avvicina la sera è una pena camminare. E questi poveretti sono molto più lontani da casa di noi. Se sempre tutto cresce così non so come faremo...», dice Giacomo di Zebedeo.
   «In ottobre verranno anche i pastori», conforta Andrea.
   «Eh! sì! Pastori, discepoli, belle cose! Ma servono solo per dire: "Gesù è il Salvatore. É là". Non di più», risponde Pietro.
   «Ma almeno la gente saprà dove trovarlo. Ora invece! Noi si va qui e loro corrono qui; intanto che loro vengono qui noi si va là, e loro devono correrci dietro. E con bambini e malati non è molto comodo».
   Gesù parla: «Hai ragione, Simon-Pietro. Ho anche Io compassione di queste anime e di queste turbe. Per molti non trovarmi in un dato momento può essere causa irreparabile di sventura. Guardate come sono stanchi e smarriti quelli che ancora non possiedono la certezza della mia Verità, e come sono affamati quelli che già hanno gustato la mia parola e non sanno più starne senza, né nessuna altra parola li accontenta più. Sembrano pecore senza pastore che vaghino non trovando chi li guida e chi li pasce. Io provvederò. Ma voi dovete aiutarmi. Con tutte le vostre forze spirituali, morali e fisiche. Non più a gruppi numerosi, ma a coppie dovete sapere andare. E manderemo a coppie i discepoli migliori. Perché la messe è veramente grande. Oh! in questa estate vi preparerò a questa grande missione. Per tamuz saremo raggiunti da Isacco coi migliori discepoli. E vi preparerò. Non basterete ancora. Perché se la messe è veramente grande gli operai in compenso sono pochi. Pregate dunque il Padrone della Terra che mandi molti operai alla sua messe». (4, 237)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28

Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)

Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001

niedziela, 22 lipca 2018

(51) Żywoty Świętych: Juliana z Nikomedii

Żywot i męczeństwo Ś. Juliany dziewice,
wypisany od Symeona Metafrasta.
Umęczona za czasu Maksymina, około roku Pańskiego, 290.1

   W Nikomediej za czasu Maksymina Cesarza, Eleuzjus poganin i surowy bałwochwalca, córkę miał z żoną także poganką, Julianę – która słysząc o Chrystusie i Ewangeliej, tajemnie uwierzyła w Pana Boga naszego, i mądrze we wszytkich sprawach swoich postępując, urodą i wszytkiemi cnotami, wielką okrasą domowi swemu była. A mając zacne rodzice, i Cesarskie przyjaciele, zacnego jej też męża raiła. 2Lecz ona na sercu wolą mając w czystości ś. Chrystusa samego małżonką być, nieśmiejąc się z tym rodzicom odkryć – gdy czas jej za mąż wydania przychodził, a jej oblubieniec poganin do niej upominki posyłał – 3szukała takich przyczyn, jakoby wolną zostać mogła. I między innemi tę nalazła. Wskazała do onego który jej w małżeństwo pragnął: Niechaj wie, iż ja zacnego rodu będąc, zelżyć domu swego nie chcę – póki on starostą tej ziemie nie zostanie, małżonki ze mnie nie ma – rzecz się jej to zdała na poły niepodobną. Lecz czart który jej przedsięwzięcie skazić chciał, tak pomógł onemu człowieku, iż przez dary i przyczyny starostą został. I zostawszy, wskazał do ś. Juliany: już się, powiada, niech weseli, iż męża tak wielkim urzędem uczczonego mieć będzie – a niechaj dalej nie odwłóczy. A ona widząc, iż się jej na jednej nie powiodło, drugą przyczynę nalazła, mówiąc: 4Jeśli tej wiary co i ja nie będzie, niechaj sobie inej szuka – Juliana zań nie pójdzie – bo ona jest Chrześcianka, a on bałwochwalca inemu begu abo raczej diabłom służy.
   Przestraszony nad mniemanie tym poselstwem, do ojca jej bieżał, ten mu żal opowiadając. A ociec tego się po córce swej nie spodziewając – barziej jeszcze niżli on starosta rozjadły, przyzwał Juliany – pierwej jej chędogo pytał: Czemu ty starostą gardzisz? Ona rzekła: Bom ja jest wiary różnej od niego – a cóżby to mój namilszy panie ojcze za małżeństwo było, ciałem się jednoczyć, a sercem i myślą rozłączać? 5A jako ja z takim miałabych mieszkać, abo jemu przyjaźń pokazować, który jest nieprzyjacielem Bogu memu? Gdybych ja za twego nieprzyjaciela poszła, a tego małżonką zostawała, któryby tobie stał na gardło, izaliby to rad widział? A ociec zamilczawszy odpowiedzi, grozić jej biczem począł. A ona bezpiecznie powie: By mię miał na wiele śmierci wydać, tego nie uczynię – abych wierze swej żelżywość, i Chrystusowi swemu, takim małżeństwem uczynić miała. I tobie się dziwuję panie ojcze, jako się tym niemym i głuchym bogom kłaniać możesz? izali takim jako oni zostać chcesz? Rozgniewany ociec, zamknął ją w jednej komorze, aby jej nastraszył, a statku jej doznał. A ona zawżdy jednaka była, wołając na ojca: Chrystusa ja Boga mam, twoim się diabłom nigdy nie pokłonię. 6Tedy ojcowskie serce i przyrodzenie zmieniwszy, pierwej ją w domu swym srodze bić kazał, a potym ją onemu staroście, który o jej małżeństwo stał, w ręce i w moc podał. I wpadła w ręce oblubieńca swego onego, na urzędzie już siedzącego – który domową namową zmiękczyć serca jej nie mogąc, jawnie ją jako sędzia, do swej stolice sądowej przywieść rozkazał. A uroda jej, wielce serce jego mdliła, iż nic srogo do niej przemówić długo nie mógł – i owszem te miękkie słowa z ust wypuścić musiał: Obierz mię namilsza za małżonka sobie, a wolna od wszytkiego będziesz. Już cię i z ofiary bogom wypuszczam, jedno niech twym małżonkiem zostanę. Odpowie święta: Nigdy tego nie uczynię, aż ty zostaniesz Chrześcianinem, i Chrzest ś. przijmiesz. Rzecze starosta: Proszę cię nie życz mi tego, bobych wpadł w wielką niełaskę Cesarską, i w niebezpieczeństwo, i urządby mi wziął, i gardło. Tu dopiero trafi weń panna i rzecze: 7Ty się króla i pana świeckiego, który umiera i nie trwa, boisz – a ja się bać nie mam onego Króla nad królmi, wszytkiemu niebu i ziemi rozkazującego, wiecznej a nieodmiennej i nieuwiarowanej Boskiej mocy? Coby to był za rozum mój – abych z tym się złączyć i przyjażń wieść miała, który Bogu memu krzywdę czyni, i taką zelżywość? 8Gdyby sługa twój zbracił się z nieprzyjacielem twoim, jakoby9 to od niego przyjmował? Pewnie z gniewemby10 się nań wielkim oburzył. A ja gniewu się bać Boga mego nie mam, z tobą się nieprzyjacielem Jego, i bałwochwalcą w przyjaźń wdając? Nigdy tego nie uczynię – czyń co chcesz, masz ogień, masz kije, masz bestie, użyj na mnie i skosztuj wszytkiego – serca mego nigdy nie przełomisz.
   Takimi słowy rozjadły, na czterech ją powrozach rościągnąć, i suchymi żyłami, i świeżymi rózgami bić kazał. Zmordowani byli katowie, a jej cierpliwość świeża a mocna została. I kazał przestać, grożąc jej czym więtszym, jeśliby Dianie nie czyniła ofiar. 11A ona rzecze: Głupcze szalony, mniemasz abyś mię tym zwyciężył? Jeszcze więcej cierpieciem, w nadzieję Pana mego Jezusa gotowa, a niżli ty masz wolą czynić. Tedy ją kazał za włosy zawiesić, przez kila godzin – tak iż za włosami skóra wzgórę oczy zasłoniła i twarz podniosła. Wołał na nię starosta: upamiętaj się Juliano. Jeszcze mu ona miłość, którą miał ku niej, nadzieję czyniła, o jej sercu odmianie. 12Ale jako skałą mocną a niedobytą została. A on jeszcze przyczynił jej męki – i palić ją blachami żelaznymi po bokach, i pod pachami rozkazał. I na te boleści nic inego, okrom modlitwy Bogu i dzięki, słyszeć z ust jej nie było. Widząc iż próżno ją męczył – zjąć ją a mocno związać, a przewlekszy jedno długie żelazo, przez przebodzione łysty jej, do ciemnice ją wrzucić kazał. Tam leżąc na ziemi, do P. Boga wołała: Wybaw mię z boleści tych Panie Oblubieńcze mój, jako Daniela ode lwów, i Teklę z ognia. Ociec mój i matka moja opuścili mię, przijmi mię, Ojcze osierociałych, i pociecho zmordowanych.
   13Gdy się tak modliła, przijdzie do niej nieprzyjaciel ludzkiego zbawienia, Aniołem się Bożym uczyniwszy. I rzecze jej: Cierpisz ciężkie męki Juliano, a już im nie wytrwasz – radzę skoro cię wywiodą, abyś ofiarę czyniła. Bo już siła twoja ciężkości tych nie przemoże. A ona rzecze: a ktoś ty jest? Odpowie czart: Jam jest Anioł Boży, Bóg mię posłał, aby już dalej ciało twoje trapione nie było. Jużci odpuści, chociaż tego pogaństwa posłuchasz – bo już mdłość widzi ciała twego. Tedy się barzo strwoży, i myślić pocznie: na wejźrzeniu Anioł, ale na radzie nieprzyjaciel jest. I głęboko westchnie do P. Boga, łzami oczy swe polawszy: Panie stworzenia wszytkiego, Ciebie wybrani Twoi Aniołowie chwalą, a czarci imienia się Twego straszliwego boją – nie daj mi się pośliznąć. Ty wiesz, iż dla imienia Twego cierpię, ukaż mi sidła, któreby na mię czart zamiatał – a kto to jest co ze mną mówi. To zmawia, a głos usłyszy: Nie bój się, Jam z tobą. Pojmaj tego co z tobą mówi, dajęć nad nim moc. 14I wnetże opadły powrozy i okowy z ręku jej, i ono żelazo, przez jej łysty przewleczone, wyszło – i stanie sobą władnąc mocna, i wiązać onego co z nią mówił, pocznie – i związawszy go jako na sąd więźnia, pytała go: coś jest, kto cię posłał? I powiedział żem ja jest szatan ludzki nieprzyjaciel, ciebie niezwyciężoną zwyciężyciem chciał, posłany od nawyższego diabła. Tedy ten który go jej więźniem uczynił, mocą Boską swoją, Ten jej też dał tę dziwną moc, iż go trzymać w ręku i powrozy bić poczęła. A on się prosił i modlił – i narzekał na swego starszego mówiąc: O jakom ich wiele zwyciężył, a nikt mię tak srodze nie pojmał i nie związał. O ojcze przełożony nasz, jakoś tej mojej przygody widzieć nie mógł – czemuś mię tu posłał? Jakoś nie wiedział, iż dziewictwo rzecz jest niezwyciężona, a nad modlitwę męczenników, nic mocniejszego być nie może?
   15W tym posłał starosta, aby wywiedziona była, jeśliby jeszcze żywa została. Wywiedziono ją tak piękną, jako kiedy ją naprzód pojmano – i tak zdrową jakoby nic nie cierpiała, a gdzie na czci rozkosznej była – i wlokła za sobą swego więźnia czarta. Zadziwuje się starosta jej takiemu zdrowiu i nowej okrasie, i spyta: Powiedz mi co to za czary, z którycheś tak ozdrowiała, iż i znaku żadnego ran onych na tobie nie masz? Ona odpowie: Czarów ja nieumiem, ale ich wynalaźcę, i tego któremu ty służysz, i wolą jego czynisz, zwyciężyłam przez Chrystusa czarta, i pojmała. I ty i pan twój diabeł pod nogamiście mojemi – a za tym zwycięstwem na rozkoszy wieczne tego, który mię zleczył, pójdę – a ty z twoim czartem na wieczne więzienie i potępienie oddany będziesz. 16Tedy wielki ogień z smolnej materiej uczyniono – a gdy się wysoko płomień podniósł, wrzucono weń panienkę Bożą. 17A ona Panu się swemu poruczając, łzy wylewać poczęła – i z onych jej trochy łez, jako dwie rzece wyszły i ogień wszytek zalały. Tu już wszytek pogański lud wołać począł, tak dziwny cud widząc: jeden Bóg, jeden jest Ten, którego Juliana sławi. 18I mychmy są Chrześcianie, ognia się i miecza nie boim. Takich się obrało pięć set mężów, a sto i trzydzieści niewiast – którzy to mówiąc wystąpili, i pojmani koronę męczeńską szczęśliwie chrzcząc się we krwi swej odnieśli. 19Jeszcze się tyran kusił – w kocieł pannę włożyć, i smażyć w ogniu wielkim rozkazał. On ogień na stojące się około sługi obrócił, i one popalił – a panna jakoby się w łaźni rozkosznej myła, tak jej nic nie doległo. Dopiero włosy starosta rwać i szaty drzeć na sobie, i łajać bogom swoim począł – a widząc iż już wszytkie jego morderstwa ustają, a panienka nad wszytkimi górę ma – musiał na nię uczynić dekret, aby ścięta była. 20Szła męczennica na śmierć, jako inne do tańca, i do rozkosznego obiadu – uczyniwszy modlitwę, rada z chęcią szyję niepokalaną ściągnęła, a ono czyste ciało na ofiarę Bogu swemu, na on ołtarz podała. 21Pani jedna Rzymianka jadąc do Rzymu na on czas, jej z sobą ciało wzięła, z wielką uczciwością – i w Rzymie ku jej pamiątce kościół nad jej grobem postawiła, Bogu ku czci wiecznej. W dziewiąci leciech zaręczona za mąż, w ośminaściu ucierpiała. Ociec jej gdy jednego czasu na morzu jadąc z okrętem się rozbił, i na jeden wysep wypłynął – od wilków i bestij pożarty jest. Słusznie odniósł za swe okrucieństwo i niepokajane serce, karanie tu na ziemi, i tam wieczne – którego Chryste nas uchowaj, a rozmnóż sławę Twoję wszędzie. Bo Tobie z Ojcem i z Duchem Ś. Bogu w Trójcy jedynemu wszystko się stworzenie kłania – cześć Twoja na wieki. Amen.

   22Aczkolwiek heretykowie Chrzest ś. mają, i byli niegdy Chrześcianie – wszakże iż od wiary świętej odstąpili, miedzy niewierne poczytani są. 23Przetoż Kościół święty rozkazuje i przestrzega, aby z nimi Chrześcianie i Katolicy, tak jako z niewiernymi i odstępcy wiary świętej spólnego małżeństwa nie mieli – dla tych nawięcej przyczyn.24
   Pierwsza: Iż jest grzech wielki, jako tu mówi ś. Juliana – z tym przyjaźń, zwłaszcza tak nierozdzielną i wielką wieść, który Panu Bogu nieprzyjacielem jest, i uchodząc grzechu tego, pierwej wolała ta święta męki tak wielkie cierpieć, i żywot stracić, niżli to przeciw Bogu uczynić – chociaż jej wolno w wierze Chrześciańskiej trwać dopuszczono.
   2. Iż jest niebezpieczeństwo duszne od tego, który zawżdy przy boku twoim będąc, namówić cię i użyć miękkością, abo i srogością odstraszyć od wiary może – acz nie zaraz, ale pomału się wkradając i wzgrażając – jako się to wielom ich w oczach i wiadomości naszej przydało. A więcej się takiego małżeństwa najduje, gdzie rychlej dobry da się skazić, niżli zły naprawić. A wszakby się takiego strzegł barzo, któryby co dzień na twój stół truciznę dawał – chociażby o niej wiedział – przedsięby się bał, aby kiedy z omyłki do niej ręki nie ściągnął. Daleko ostrożniej trucizny tej dusznej strzec się przystoi.
   3. Iż potomstwo, które Pan Bóg daje w takim rozerwaniu, nie może być dobrze wychowane – gdyż bogobojność pierwszy jest fundament wychowania dobrego – a gdy jeden tak, drugi owak będzie chciał, bojaźń Bożą szczepić w dziateczkach – roztargnienie mieć będą, niewiedząc za kim iść. A ponieważ przedniejszy jest koniec małżeństwa, aby się w nim dziateczki Panu Bogu na cześć w pobożności wychowały – dla tego samego strzec się heretyckiego towarzystwa w małżeństwie potrzeba.
   4. Nakoniec gdy Katolik ma, i mieć ma, małżeństwo święte za Sakrament i tajemnicę Kościelną – tym grzeszy, iż do tego Sakramentu niewiernego przypuszcza, a sam swoję wiarę lży, i Bożych tajemnic, które okrom Kościoła ku dobremu nie służą, zda się za nic sobie nie ważyć.

1  XVI. Februar. Lutego. Mart. R. Ibidem.
Czystość Bogu poślubiona.
Juliana ś. aby nieszła za mąż, przyczyn szuka.
Za męża inej wiary iść niechce ś. Juliana.
Z nieprzyjacielem Bożym bracić się nie godzi.
Ociec córkę dał na męki.
Mądre słowa ś. Juliany.
Jako sługa z nieprzyjacielem się pana swego bracąc, pana zdradza – tak w małżeństwo heretyczkę abo heretyka kto biorąc.
9  Raczej „jakobyś”. Ale dawniej, i również obecnie w niektórych gwarach, stosowano także czasownik w postaci trzeciej osoby w zwrotach do osoby drugiej. Przyp. J.Sz.
10  Raczej „z gniewembyś”. Jw. Przyp. J.Sz.
11  Wielkie męstwo ś. Juliany.
12  Wielkie męki.
13  Czart się ś. Julianie ukazał w więzieniu.
14  Czarta ś. Juliana związała.
15  Uzdrowiona od Boga ś. Juliana.
16  W ogień wrzucona.
17  Łzy ś. Juliany wielki ugasiły ogień.
18  630. męczenników.
19  W kotle smażona ś. Juliana.
20  Śmierć ś. Juliany.
21  Do Rzymu ciało jej przeniesiono.
22  Obrok duchowny.
23  Z heretyki spólne być nie ma małżeństwo.
24 Nauka już w Kościele nieobowiązująca i niezgodna z wolą Boga, który zbliża się tak do wiernych, jak i niewiernych, a przez to zbliżenie może niewiernych uświęcić i nawrócić. Przyp. J.Sz.

Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski

piątek, 20 lipca 2018

Nabożeństwa (19)

7. Rozważanie.

Jest więcej bojaźni, dlatego więcej przyczyny. Jeśli Lekarz pragnie pomocy, rośnie znacznie brzemię: Wtedy mamy rozwój Choroby; Ale musi być też Jesień; Ale nie moją jest działką by wybrać, czy Jesień choroby czy moja: ale skoro już moja, to dwojga; Moja choroba nie potrafi mnie przetrwać, ja mogę ją przeżyć. Jakkolwiek, jego pragnienie innych, kłóci się z jego szczerością, i z jego pomysłowością; jeśli zagrożenie będzie wielkie, usprawiedliwia swoje poczynania, i nie skrywa niczego, co przyzywa jako dowody; A jeśli zagrożenie nie będzie wielkie, jest niewymagający, a raczej gotowy do dzielenia podziękowań, i zaszczytu tej pracy, którą sam zaczął, z innymi. Nie umniejsza to dostojeństwa Monarchy, gdy czerpie on udział ze swej pieczy nad innymi; Bóg nie uczynił wielu Słońc, lecz uczynił wiele ciał, które otrzymują, i dają światło. Rzymianie zaczęli z jednym Królem; doszli do dwóch Konsulów; wrócili w skrajnościach, do jednego Dyktatora: czy to w jednym, czy w wielu, Rządzenie to samo, we wszystkich Stanach, a tam gdzie więcej Lekarzy, zagrożenie nie większe, a opatrzność większa; bo Stan jest szczęśliwszy, tam gdzie sprawy załatwiane są przez więcej rad, niż może być w jednej piersi, jakkolwiek ogromnej. Same choroby odbywają Narady, i spiskują jak mogłyby się rozmnażać, i łączyć jedna z drugą, i tak, wywyższać jedna siłę drugiej; i czyż nie powinniśmy wzywać Lekarzy, na narady? Śmierć jest u drzwi staruszka, pojawia się, i tak mu daje znać, i śmierć jest na plecach młodzieńca, i nie mówi nic; Wiek jest chorobą, a Młodość pułapką; a Lekarzy potrzebujemy tak wielu, żeby można było postawić Straż, i wyśledzić wszelką niedogodność. Ledwie znajdzie się cokolwiek, co nie zabiłoby kogokolwiek; dokonał tego włos, pióro; Ależ, dokonało tego, to co jest naszą najlepszą na to Odtrutką; najlepsza Nasercówka była śmiertelną trucizną; Ludzie umierali z Radości, i niemal zabraniali swym przyjaciołom ich opłakiwać, gdy widzieli jak umierali z uśmiechem. Nawet ten Okrutnik Dionizjusz (myślę, że ten sam, który tak bardzo później cierpiał) który nie mógł umrzeć z tego smutku, z tego upadku z wysoka, z Króla do nędznego zamkniętego człowieka, umarł od tak biednej Radości, którą to ludzie ogłaszają w Teatrze, jakoby był dobrym Poetą. Mówimy często że Człowiek może wyżyć z odrobiny; lecz, niestety, z ile mniejszej Człowiek może umrzeć? I dlatego im więcej pomocników, tym lepiej; któż przychodzi na dzień przesłuchania, na jakąś ważną sprawę, z jednym Obrońcą? Nasze Pogrzeby, samych nas nie obchodzą; tam nie możemy radzić, nie możemy kierować: I chociaż niektóre Narody, (zwłaszcza Egipcjanie) budowały sobie lepsze grobowce, potem domy, ponieważ zamierzały w nich mieszkać dłużej; to, pośród nas samych, najlepszy Człowiek Ogłady, którego mieliśmy, Zwycięzca, gdy tylko opuściła Go Jego dusza, był pozostawiony, nie tylko bez osób towarzyszących u Jego grobu, lecz i bez grobu. Któż nas tedy będzie pamiętał, nie wiemy; Jak długo możemy, przyjmijmy tyle pomocy ile możemy; Jeszcze jeden, i jeszcze jeden Lekarz, to nie jeszcze jedna, i jeszcze jedna Oznaka, i Objaw śmierci, lecz jeszcze jeden, i jeszcze jeden Towarzysz, i Nadzorca życia: Oni nie tyle karmią wyobraźnię obawą zagrożenia, co zrozumienie wygodą; Niech nikt nie przynosi Nauczania, innej Pilności, innego Wyznania, ale niech każdy przyniesie wszystko, i, tak jak do Przepisu wchodzi wiele Składników, tak niech wielu ludzi tworzy Przepis. Ale czemuż tak długo przeprowadzam nad tym moje Rozmyślanie, posiadając obfitą pomoc w czasie potrzeby? Czy moje Rozmyślanie nie powinno raczej skłaniać się ku innej drodze, ażeby współczuć, i współcierpieć ich utrapieniu, tym którzy niczego nie posiadają? Jakże wielu jest (może) bardziej chorych niż ja, i leżą na swej żałosnej słomie w domu (o ile ten kąt jest domem) i nie mają bardziej nadziei na pomoc, choć umierają, aniżeli na wybór, choć żyją? Ani nie oczekują wtedy widzieć bardziej Lekarza, aniżeli być potem Urzędnikiem; o których, pierwszym co zasięga wiedzy, jest Zakrystianin1 co ich grzebie; który grzebie ich też w niepamięci? Bo oni tylko wypełniają liczbę zmarłych na Rachunku, a my nigdy nie usłyszymy ich Imion, póki nie przeczytamy ich w Księdze życia, razem z naszym własnym. Jakże wielu jest (może) bardziej chorych niż ja, i wepchnięci są do Szpitali, gdzie, (jak ryba pozostawiona na Piachu, musi wytrzymać przypływ) muszą wytrzymać godzinę odwiedzin Lekarza, a potem mogą być już tylko odwiedzani? Jakże wielu jest (może) bardziej chorych niż my wszyscy, i nie mają tego Szpitala by ich zakrył, ani tej słomy, by na niej leżeć, by na niej umrzeć, lecz mają pod sobą swój Kamień nagrobny, i wydychają dusze w uszy, i w oczy przechodniów, twardsze niż ich łoża, krzemień ulicy? Którzy nie smakują żadnej dozy naszego Lekarstwa, lecz skąpą dietę; dla których zwykły rosół byłby wystarczająco Syropowy, odpadki naszych sług, wystarczająco Bezoarowe, a wypłuczyny ze stołów naszych Kuchni, wystarczająco Nasercowe. O duszy moja, gdy nie jesteś wystarczająco przebudzona, aby błogosławić wystarczająco twego Boga za Jego obfite miłosierdzie, w zapewnianiu tobie wielu Pomocników, pamiętaj jak wielu im ich brakuje, i pomóż im w nich, lub w tych innych sprawach, których im brakuje tak samo jak ich.

Przypis: 
1  Ang. sexton. Był to urząd kościelny odpowiedzialny głównie za majątek kościelny, dzwonienie w dzwon i grzebanie zmarłych. Przyp. tłum.

Przekład z angielskiego: Jakub Szukalski

Źródła:
John Donne, Devotions Vpon Emergent Occaſions, and ſeuerall ſteps in my Sicknes, London 1624
John Donne, Devotions Upon Emergent Occasions, Cambridge 1923