czwartek, 31 sierpnia 2017

Piękno niestworzone

Piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak Tirsa” (Pnp 6,4),
a Tirsa znaczy Kochanie.
Piękna jesteś, przyjaciółko moja, jak Kochanie,
piękna jesteś jak Bóg.

Przedmiocie mojego gorącego pożądania,
Nic mi miłości Twojej w sercu nie przygłuszy,
Tak mnie upewnia siła wzajemnego kochania”.
(św. Faustyna, Dzienniczek 1427)

środa, 30 sierpnia 2017

Do konserwy

Zaprawdę, powiadam wam, można wytyczyć sobie ramy Słowa Bożego i poruszać się w Nim jak sardynka w konserwie. Nie, nie ożywisz tak Słowa. Na nowo je krzyżujesz. Poznajesz poglądy i zdania o Słowie, ale samego Słowa nie słuchasz. Co masz? Wyrobiłeś sobie mapę – wykreśliłeś wytyczne – tutaj tak, a tam tak – to należy rozumieć tak, a tamto tak. Czy pytałeś w ogóle Boga o zdanie? Czy słuchasz, co On mówi w tej albo tamtej sprawie? Czy wsłuchiwałeś się chociażby w głos wiatru wiejącego na tym przyrodzonym niebie? Jeśli ustalasz jakieś znaczenia Słowa, jeśli utrwalasz w pamięci jakieś obrazy, wyobrażenia niewymownego Słowa, mówię ci: „Ocknij się. Zakułeś się w konserwie i nawet przyrodzonego wiatru nie jesteś w stanie usłyszeć. To jest krzyk przedzierający się przez tę twoją puszkę. On mówi ci: powstań! Ożyj dla prawdziwego, żywego Słowa – niewytyczonego, niedającego się zamknąć w żadne sztywne ramy ludzkich znaczeń. Szukaj znaczenia Bożego. Ono przekracza określenia i wyobrażenia. Jest jak niebo. Pójdź i wzleć”.

wtorek, 29 sierpnia 2017

Prawo i Łaska

   Św. Paweł mówi, że siłą grzechu jest prawo (1 Kor 15,56). Rozumiej przez to, że siłą grzechu jest przyzwolenie – samo to, że wolno. To zrozum na początku. A później spójrz szerzej, że nawet święte Prawo dane przez Boga jest siłą do grzechu. W jaki sposób? Nie w taki, że Bóg umacnia albo potęguje grzech, ale prawo jest siłą do grzechu przez to, że staje się polem do popisu dla złego ducha. Prawo mówi, co wolno, a czego nie. Przez samo więc określenie – opisanie – można się na nim popisać w sposób mądry i popisać w sposób głupi. Zły duch robi z siebie małpę Prawa wykorzystując lukę.
   Otóż mając lukę, prawo jest siłą do grzechu – prawo daje możliwość grzechu. Łaska zaś zostaje bez braku – wypełniona, przepełniona i przepełniająca tego, komu jest dawana. W Łasce nie ma możliwości – jest konieczność. Nie, żeby nie było możliwości wyboru przyjęcia lub odrzucenia Łaski. Taki wybór jest. Jest właśnie wtedy, kiedy jest się w mocy Prawa. Gdy jednak przyjęło się już Łaskę, wyboru żadnego w tym nie ma – to znaczy w samym trwaniu i życiu w Łasce nie ma już żadnego wyboru – jest tylko Łaska jako niezawodna konieczność.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

(72) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Przekleństwa

   24 Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. 25 Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. 26 Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom. (Łk 6,24-26)

      24 Πλὴν οὐαὶ ὑμῖν τοῖς πλουσίοις,
      ὅτι ἀπέχετε τὴν παράκλησιν ὑμῶν.
      25 οὐαὶ ὑμῖν, οἱ ἐμπεπλησμένοι νῦν,
      ὅτι πεινάσετε.
      οὐαί, οἱ γελῶντες νῦν,
      ὅτι πενθήσετε καὶ κλαύσετε.
      26 οὐαὶ ὅταν ὑμᾶς καλῶς εἴπωσιν πάντες οἱ ἄνθρωποι·
      κατὰ τὰ αὐτὰ γὰρ ἐποίουν τοῖς ψευδοπροφήταις οἱ πατέρες αὐτῶν. (Łk 6,24-26)

   Biada wam, bogaci i żyjący w rozkoszach! Pośród was bowiem – którym lenistwo i pieniądze służą za łoże i poduszkę – fermentuje największa nieczystość!
   Teraz jesteście nasyceni. Aż do gardła dochodzi wam pokarm pożądliwości i dławi was. Odczujecie jednak głód – straszliwy, nie do zaspokojenia, którego przez wieczność nic nie złagodzi. Teraz jesteście bogaci. Ileż dobra moglibyście wyświadczyć waszym bogactwem, tymczasem czynicie nim zło sobie i innym. Poznacie straszliwe ubóstwo pewnego dnia, który nigdy się nie skończy.
   Teraz się śmiejecie. Uważacie się za zwycięzców. Wasze łzy wypełnią jednak jeziora Gehenny i już nigdy nie ustaną. (III (cz. 1-2), 34: 12 sierpnia 1944. A, 5184-5211 i 3296-3303)

   Guai a voi, ricchi e gaudenti! Perché è proprio fra voi che fermenta la più grande impurità a cui fanno letto e guanciale ozio e denaro! Ora siete satolli. Fino alla gola vi arriva il cibo delle concupiscenze e vi strozza. Ma avrete fame. Una fame tremenda, insaziabile e senza addolcimento in eterno. Ora siete ricchi. Quanto bene potreste fare colla vostra ricchezza! Ve ne fate tanto male per voi e per gli altri. Conoscerete una povertà atroce in un giorno che non avrà fine. Ora ridete. Credete d'essere i trionfatori. Ma le vostre lacrime empiranno gli stagni della Geenna. E non avranno più sosta. (3, 174)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28

Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)

Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001

niedziela, 27 sierpnia 2017

(23) Żywoty Świętych: Sebastian i inni

Żywot ś. Sebastiana Męczennika, i innych,
zwłaszcza Marka i Marcellina –
napisany zstarodawna,
i od Bedy i Uswarda i Metafrasta powtórzony.
Czynią o tym kazanie ś. Ambroży in Psal. 118. 
i Augustyn na ich dzień Sermone 100. de diversis. 
i Grzegorz ś. Homil. 27. w jego kościele.
Żył około roku Pańskiego, 286.1

   Sebastian w mieście Narbonie urodzony, w Mediolanie wychowany, tak był u Dioklecjana i Maksymiana Cesarzów Rzymskich wdzięcznym człowiekiem, iż mu pierwszą rotę polecili – i przy sobie go zawżdy mieć i nań patrzyć chcieli. Był bowiem mężnym wielce, mądrym, w mowie prawdziwym, w sądzie sprawiedliwym, w radzie opatrznym, w zleceniu wiernym, w sprawach dzielnym, i we wszelakich obyczajach uczciwym, i u wszytkich wziętym. Mieli go żołnierze sobie za ojca, i dwór go wszytek miłował i barzo ważył. 2Bo iż był prawy sługa Boży, musiało tak być – iż on Boga miłował, aby go też ludzie miłowali. 3Ten będąc wiernym Chrześcianinem, i zakon Chrystusów z pilnością pełniąc – taił się z tym przed Cesarzmi do czasu – dla tego aby był mógł pożyteczniej i lepiej Chrześcianom na on czas srodze strapionym służyć – a miedzy innymi ta wielka jego posługa była – gdy Chrześcian z więzienia i męczenia wyzwolić i wyprosić nie mógł, ani onemu okrucieństwu nad nimi zabieżeć – upominał, a prawie słowy swemi zapalał męczenniki święte, aby dla Pana i Boga swego, którego krwią odkupieni są, żywot swój mężnie kładli, i krwie swej nadstawiali – wystraszyć z siebie zbawienia i onej nadzieje, która jest po śmierci bez końca, nie dając – a na one się po tych krótkich mękach, wieczne rozkoszy oglądając. I także jako mówi Pismo,4 ręce spuszczone posilał, a nogi osłabione ukrzepczał – gdy na święte Boże, w mękach onych okrutnych, z ludzkiej krewkości, zachwianie jakie i pośliźnienie przypadało. Tymczasem jako inne, tak mężnie korony niebieskiej dostające, przed sobą widział – tak dobrą zazdrością zjęty, pragnął też rychło krew swoję Panu swemu ofiarować, gdyby mu czas do tego pogodny ukazał. I ukazał mu taki czas, w którym się dalej taić i onej miłości ku Chrystusowi, którą serdecznie gorzał, pokrywać nie mógł.
   Gdy Markus i Marcellianus bracia bliźnieńcy, zacni wielce i bogaci ludzie, o wiarę świętą w więzieniu długo posadzeni, i potym rozmaitymi mękami do odstąpienia Chrystusa, a do pokłonu diabłom Pogańskim bogom przyniewoleni, nieodmienną stateczność zachowali, ani się przemóc onym ciężkim mękom nie dali – Cesarz Dioklecjanus długo się na ich śmierć (ponieważ wysokiego stanu, i jemu barzo potrzebni ludzie byli) skwapiać niechciał. I dawszy im pewny czas do rozmysłu, i dzień im zguby ich naznaczywszy – takiego nad nimi diabelskiego sidła, chcąc serce ich przełomić, użyć kazał. 5Zwołano wszystkich powinowatych ich przyjaciół, krewnych, żon, dzieci, ojca, matki, i płakać nad nimi rzewno, i żałościwie narzekać kazano: prosząc a do nóg ich przypadając, aby sami siebie i ich zaraz swą zgubą, śmiercią, a zelżywością nie tracili – ale żeby się nad nimi i ciężkim sieroctwem ich zmiłowali – a swego przedsięwzięcia odstąpili, czyniąc Cesarzowi kwoli. Ociec stary zgrzybiałość swoję synom polecał, i o pogrzeb a dochowanie prosił – matka piersi ukazując, prawa się swego i powinności synowskiej domagała – dzieci malutkie ręce podnosząc a płacząc, nogi ojców swych obłapiały – drugie jeszcze mniejsze, nie mową, ale samym wejźrzeniem sieroctwo swoje, w oczach ojcom stawiły – przyjaciele o poczciwość, aby im sromotną śmiercią pomazana nie była, prosili – żony owdowienie swoje ukazowały, łzy rozliczne wylewając, a prosząc aby i samych siebie, i ich zsobą nie zgubili. Tak iż od płaczu i krzyku, zstało się wielkie w onym domu wołanie i krzyczenie żałosne wszytkich. 6Co czynić miały święte one niezwyciężone serca? Żadna ich tak męka nie zmiękczyła i nie obruszyła, jako ona namiętność przyrodzona, i żałość swej krwie, iż prawie trwożyć sobą, i jako wosk od ognia rozpływać się poczęli. Sami zaraz z nimi płakali, już mało co się nie skłaniając na odstąpienie wiary. Aż Sebastian ś. który przy tym był, użaliwszy się nad duszami ich, które już prędko stracić mogli – widział czas wyznania swego, aby i drugim pomógł, i sam siebie też do tejże korony przyprawił.
   7Tedy milczenie sobie uczynił, i taką rzecz miał do nich: Dziwowałbych się wam barzo mocnym, a tak wielkimi mękami niezwyciężonym Chrystusowym żołnierzom, gdyby takie dziecinne i niewieście łzy, i lekkie narzekania, serca wasze, w których Chrystus mieszka, obchodzić miały. Srogie one męki, któreście dla Chrystusa na ciele swym odnieśli, i tak sromotne a długie więzienie, przywieść was do tego nie mogło, abyście co przeciw Bogu swemu, i myślić, nierzkąc mówić, abo uczynić mieli – a te miękkie słowa ludzi tych świeckich, którzy nic o żywocie onym którego czekamy, i który się nam po śmierci zjawi, niewiedzą, przywieśćby was do czego nieprzystojnego miały? Nie daj tego Panie Jezu Chryste, któryś nam niewysłowione i okiem nieprzejźrzane, i uchem nieobjęte, rozkoszy i dobra nagotował – abyśmy my dla tych marnych i krótkich pociech, wyznania świętego i wielkiego imienia Twego odstąpić, a Twymi dobrodziejstwy, w którycheś i krew swoję za nas wylać raczył, wzgardzić mieli. I cóż ma ten żywot nędzny tak smacznego, iżby nas od skosztowanej onej rozkoszy niebieskiej w Chrystusie Panie naszym odwabić mógł? Widzim jako tu na tym świecie wszytko się wali – krótko kwitnie, a prędko upada – wielkie się na nim rzeczy zdadzą, a zaraz z cieniem i z dymem odchodzą. 8Kto się tak głupim najdzie, żeby dla słomianego domu, murowanego pałacu odstąpić miał – a za dzień rozkoszy, tysiąc lat męki i niemocy kupić sobie chciał? O by ci waszy powinowaci, tą światłością byli od Boga uczczeni, a to widzieli co wy widzicie, co wam Pan Bóg, za mężne wasze w wyznaniu Jego wytrwanie, nagotować raczył – pewnieby się za wami porwali, a do tej wam drogi nie przeszkadzali. Ale ślepi są, na ziemię tylo patrzą, bydlęcy żywot wiodą, mniemają aby z wami wszytko umierało. Nie dajcie się chytremu czartu (który je na was pobudził, i taką na was pokusę przywiódł) zwodzić – aby wam to wydrzeć miał, na coście już tak długo a ciężko robili. Oto już prawie w ręku zapłatę trzymacie, już u drzwi wiecznej onej chwały stoicie. Niechciejcie się nazad obracać – a pomnicie co Pan nasz Jezus w swej Ewangeliej powiedział:9 Nieprzyjaciele naszy są domownicy naszy. Teraz tego tu doznawacie, a ta przestroga wam na tę godzinę dana jest. Toć są prawi nieprzyjaciele, którzy nas z Bogiem naszym łagodnością i fałszywą przyjaźnią rozdzielić, i dobra niebieskie wydrzeć nam z ręki chcą. Sroższy to są niżli Cesarski miecz, który ciało zabija. Ci dusze wasze zabić, a z Bogiem i Panem waszym rozdzielić usiłują. A tak ostrożni i mężni bądźcie, a pomnicie na srogą pogróżkę Chrystusowę:10 Kto więcej, powiada, miłuje ojca, matkę, syna, córkę, niżli Mnie, godnym Mnie nie jest. Kto się Mnie zaprzy przed ludźmi – ja się go też przed Ojcem moim i Anioły Jego zaprzę. I ma więtszą moc mieć rodzenie z ciała, niżli rodzenie z ducha? Rodzenie z męża, a niżli rodzenie z Chrystusa? Izali wam na innych lepszych powinowatych schodzi? Nie słyszycie Pana mówiącego:11 Kto wolą czyni Ojca mego, ten jest siostra, brat, i matka moja. Ile jest świętych w niebie i na ziemi, tyle jest krewnych waszych – ile ich przykładem swym ku Bogu przywiedziecie, tyle synów i dzieci po sobie zostawicie. 12Nie bądźcież tak szaleni, abyście duchem począwszy, ciałem kończyć, 13a obracając się wzad, jako żona Lotowa, w słupbyście się tej świeckiej marności i ślepoty, obrócić mieli. Daj Boże mnie przed wami za Pana mego krew przelać, żebyście na moje męczeństwo patrzyli, a moja was śmierć do takiej u Boga wysługi pobudziła.
   Gdy to mówił ś. Sebastian, światłość się z twarzy jego Anielska błysnęła, iż się zdumieć wszyscy oni i Poganie musieli – 14a żona Nikostrata, u którego się to w domu działo (bo jemu w straż, Marek i Marcellianus dani byli) na imię Zoe, od sześci lat niemą będąc, do nóg Sebastianowych upadła – dając znać o wierze swojej, iż przy tym co on mówił stała. I wnet jej P. Bóg mowę na modlitwę ś. Sebastiana przywrócił. A mąż jej Nikostratus to widząc, także wnet w Chrystusa uwierzył – i przepraszał Marka i Marcelliana, dając im wolne z domu swego wyszcie – ale oni niechcieli wyniść, mówiąc: wielce tego żałujem, żeśmy tych powinowatych naszych słuchając, serca nasze pomazali – teraz poprawić stateczności naszej przy Bogu, a do końca trwać, a walczyć znowu ze wszytkiemi mękami, i umrzeć za Chrystusa chcemy. 15Prosił zatym ś. Sebastiana Nikostratus aby go rychło ochrzcić kazał. A ś. Sebastian powiedział, iż chciał pierwej aby do niego wszystkie więźnie które w poruczeniu swym miał, przywiódł żeby je wiary Chrystusowej nauczył. I tak się zstało wszytkie więźnie ś. Sebastian nawrócił a Chrześciany i drugie teskliwe i nieśmiałe umocnił.
   16Potym się wiele ludzi zacnych zebrało w dom Nikostrata – a widząc jako ś. Sebastian każdą niemoc, z którą się do niego uciekli, leczył – w Chrystusa uwierzyli. Miedzy nimi Klaudius niejaki pisarz z dwiema synmi swemi, z chorób ciężkich przez świętego Sebastiana wybawionymi, i Trankwillinus ociec Marka i Marcelliana, i matka ich Marcja (którzy syny swe odwieść od wiary chcieli) i inni – tak iż się ich do chrztu sześćdziesiąt i cztery osób zgotowało. 17Do których ś. Sebastian przyzwał Polikarpa kapłana, który je pochrzcił, imię każdemu dając, i krzyżmem pomazując. Potym dziwnym obyczajem z tym świętym Polikarpem, i z Trankwillinem, starostę i sędziego Rzymskiego Chromacjusa (który miał już pewnego dnia Marka i Marcelliana zgubić) i syna jego Tyburcego, i innych wiele Panu Bogu pozyskał.
   Na on czas póki żyw był Karynus, póty trochę ciższe było prześladowanie – iż Karynus miał wiele na dworze swym Chrześcian, w których się kochał – ale gdy był zabit, wielce barzo ściśnieni byli, i pilnie ich na męczeństwo abo do ofiar bogom szukano. 18Tedy zdało się wszytkim, aby z Rzymu bojaźliwszy Chrześcianie do imion onego Chromacjusa wielce bogatego i możnego uchodzili, i tam przeżyli. Przy których jeden ku pociesze ich, z onych przedniejszych Chrześcian wyniść z Rzymu miał – to jest, abo święty Polikarpus kapłan, abo ś. Sebastian. I zstał się spór nabożny miedzy Sebastianem i Polikarpem, który z nich w mieście zostać, a który z inymi Chrześciany zjachać miał – 19obadwa placu krwie za Chrystusa nastawując dostać, a z Rzymu wychodzić niechcieli. I na rostrzygnienie tego wątpienia, przyzwali Gaja Papieża Rzymskiego Słowianina, i Dioklecjanowi Cesarzowi powinowatego, człowieka wielkiej mądrości i cnoty – 20przed którym gdy się tak mile swarzyli, obadwa się do korony męczeńskiej kwapiąc, on im taki dekret uczynił. Gdy się obadwa, powiada, do męczeńskiej korony kwapita – lud Boży osierocić, i bez pociechy zostawić chceta. Mnie się zda, bracie Polikarpie, abyś jachał ku potwierdzeniu dusz wiernych, i ku podporze wątpliwych. Bo ty kapłański urząd przystojnie sprawujesz, i pełeneś darów Bożych w nauce.
   To słysząc Polikarpus, pokornie na tym przestał. I tak się rozstali. O jakie tam było pożegnanie, gdy jedni z Rzymu uchodzili, drudzy zostawali. Zostali z papieżem Markus i Marcellianus, i ociec ich Trankwillinus, i ś. Sebastian, i on młodzieniec urodzony w ciele, ale na duszy piękniejszy Tyburcjus, syn Chromacjusa, i ini. I poświęcił Papież Marka i Marcelliana na Diakony, a ojca ich uczynił kapłanem. 21A Sebastiana, który jeszcze w dworskiej i żołnierskiej barwie taił się, obrońcą kościelnym uczynił. Ci wszyscy pozostali u Kastula Chrześcianina, urzędnika Cesarskiego przy pałacu – gdzie z Papieżem mieszkali, i łacno się zataili, iż im ofiarować nie kazano. Bo nieśmiał ich nikt za podejźrzane mieć, przeto iż przy pałacu Cesarskim mieszkali. Tam noc i dzień na modlitwach, płaczu, i postach trawiąc – prosili P. Boga, aby mogli być godni korony męczeńskiej. Tajemnie się do nich ludzi obojej płci schodziło nie mało – których wiary nauczali i chrzcili je. Potym gdy się Pogaństwo dowiedziało o ich zbieraniu u Kastula, rozmaicie je pomęczyli. 22Zoe ona żona Nikostrata, naprzód u grobu ś. Piotra na modlitwie będąc, porwana jest – i gdy ją sześć dni w ciemnicy straszliwej głodem męczyli – siódmego dnia nad dymem z gnoju uczynionym, za nogi zawieszoną umorzyli. Co gdy Sebastian ś. Trankwillinusowi oznajmił – zawołał w te słowa: 23Już nas niewiasty do korony męczeńskiej uprzedzają – a ja jako jeszcze żywym zostaję? I szedł na toż miejsce ś. Piotra, i tam kamieńmi od pogaństwa zabity jest.
   24Potym Tyburcjus (jako się w jego żywocie dotyka) potym Marek i Marcellian – którzy gdy byli w wierze mocni – Fabianus gwoźdźmi żelaznymi przez nogi przybite na słupie postawić je kazał – do których tak mówił on starosta morderz Chrześciański – tak długo tu stać, powiada, będziecie, aż to uczynicie co wam każę. A oni na jednym drzewie przybici śpiewali, mówiąc: O jako dobre i wdzięczne jest braciej w jedności mieszkanie. Nigdyśmy tak miłej biesiady nie mieli – teraześmy wdzięczną miłością Chrystusową przykowani są: Boże byśmy tak do swej śmierci stali. I gdy tak dzień i noc stali, włóczniami je poprzebijać kazał – tak prawie oni wszyscy wylaniem krwie swojej wiarę zawiązali, i z radością w mękach za Chrystusa pomarli.
   A potym też ś. Sebastian za nimi jako hetman na końcu poległ. Bo gdy się wsławiła ona ś. Sebastiana wiara i cuda, nie śmiejąc się nań inni urzędnicy, jako na człowieka wielce wziętego, targać – do samego cesarza Dioklecjana jego odnieśli – który go przyzwawszy upominał mówiąc: Co cię Sebastianie do tego głupstwa przywiodło, iż się wolej mojej sprzeciwiasz, bogom się moim pokłonić nie chcesz, a w tego ukrzyżowanego wierzysz? Jam ciebie w wielkiej czci miał, i wszytkiegomci się mego państwa nad inne zwierzał. Czemuś tak niewdzięczny, a mocy mojej i wolej przeciwnym został? Na co rzekł Sebastian ś. – 25Pókim, cesarzu, Boga i prawdy Jego nie znał, ogarniony ciemnością, tymem bogom drzewianym i kamiennym zaraz z tobą służył – teraz gdy mi P. Bóg dał uznanie jednego żywego Boga, i Jezusa Chrystusa Syna Jego, rad z chucią dla tego nalezionego skarbu, czci, bogactwa, i zacności tej świeckiej odstępuję – wiedząc co mi Pan mój po śmierci nagotować raczył, i tym wszytkim, którzy Go przed ludźmi jako Pana i Boga swego wyznawają, a żywot pobożny, wszelkiego błędu odstępując, prowadzą. A który błąd i głupstwo więtsze być może nad to – rozumieć iżby to bogowie byli, którzy rękoma uczynieni są z kamienia i z drewna, sobą nie władną i w proch się obrócą? I sam się w tym czuj Cesarzu, a poznaj jednego prawego Boga – służby się wszytkiej tych chytrych szatanów zarzekając. Co słysząc Dioklecjan, jadowicie się rozgniewał, i wnetże wywieść w pole ś. Sebastjana i ustrzelać kazał. 26Postawion tedy męczennik święty za cel, i do słupa uwiązany, strzały na sobie zuchwałego i młodego żołnierstwa odnosił – któremi tak był ustrzelany, pokryty, i nadziany – iż go za umarłego wszyscy odeszli. 27Ciało jego gdy w nocy jedna zacna Rzymianka Hierene, żona Kastula męczennika (o którym się wyższej wspomniało) do pogrzebu z innemi świętemi zjąć przyszła – nalazła go jeszcze żywego – i w domu swoim wczasy mu czyniąc, prędko go zdrowym ujźrzała. Pan Bóg cudownie go zleczyć raczył i ożywić, na więtszą jeszcze koronę, i przykład a potwierdzenie Chrześciańskie. Skoro ozdrowiał, prosili go Chrześcianie, aby z Rzymu ustąpił, a drugi raz w ręce tym nieprzyjaciołom nie wpadał. 28A on nie tylo tego uczynić niechciał, ale jeszcze wielekroć umrzeć za Pana swego pragnął. Już Sebastiana wszyscy dawno mieli za straconego, a owo czasu jednego zdrowym się na dwór Cesarski ukazał, i wszytkim się jako dobrze znajomy w oczach stawił. Jedni wierzyli iż ten jest, co był – drudzy nie wierzyli.
   Aż się trafiło Cesarzowi go potkać – a on też w oczy jemu szedł – i stanąwszy Cesarz, zdumiał się, i przyzwać go do siebie kazał, i spytał: Tyś jest Sebastian któregom ja ustrzelać kazał? A on odpowiedział: jam jest, od Boga, którego chwalę, od śmierci wskrzeszony – abyś znał moc Boga tego, którego prześladujesz, niewinne święte sługi Jego, ludzie cnotliwe zabijając i mordując. Znaj wżdy aby z tego cudu, który na mnie widzisz, Bóstwo Chrystusowe – a brzydź się temi swemi bałwanami i szatańską służbą, w której rychło zginiesz, i wieczne potępienie po śmierci z temi czarty, którzy cię na święte Boże pobudzają, odniesiesz. 29Zapalony gniewem cesarz, kijmi go tak długo bić, aż ducha Panu Bogu oddał, i ciało w miejsce plugawe wrzucić rozkazał. Lecz jednej nocy, drugiej białejgłowie Lucynie święty Sebastian przez sen się ukazawszy, o swym ciele powiedział, i pogrześć je w pieczarach ziemnych, gdzie się Chrześcianie kryli, i męczenniki grzebli, rozkazał – na cześć Bogu jednemu, Ojcu, Synu, i Duchowi Świętemu – którego moc i państwo na wieki wiekom. Amen.

   30Dziwnie Pan Bóg miedzy onemi okrutniki Kościół swój zachowywał, i szczepił. Do niego rzeczono w Proroctwie:31 krwią twoją żyw będziesz – i tak się działo, iż rozlaniem krwie, żywota nabywali, pierwszy oni ojcowie naszy śś. męczennicy – którzy tak Chrześciańskiej wiary dostawali, iż do niej przez utratę majętności, sławy, dziatek, i męki rozmaite, i srogie śmierci cisnęli – a my bez utraty tego wszytkiego, tak dar wielki mamy. Uchowaj Boże, abyśmy go sobie lenistwem naszym nie utracili. Czego się bać trzeba, gdy tych śś. męczenników nie naśladujem, a sami sobie takiego udręczenia dla Boga, i krzyża nie zadajem, abo w tym, który na nas P. Bóg kładzie, niecierpliwie się zachowujem.

1  XX. Ianuar. Stycznia.
Kto P. Boga miłuje, tego ludzie miłują.
Zatajenie przystojne professjej Chrześciańskiej.
4  Iz 35.
Pokusa wielka na męczenniki od powinowatych.
Zachwianie śś. męczenników.
Rzecz ś. Sebastiana do męczenników zachwianych.
Dzień rozkoszy za tysiąc lat męki źle się kupuje.
9  Mt 10.
10  Mt 10.
11  Łk 8.
12  Ga 3.
13  Rdz 19.
14  Zoe i Nikostratus w Chrystusa uwierzyli.
15  Więźniowie wszyscy nawróceni.
16  Ś. Sebastian wszytki niemocy cudownie leczył.
17  Krzyżmem pomazowanie na Chrzcie.
18  Czytaj o tym w żywocie Tyburcjusza ś. 30. dnia Stycznia.
19  Tyburcjus syn Starosty Rzymskiego uchodzić z Rzymu niechciał.
20  Patrz w jego żywocie.
21  Obrońca Kościoła ś. Sebastian.
22  Zoe umęczona dymem.
23  U grobu ś. Piotra modlitwę czynili Chrześcianie.
24  Męczeństwo Marcelliana.
25  Wyznanie ś. Sebastiana przed Cesarzem.
26  Ustrzelany ś. Sebastian.
27  Ozdrowiał Sebastian ś. za posługą Hiereny wdowy.
28  Uchodzić niechciał ś. Sebastian.
29  Śmierć ś. Sebastiana.
30  Obrok duchowny.
31  Ez 16.

Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski

sobota, 26 sierpnia 2017

Nierozumna miłość

Nie mam powodu by Cię kochać
i to jest powód najlepszy

No, powiedzmy
piękno

Piękno przemija
usycha jak kwiat
piękno nie jest mym powodem

Powiedzmy
radość

Radość zmienia się w smutek
przy małym poruszeniu wiatru
radość nie jest mym powodem

Powiedzmy
serce

Tak, to wiele
czegóż bym nie dał
za twe cenne kochane serce
lecz ono jest wolne
i pragnę go
by było wolnym
więc twe serce
także nie jest mym powodem

Zwyczajnie nie mogę znaleźć powodu
by Cię kochać
by Cię uszczęśliwiać
każdego pojedynczego dnia

To po prostu bez powodu
miłość daje siebie wolno
by nas uszczęśliwić

I w końcu znajduję
ten największy powód miłości
uszczęśliwić nas
bez żadnego powodu
teraz i każdego dnia

Powód bez powodów
to najsłodszy powód

Zapis wcześniejszy w języku angielskim:

Irrational Love

I have no reason to love you
and that's the greatest reason

Well, let's say
beauty

Beauty fades
withers like a flower
beauty's not my reason

Let's say
joy

Joy changes into sorrow
with a little move of wind
joy's not my reason

Let's say
heart

Yeah, that is much
what i wouldn't give
for your precious lovely heart
but it's free
and i want it
to be free
so your heart
is not my reason too

I simply can't find the reason
to love you
to make you happy
every single day

it's just without reason
love gives herself freely
to make us happy

And finally i find
this greatest reason of love
it is to make us happy
with no any reason
now and everyday

Reason without reasons
is the sweetest reason

środa, 23 sierpnia 2017

Wczłowieczenie

W Jego własnym czasie i w Jego świecie, i w Jego królestwie człowiek nie jest uważany za Boga, lecz jest Nim rzeczywiście”.
(Ewagriusz z Pontu, List do Melanii 61 w Ewagriusz z Pontu, Pisma ascetyczne. Tom 2, Tyniec, Kraków 2005)

W Tobie wszystko jest Boskie. Jest Bogiem Ten Bóg, który dla nas stał się człowiekiem. Ale jest i Bogiem ten człowiek, który stał się współdziedzicem Tego zstępującego, wczłowieczonego Boga.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Śnienie miłości

W międzyczasie się położę
w międzyczasie sobie pomarzę
spotkam Cię u mego boku
w mym sennym widoku
duszą mą Cię czując
na zawsze miłość posyłając
tak by stała się rzeczywistością
jak to jest we snach
i nawet więcej
ponad wyobrażeniem
samych naszych dusz

Zapis wcześniejszy w języku angielskim:

Dreaming Love

In the meantime i will lie down
in the meantime i'll dream awhile
meet you by my side
in this dream of mine
feeling you with my soul
sending you love for evermore
so that it may become reality
just as it is in dreams
and even more
beyond imagination
of our very souls

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Błogosławienie

Jesteś na świecie
aby być dla niego
żywym błogosławieństwem

Wstawaj co dzień
aby błogosławić
każdego kogo spotkasz

sobota, 19 sierpnia 2017

Wiara w człowieka

Wyznanie chrześcijańskie to nie tylko wyznawanie Boga Ojca, Syna i Ducha Świętego, ale też wyznawanie świętego Kościoła powszechnego,1 a ponieważ w tym Kościele każdy z osobna jest Kościołem, jak to powiedziano w słowach: „jesteście świątynią Boga” (2 Kor 3,16) i „Ja Ciebie dziś zrodziłem” (Ps 2,7), wyznanie chrześcijańskie to także wyznawanie człowieka jako takiego – człowieka całego z jego zaletami i wadami, zdrowego i chorego, dobrego i złego, ale uświęconego przez Ducha w łonie samego Zgromadzenia. Strzeżcie się więc, bracia i siostry, aby nie gardzić choćby tym najmniejszym, choćby tym najlichszym i najgorszym.
Jednak człowieka nie wyznajemy tak, jak Boga. Człowiekowi nie oddajemy tej samej czci, co Bogu. Wyznajemy człowieka odnowionego w łasce – takiego, na którym spoczywa spojrzenie łaskawego Ojca. Wyznajemy człowieka jako obraz Boga Ojca i obraz Jego Syna – obraz zaś jest czymś odtworzonym. Ale mimo odtworzenia nie traci należnej sobie czci tego, kogo uosabia i kogo ukazuje. Więc ze względu na Tego, kogo mi ukazuje, mówię: „Wierzę w człowieka ludzkiego, niedoskonałego, rodzącego się do życia Bożego i doskonałego. Amen”.
A jak to się ma do ludzi spoza Zgromadzenia? Także do nich mówię: „Wierzę w ciebie”, bo skąd mam wiedzieć, czy właśnie teraz na tym wyłączonym lub oderwanym człowieku nie spoczęło łaskawe oko mego Ojca i nie uświęciło go w łasce swego Syna. A więc z Duchem Świętym mówię: „Wierzę w błogosławionego, który przychodzi w imię Pańskie” (Łk 13,35).

Ale przychodzi do mnie jeszcze kłamca i krętacz. Nie zaufam mu, bo już na jego twarzy maluje się kłamstwo. Przychodzi człowiek nieumiejętny. Nie zaufam mu w sprawach, w których widzę, że nie będzie mógł zaradzić. Przychodzi złoczyńca. Nie będę się łudził i nie zaufam mu, że wykona dobry czyn za moją krótką namową. Nie mogę zaufać takim. Ale wierzę w tego człowieka obłudnego, tego nieumiejętnego, tego złoczyńcę, bałwochwalcę, lubieżnika, próżniaka, pyszałka, zabójcę, gwałciciela, zboczeńca – wierzę, że to dno, to zwyrodnienie człowieczeństwa może się zmienić i na powrót uczłowieczyć – wierzę w odnawialną wartość człowieka jako człowieka. Odpuszczam sąd, bo nie jestem tutaj po to, żeby sądzić, ale żeby dać zbawienie. Wierzę zatem w możliwość człowieka – wierzę, że może się wydobyć z najgłębszego bagna dzięki Bożej łasce.

1  Por. Skład Apostolski, DS 6.

Z obrazu Akiane Kramarik
(zamieszczono za zgodą akiane.com)

piątek, 18 sierpnia 2017

(71) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Czystość spojrzenia

   22 Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie rozświetlone. 23 Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność! (Mt 6,22-23)

   34 Lampą ciała jest twoje oko. Jeśli twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie rozświetlone. Lecz jeśli jest chore, ciało twoje będzie również w ciemności. 35 Bacz więc, czy światło, które jest w tobie, nie jest ciemnością. 36 Jeśli zatem całe twoje ciało jest rozświetlone, nie mając w sobie żadnej części ciemnej, całe będzie rozświetlone, jak gdyby lampa oświecała cię swym blaskiem. (Łk 11,34-36)

   22 Ὁ λύχνος τοῦ σώματός ἐστιν ὁ ὀφθαλμός. ἐὰν οὖν ᾖ ὁ ὀφθαλμός σου ἁπλοῦς, ὅλον τὸ σῶμά σου φωτεινὸν ἔσται· 23 ἐὰν δὲ ὁ ὀφθαλμός σου πονηρὸς ᾖ, ὅλον τὸ σῶμά σου σκοτεινὸν ἔσται. εἰ οὖν τὸ φῶς τὸ ἐν σοὶ σκότος ἐστίν, τὸ σκότος πόσον. (Mt 6,22-23)

   34 Ὁ λύχνος τοῦ σώματός ἐστιν ὁ ὀφθαλμός σου. ὅταν ὁ ὀφθαλμός σου ἁπλοῦς ᾖ, καὶ ὅλον τὸ σῶμά σου φωτεινόν ἐστιν· ἐπὰν δὲ πονηρὸς ᾖ, καὶ τὸ σῶμά σου σκοτεινόν. 35 σκόπει οὖν μὴ τὸ φῶς τὸ ἐν σοὶ σκότος ἐστίν. 36 εἰ οὖν τὸ σῶμά σου ὅλον φωτεινόν, μὴ ἔχον μέρος τι σκοτεινόν, ἔσται φωτεινὸν ὅλον ὡς ὅταν ὁ λύχνος τῇ ἀστραπῇ φωτίζῃ σε. (Łk 11,34-36)

   Uważajcie na wasz sposób patrzenia, mężczyźni: na spojrzenie oka i umysłu. Jeśli są zepsute, mogą tylko niszczyć resztę. Oko jest światłością ciała. Twoja myśl jest światłem serca.
   Jeśli jednak oko twoje nie będzie czyste – a z powodu podporządkowania organów skażonej myśli ulegają one zepsuciu – wszystko w tobie zostanie zaciemnione i zwodnicze obłoki wywołają w tobie nieczyste wyobrażenia. Wszystko jest czyste w tym, kto ma myśl czystą, dającą mu czyste spojrzenie, a światło Boże zstępuje i staje się panem tam, gdzie zmysły nie stoją na przeszkodzie.
   Lecz jeśli z powodu złej woli przyzwyczaiłeś wzrok do nieczystych spojrzeń, wszystko w tobie stanie się ciemnością. Bez pożytku będziesz patrzył nawet na rzeczy najświętsze. W mroku będą [dla ciebie] tylko ciemnością i będziesz dokonywał dzieł ciemności.
   Tak więc, synowie Boży, niech każdy strzeże siebie przed samym sobą. Uważajcie bardzo na wszelkie pokusy. Być kuszonym to jeszcze nie zło. Atleta przez walkę przygotowuje się do zwycięstwa. Złem jest zostać zwyciężonym przez brak zaprawy i uwagi. Wiem, że wszystko kusi. Wiem, że bronienie się męczy. Wiem, że walka wyczerpuje. Pomyślcie jednak o tym, co dają wam te rzeczy. Czy chcielibyście za jedną godzinę jakiejś przyjemności utracić wieczny pokój? Co wam pozostaje z przyjemności ciała, złota, złej myśli? Nic. Co zdobywacie odtrącając je? Wszystko. Mówię do grzeszników, człowiek bowiem jest grzesznikiem. Powiedzcie Mi więc prawdę: czy po zaspokojeniu zmysłów, pychy lub skąpstwa czujecie się bardziej wypoczęci, radośniejsi, bezpieczniejsi? Czy w godzinie – która następuje po zaspokojeniu [tych pragnień], a która jest zawsze czasem refleksji – czujecie się faktycznie na pewno szczęśliwi? Ja nie kosztowałem tego chleba zmysłów, jednak odpowiadam za was: „Nie. [Odczuwacie] osłabienie, niezadowolenie, niepewność, obrzydzenie, obawę, rozdrażnienie. Oto sok wyciśnięty z tej minionej godziny”.
   Kiedy mówię wam: „Nigdy tego nie czyńcie”, proszę was równocześnie: „Nie bądźcie bezwzględni wobec tych, którzy błądzą”. Przypomnijcie sobie, że wszyscy jesteście braćmi, że każdy ma ciało i duszę. Myślcie, że liczne są przyczyny, które prowadzą kogoś do grzechu. Bądźcie miłosierni wobec grzeszników, podnoście ich z dobrocią i prowadźcie do Boga. Ukazujcie im, że ścieżka, którą szli, jest najeżona niebezpieczeństwami dla ciała, dla umysłu i dla ducha. Czyńcie to, a otrzymacie w zamian wielką zapłatę, bo Ojciec, który jest w Niebiosach, jest miłosierny wobec dobrych i potrafi każdego wynagrodzić stokrotnie. Mówię wam więc...»

Jezus mówi, że należy tu przepisać wizję, którą otrzymałam 12 sierpnia 1944 (...) Potem kontynuuje: «Patrz i pisz. Oto Ewangelia Miłosierdzia, dana specjalnie dla tych, którzy odnajdą się w grzesznicy, [Magdalenie], a których zapraszam do pójścia za nią drogą zbawienia».

   Jezus stoi na skale i przemawia do niezliczonego tłumu. To miejsce skaliste. Samotne wzgórze pomiędzy dwoma dolinami. Wierzchołek wzniesienia ma formę jarzma lub raczej wielbłądziego garbu, tak że kilka metrów przed szczytem tworzy naturalny amfiteatr, w którym głos odbija się czysto, jak w bardzo dobrze zbudowanej sali koncertowej.
   Wzgórze jest całe w kwiatach. To musi być piękna pora roku. Zboża na równinach zaczynają nabierać jasnego koloru i wkrótce będą gotowe do zżęcia. Na północy błyszczy w słońcu śnieżna pokrywa wysokiej góry. Zaraz poniżej, na wschodzie, Morze Galilejskie wydaje się stłuczonym lustrem, którego niezliczone odłamki są jak szafiry całowane słońcem. Oślepia swym lazurowym i złotym migotaniem. Odbija się w nim jedynie kilka strzępiastych chmur, wędrujących po bardzo czystym niebie, oraz ruchliwe cienie kilku żagli. To są chyba pierwsze godziny poranka, bo na górskiej trawie, pomiędzy łodygami, widać jeszcze diamenty rosy. Ponad jeziorem Genezaret ciągną się dalekie równiny, które z powodu lekkiej mgły – to być może rosa tak paruje – wydają się je przedłużać, lecz kolorem zieleni przechodzącej w opal. Jeszcze dalej widnieje łańcuch górski, którego kapryśne grzbiety przywodzą na myśl zarys chmur na pogodnym niebie.
   Niektórzy siedzą na trawie lub na kamieniach. Inni – stoją. Apostołowie nie są w komplecie. Widzę Piotra i Andrzeja, Jana i Jakuba. Słyszę, że wołają dwóch innych: Natanaela i Filipa. Jest jeszcze ktoś, kto chyba nie należy do ich grona. Być może to ostatni przybyły, nazywany Szymonem. Innych apostołów nie ma, a może ich nie dostrzegam w licznym tłumie.
   Nauczanie Jezusa trwa już od jakiegoś czasu. Pojmuję, że chodzi o kazanie na górze, chociaż błogosławieństwa zostały już wypowiedziane. Wydaje mi się nawet, że mowa zmierza ku końcowi, bo Jezus mówi:
   «Czyńcie to, a otrzymacie w zamian wielką zapłatę, bo Ojciec, który jest w Niebiosach, jest miłosierny wobec dobrych i potrafi każdego wynagrodzić stokrotnie. Mówię wam więc...»
   W tłumie, który znajduje się przy ścieżce prowadzącej ku równinie, powstaje wielkie poruszenie. Osoby stojące najbliżej Jezusa rozglądają się. Ich uwaga została odwrócona. Jezus przestaje mówić i patrzy w tym samym kierunku, co inni. Jest poważny i piękny w Swym ciemnoniebieskim odzieniu, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Słońce muska Mu twarz pierwszym promykiem, który pojawia się nad wschodnim wierzchołkiem wzniesienia.
   «Zróbcie miejsce, pospólstwo! – krzyczy porywczym głosem mężczyzna. – Zróbcie miejsce przechodzącej piękności!...»
   Zbliża się czterech eleganckich strojnisiów. Jeden z nich jest z pewnością Rzymianinem, bo nosi togę. Tryumfalnie niosą na splecionych rękach, jak na krześle, Marię z Magdali, [w tym czasie] jeszcze wielką grzesznicę, która śmieje się pięknymi ustami. Odrzuca w tył głowę o złotych włosach, całą w warkoczach i lokach, podtrzymywanych kosztownymi spinkami i złotą blaszką usianą perłami, formującą na czole jakby diadem. Lekkie loki spadają, przysłaniając jej wspaniałe oczy, które są przez tę wymyślną sztuczkę jeszcze większe i jeszcze bardziej uwodzące. Diadem znika za uszami pod masą warkoczy, spadających na szyję bardzo białą i odsłoniętą. A nawet... odsłonięcie kończy się o wiele poniżej szyi. Ramiona ma obnażone aż do łopatek, a jeszcze bardziej – piersi. Jej szatę podtrzymują na ramionach dwa złote łańcuszki. Nie ma rękawów. Wszystko okrywa, jeśli można tak powiedzieć, woal, służący do uchronienia skóry przed spaleniem przez słońce. Szata jest bardzo zwiewna i wydaje się jakby niewiasta – przechylając się, jak to czyni dla oczarowania, to na jednego, to na drugiego wielbiciela – nic nie miała na plecach. Rzymianin jest chyba jej ulubieńcem, bo to do niego szczególnie kierują się jej uśmiechy i spojrzenia. Na jego ramię częściej opada głowa kobiety.
   «Oto zadowolona bogini – mówi Rzymianin. – Rzym dał wierzchowca nowej Wenus, a tam znajduje się Apollo, którego chciałaś ujrzeć. Oczaruj go więc... lecz zostaw i nam kilka okruchów twoich wdzięków».
   Maria śmieje się. Zwinnym i prowokującym ruchem ześlizguje się na ziemię, odsłaniając stopy – obute w białe sandały ze złotymi zapinkami – i częściowo nogi. Potem owija się szatą podobną do welonu, bardzo jasną, z wełny delikatnej, jak i bardzo białej, podtrzymywaną w talii, lecz bardzo nisko, na wysokości bioder, pasem splecionym ze złotych guzów. Niewiasta wygląda jak kwiat: kwiat z ciała, nieczysty, rozwinięty jakby w czarodziejski sposób na zielonej równinie, na której rosną liczne konwalie i dzikie narcyzy.
   Jest dziś wyjątkowo piękna. Usta małe i purpurowe wydają się goździkiem odrywającym się od doskonałej bieli zębów. Twarz i ciało mogłyby zadowolić najbardziej wybrednego malarza lub rzeźbiarza – tak dla barwy, jak i dla formy: piersi i biodra proporcjonalne, talia w sposób naturalny giętka i szczupła w zestawieniu z biodrami i klatką piersiową. Wydaje się boginią, jak rzekł Rzymianin: boginią wyrzeźbioną w różowawym marmurze, której boki oplata lekka tkanina, by następnie licznymi fałdami opaść z przodu. Wszystko jest dopracowane, by się podobać.
   Jezus patrzy na nią uważnie. Ona zuchwale wytrzymuje Jego spojrzenie, śmiejąc się i lekko odwracając się z powodu łaskotania. To Rzymianin przesuwa po jej odkrytych ramionach i dekolcie konwalię zerwaną w trawie. Maria, z wyuczonym i udawanym gniewem, podnosi welon i mówi:
   «Uszanuj moją niewinność».
   To wywołuje wybuch hałaśliwego śmiechu czterech mężczyzn. Jezus nadal na nią patrzy. Kiedy zgiełk wywołany śmiechem ucichł, Jezus – jakby pojawienie się tej kobiety ożywiło płomień przemowy, która zmierzała ku końcowi – ponownie zabiera głos i już więcej na nią nie patrzy. Spogląda na słuchaczy, którzy wydają się poruszeni i zgorszeni tym wydarzeniem. Jezus mówi:
   «Powiedziałem, że macie być wierni Prawu, pokorni, miłosierni, kochać nie tylko braci tej samej krwi, lecz także ludzi, którzy są dla was braćmi, bo zrodzili się, jak wy, z człowieka. Powiedziałem wam, że przebaczenie jest pożyteczniejsze niż chowanie uraz, że lepiej jest współczuć, niż być nieubłaganym. Teraz mówię wam, że nie można potępiać, jeśli nie jest się wolnym od grzechu, który nas samych prowadzi do potępienia. Nie czyńcie jak uczeni w Piśmie i faryzeusze, którzy są surowi dla wszystkich, z wyjątkiem siebie. Nazywają nieczystym to co zewnętrzne i może zanieczyścić jedynie zewnętrznie, a przyjmują nieczystość do swego wnętrza, do swego serca.
   Bóg nie przebywa z nieczystymi, nieczystość bowiem niszczy to, co stanowi własność Boga: dusze – a przede wszystkim dusze dzieci, które są aniołami rozproszonymi po ziemi. Biada tym, którzy wyrywają im skrzydła z okrucieństwem demonicznych zwierząt i rzucają w błoto te niebiańskie kwiaty, dając im poznać smak materii! Biada!... Lepiej byłoby dla nich, gdyby umarli spaleni piorunem niż popełnili taki grzech!» (III (cz. 1-2), 34: 29 maja 1945 i 12 sierpnia 1944. A, 5184-5211 i 3296-3303)

   Attenti allo sguardo, uomini. Allo sguardo dell'occhio e a quello della mente. Corrotti che siano, non possono che corrompere il resto. Lume del corpo è l'occhio. Lume del cuore è il tuo pensiero. Ma se l'occhio tuo non sarà puro – perché per la soggezione degli organi al pensiero i sensi si corrompono per un pensiero corrotto – tutto in te diverrà offuscato, e nebbie seduttrici creeranno impuri fantasmi in te. Tutto è puro in chi ha pensiero puro che dà puro sguardo, e la luce di Dio scende padrona dove non è ostacolo di sensi. Ma se per mala volontà tu hai educato l'occhio alle torbide visioni, tutto in te diverrà tenebre. Inutilmente guarderai anche le cose più sante. Nel buio non saranno che tenebre e farai opere di tenebre. Perciò, figli di Dio, tutelate voi stessi contro voi stessi. Sorvegliatevi attentamente contro tutte le tentazioni. Essere tentati non è male. L'atleta si prepara alla vittoria con la lotta. Ma il male è essere vinti perché impreparati e disattenti. Lo so che tutto serve a tentare. Lo so che la difesa snerva. Lo so che la lotta stanca. Ma, suvvia, pensate cosa vi acquistano queste cose. E vorreste per un'ora di piacere, di qual che sia genere, perdere un'eternità di pace? Cosa vi lascia il piacere della carne, dell'oro e del pensiero? Nulla. Cosa vi acquista il ripudiarli? Tutto. Io parlo a peccatori, perché l'uomo è peccatore. Ebbene, ditemi, in verità: dopo avere appagato il senso, o l'orgoglio, o l'avarizia, vi siete sentiti più freschi, più contenti, più sicuri? Nell'ora che segue all'appagamento, e che è sempre ora di riflessione, avete proprio sinceramente sentito di essere felici? Io non ho gustato questo pane del senso. Ma rispondo per voi: "No. Appassimento, scontento, incertezza, nausea, paura, irrequietezza. Ecco cosa è stato il succo spremuto dall'ora passata". Però, ve ne prego. Mentre vi dico: "Non fate mai ciò, anche vi dico: "Non siate inesorabili con coloro che sbagliano". Ricordatevi che siete tutti fratelli, fatti di una carne e di un'anima. Pensate che molte sono le cause per cui uno è indotto a peccare. Siate misericordiosi verso i peccatori e con bontà rialzateli e conduceteli a Dio, mostrando che il sentiero da loro percorso è irto di pericoli per la carne e per la mente e per lo spirito. Fate questo e ne avrete gran premio. Perché il Padre che è nei Cieli è misericordioso coi buoni e sa dare il centuplo per uno. Onde Io vi dico... (E qui Gesù mi dice che lei mi deve copiare la visione-dettato del 12 agosto 1944, B 961, dalla 35a riga della visione fino alla fine della stessa, ossia fino alla partenza della Maddalena, alle parole "e ride di rabbia e di scherno". Poi continuerà con quanto segue, naturalmente omettendo questa parentesi).

12 agosto 1944. Dice Gesù: «Guarda e scrivi. É Vangelo della Misericordia, che do a tutti e specie a quelle che si riconosceranno nella peccatrice e che invito a seguirla nella redenzione».

   Gesù in piedi su un masso parla a molta folla. Il luogo è alpestre. Una collina solitaria, fra due valli. La collina ha la vetta in forma di giogo, anzi, è più chiaro, in forma di gobba di cammello, di modo che a pochi metri dalla cima ha un naturale anfiteatro in cui la voce rimbomba netta come in una sala da concerti, molto ben costruita. La collina è tutta in fiore. Deve esser buona stagione. Le messi delle pianure tendono ad imbiondire e a farsi pronte per la falce. A nord un alto monte splende col suo nevaio al sole. Immediatamente sotto, al oriente, il mare di Galilea pare uno specchio spezzato in innumeri scaglie di cui ognuna è uno zaffiro acceso dal sole. Abbacina col suo tremolìo azzurro e oro, su cui non si riflette che qualche nuvola fioccosa che veleggia in un cielo purissimo e l'ombra fuggente di qualche vela. Oltre il lago di Genezaret vi è un lontanare di pianure che, per una lieve nebbia terra a terra, forse vaporare di rugiade – perché deve essere ancor mattina e in sulle prime ore, dato che l'erba montana ha ancora qualche dìamante rugiadoso sperso fra i suoi steli – paiono continuare il lago, ma con tinte quasi d'opale venato di verde, e oltre ancora una catena montana dalla costa molto capricciosa che fa pensare ad un disegno di nuvole sul cielo sereno. La folla è seduta chi sull'erba chi su dei pietroni, altra folla è in piedi. Il collegio apostolico non è completo. Vedo Pietro e Andrea, Giovanni e Giacomo, e sento chiamare gli altri due Natanaele e Filippo. Poi ve ne è un altro che è e non è nel gruppo. Forse l'ultimo arrivato: lo chiamano Simone. Gli altri non ci sono. A meno che io non li veda fra la gran folla. Il discorso è già incominciato da un po'. Capisco che è il discorso della Montagna. Ma le beatitudini sono già enunciate. Anzi direi che il discorso si avvia alla fine, perché Gesù dice: «Fate questo e ne avrete gran premio. Perché il Padre che è nei Cieli è misericordìoso coi buoni e są dare il centuplo per uno. Onde Io vi dico…».
   Molto movimento avviene fra la folla che si assiepa verso il sentiero che sale al pianoro. Le teste dei più prossimi a Gesù si voltano. L'attenzione si svia. Gesù sospende di parlare e volge lo sguardo nella direzione degli altri. E serio e bello nel suo abito azzurro cupo, con le braccia conserte sul petto e il sole che lo sfiora sul capo col primo raggio che sormonta il picco orientale del colle.
   «Fate largo, plebei» grida una iraconda voce d'uomo. «Fate largo alla bellezza che passa»... e vengono avanti quattro bellimbusti tutti azzimati, di cui uno è certo romano perché ha la toga romana, i quali portano come in trionfo sulle loro mani incrociate a sedìle Maria dì Magdala, gran peccatrice ancora. E lei ride con la sua bellissima bocca, buttando indietro la testa dalla capigliatura d'oro, tutta intrecci e riccioli trattenuti da forcine preziose e da una lamina d'oro, sparsa di perle, che le fascia il sommo della fronte come un diadema, dal quale scendono ricciolini lievi a velare gli occhi splendidi di loro e resi ancor più grandi e seduttori da un sapiente artificio. Il diadema, poi, si perde dietro le orecchie, sotto la massa delle trecce che pesano sul collo candidissimo e scoperto tutto. Anzi... lo scoperto va molto oltre il collo. Le spalle sono scoperte sino alle scapole, e il petto molto più ancora. La veste è trattenuta sulle spalle da due catenelle d'oro. Le maniche non esistono. Il tutto è coperto, per modo di dire, da un velo che ha il solo incarico di riparare la pelle dall'abbronzatura del sole. La veste è molto leggera e la donna, buttandosi come fa, per vezzo, contro l'uno o l'altro dei suoi adoratori, è come ci si buttasse addosso nuda. Ho l'impressione che il romano sia il preferito, perché a lui vanno di preferenza risatine e occhiate e più facilmente riceve il capo di lei sulla spalla.
   «Ecco accontentata la dea» dice il romano. «Roma ha fatto da cavalcatura alla Venere novella. E là è l'Apollo che hai voluto vedere. Seducilo dunque... Ma lascia anche a noi briciole dei tuoi vezzi».
   Maria ride e con mossa agile e procace balza a terra, scoprendo i piedini calzati da sandali bianchi con fibbie d'oro e un bel pezzo di gamba. Poi la veste, che è amplissima, di una lana sottile come velo e candidissima, trattenuta alla vita, ma molto in basso, verso i fianchi, da un cinturone tutto a borchie d'oro, snodate, copre tutto. E la donna sta come un fiore di carne, un fiore impuro, sbocciato per sortilegio sul verde pianoro in cui sono mughetti e narcisi selvatici in grande quantità. E’ bella più che mai. La bocca piccola e porporina pare un garofano che sbocci sul candore della dentatura perfetta. Il volto e il corpo potrebbero accontentare il più incontentabile pittore o scultore, sia per tinta che per forme. Ampia di petto e di fianchi in misura giusta, con una vita naturalmente flessuosa e sottile rispetto ai fianchi e al petto, pare una dea, come ha detto il romano, una dea scolpita in un marmo lievemente rosato, su cui si tende la stoffa lieve sui fianchi per poi ricadere in una massa di pieghe sul davanti. Tutto è studiato per piacere. Gesù la guarda fisso. E lei ne sostiene con spavalderia lo sguardo mentre ride e si torce lievemente per il solletico che il romano le fa scorrendola sulle spalle e sul seno, che ha scoperti, con un mughetto colto fra l'erba. Maria, con un corruccio studiato e non vero, rialza il velo dicendo:
   «Rispetto al mio candore», il che fa scoppiare i quattro in una fragorosa risata.
   Gesù la continua a fissare. Appena il rumore delle risate si perde, Gesù, come se l'apparizione della donna avesse riacceso fiamme al discorso che si assopiva nella finale, riprende, e non la guarda più. Ma guarda i suoi uditori che paiono impacciati e scandalizzati per l'avvenuto.
   Gesù riprende: «Ho detto d'esser fedeli alla Legge, umili, misericordiosi, di amare non solo i fratelli di sangue ma anche chi vi è fratello sol perché nato come voi da uomo. Vi ho detto che il perdono è più utile del rancore, che il compatimento è migliore dell'inesorabilità. Ma ora vi dico che non si deve condannare se non si è esenti dal peccato per cui si è portati a condannare. Non fate come scribi e farisei che sono severi con tutti ma non con se stessi. Che chiamano impuro ciò che è esterno, e può contaminare solo l'esterno, e poi accolgono nel più fondo seno – il cuore – l'impurità. Dio non è con gli impuri. Perché l'impurità corrompe ciò che è proprietà di Dio: le anime, e specie le anime dei piccoli che sono gli angeli sparsi sulla terra. Guai a quelli che strappano loro le ali con crudeltà di belve demoniache e prostrano questi fiori di Cielo nel fango, facendo loro conoscere il sapore della materia! Guai!... Meglio sarebbe morissero arsi da un fulmine anziché giungere a tale peccato! (3, 174)

Przekład polski Ewangelii: Biblia Tysiąclecia, wyd. V, Pallottinum, Poznań 2007 (Mt, Mk, Łk: tłum. o. Walenty Prokulski TJ; J: tłum. ks. Jan Drozd SDS)

Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28

Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)

Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001