sobota, 26 lutego 2022
Na obawy
sobota, 15 stycznia 2022
(113) Żywoty Świętych: Elfeg
Żywot
ś. Elfega,
Arcybiskupa Kantuaryjskiego i męczennika,
pisany
od Osberna, tegoż kościoła mnicha i Kanonika.
Położony u
Suriusza Tom.
2.
Żył około roku Pańskiego, 910.1
Czym się inni poprawili i do pokuty przywiedli. Gdy umarł Biskup Wintonijski, a zgodzić się na obranie Biskupa nie możono – Dunstanowi świętemu Arcybiskupowi Kantuaryjskiemu objawił Pan Bóg, aby im Elfega z pustyniej onej wziąwszy, za Biskupa poświęcił. I tak uczynił. Na Biskupstwie, pięknymi a przystojnymi obyczajmi, wszytkim się podobał – tak iż (co rzadko miedzy ludźmi bywa) żaden o nim nic złego nie mówił, ani jego sławie zajźrzał. Wszytkim miłosierny, a sam sobie ciężki był. 5Bo zimie w wielkie mrozy, stojąc nogami w zimnej wodzie, jedną suknią przykryty, w nocy modlitwę aż do dnia czynił – u stołu jako siadł, tak odszedł, często prze posty nic nie jedząc – i miał tak wysuszone ciało – iż gdy ręce z przenaświętszym ciałem Bożym u ołtarza podnosił, przejźrzeć było dłonie jego. Żadnemu z swej Parafiej abo Biskupstwa żebrać nie dopuścił – za grzech sobie mając to, co Pan Bóg spólnie wszytkim dał, własną a pojedynkową dzierżawą zatrzymawać. 6I mówił, iż nie może być członkiem Pańskim, kto nad ubogimi, którzy są członkowie jego, politowania nie ma. Bo, by był tegoż ciała członkiem, wżdyby go boleść i niedostatek spojonego z nim członku ruszyła. 7A gdy mu dochodów kościelnych nie zstawało, skarby kościelne których samże nabywał, rozdawał ubogim mówiąc: czasu szczęśliwego niech to ku czci kościołom zostaje – ale czasu potrzebnego niech się na ubogie wydaje.
Błogosławiony Dunstanus umierając prosił Pana Boga, aby na jego miejsce dać Elfega raczył – uczynił tak Pan Bóg, iż na stolicę Arcybiskupią Kantuaryjską przeniesiony jest, aby na niej męczennikiem został – miał już lat pięćdziesiąt i dwie. Szedł sam do Rzymu, i Palliusz abo Arcybiskupią moc otrzymał. Za jego wieku Duńczykowie poganie, za powodem Turkilla książęcia, Anglią wojowali – i oblegwszy Kantuarią (gdzie się był ś. Elfegus z owcami swymi posilając ich do modlitwy i cierpliwości zamknął) dwudziestego dnia miasto wzięli, i wielkie morderstwa czynili, i nad niewiastami i nad dziatkami. 8A Elfegus wybieżawszy z kościoła, gdzie się był z kapłany swemi zawarł, puścił się miedzy nieprzyjacielskie żelaza ostre – wołając, aby nad niewinnymi dziatkami okrucieństwa i mocy swej nie pokazowali – na mię raczej, wołał, ty miecze i włócznie obróćcie.
Tam go pojmali Duńczykowie, bijąc go i wiążąc – spalili i kościół, i wszytki w nim kapłany i kleryki pozabijali – a Arcybiskupa do ciężkiego więzienia dali. Lecz je za to morderstwo, wielkim powietrzem P. Bóg karał, tak iż ich już mało w mieście zostawało. Poradzili im niektórzy wierni, aby Arcybiskupa przeprosili a uczcili – jeśli uciszenie onego powietrza mieć chcieli. Posłuchali rady onej, i z wielką czcią ś. Elfega wywiedli, i ludziom go ukazali – przepraszając go z pokorą i z płaczem, aby za nie Pana Boga swego prosił. A on im powiedział: aczeście tego niegodni prze wielkie morderstwo któreście nad kapłany, ludem, i niewinnymi dziatkami uczynili – wszakże ja naśladownikiem będąc Pana Jezusa, który swym nieprzyjaciołom dobrze czynił, i zdrajcy swemu nogi umywał – modlić się za was będę. 9I przeżegnawszy chleb, rozdawał onym Duńczykom – kto go jedno skusił, był od powietrza i wrzodów onych za łaską i cudem Bożym wolny – gdy ozdrowieli – posłali do Arcybiskupa, dziękując mu za dobrodziejstwo, ale jednak okupu od niego pragnąc – aby im dał trzy tysiące grzywien. On tego uczynić niechciał – widząc żeby to było z uciśnieniem ubogich strapionych ludzi jego, gdyby onę na nich summę dla zdrowia swego wyciskać miał – i przeto nie tylko znowu pojmany – ale w dzień Wielkonocny okrutnie męczony był od nich.
10Będąc w więzieniu, przyszedł do niego czart w osobie żołnierza, mówiąc: wynidź a uciekaj, wszak i Paweł ś. z Damaszku uciekał, i Piotr ś. przez Anioła wywiedziony jest z ciemnice – i Chrystus gdy go chcieli kamionować, uchodził – on się dał zwieść, i szedł za onym obłudnikiem, mniemając aby był Anioł Boży – i wprowadziwszy go w wielkie błota i trzcinę, sam zniknął. Obaczył się ś. Elfegus, i wołać pocznie do Pana Jezusa, obmawiając prostotę swoję, aby go nie opuszczał, a dał mu w onym błocie wielkim, z którego wyniść nie mógł, pomoc swoję Boską – bo innej nie było. I posłał mu Pan Bóg anioła swego, który go posilił i wyprowadził, i skarawszy go iż tak lekkomyślny był ku wierzeniu, na miejsce na którym miał wziąć koronę męczeńską, iść kazał. Gdzie skoro przyszedł, srodze był o ono uciekanie ubity, i z zranioną głową wrzucony do ciemnice – 11w której sprośnym i śmierdzącym dymem dusili go i męczyli przez noc całą – gdzie był ś. Dunstana i innych świętych Bożych nawiedzeniem posilony – a ony smrody w wonność się wielką obróciły.
Wywiedziony nazajutrz i na osła wsadzony, przywiedziony był miedzy zbrojny lud – i mówili mu: daj nam złoto, bo wnet zginiesz. A on im mówił: złoto wam daję, drogę mądrości Bożej, upominając was, abyście jednego prawdziwego Boga żywego poznali, i jemu służyli. A oni ciskali nań, i kamieńmi go na ziemi przykryli – a on wstając a porywając się, za nie się modlił, a kościół swój i owce swoje Panu Bogu oddawał. 12Zatym jeden przystąpił, którego pierwej był swoją ręką ochrzcił, i siekierę w głowie jego utopił, i tak wnet ducha Chrystusowi oddał. Wrzucił ciało jego w wodę – ale utonąć nie mogło. I przyszli Chrześcijanie zbrojno, i wziąć je chcieli – bronili Duńczykowie, i swarząc się tak się zgodzili – rzekli Duńczykowie: owo suche drzewo stoi, jeśli to u Boga swego zjedna, aby się to drzewo przez noc ożywiło, a jutro zielone było – damy wam ciało. Przestali na tym Chrześcijanie, Pana Boga prosząc, aby tym uczcił sługę swego – i nie omylili się w tym – nazajutrz kwitnące i zielone drzewo wszyscy oglądali. Dopiero żałować swych złych spraw Duńczykowie poczęli – a wiele się ich z przedniejszych do wiary świętej obróciło, którzy chrzest święty przyjęli – wiele też chorych i ułomnych dotykaniem się onego ciała świętego zleczyło. Mężobójce jego wszyscy źle zginęli – jedni się sami zabijali – drudzy w rozmaitych przygodach zły koniec wzięli – koronowan krwią swoją roku Pańskiego, 1012. w dzień wielkiej Soboty. Ciało jego leży w Lundunie zmartwychwstania czekając – na które daj nam Boże oglądać twarz twoję – przez Jezusa Chrystusa, który z Ojcem i z Duchem Świętym króluje na wieki wieków. Amen.
13Rychło po tym ś. Elfegu, w lat kiladziesiąt – nastąpił na tęż stolicę Kantuaryjską Lanfrankus on, nauką i żywotem, swych czasów barzo u świata sławny – który Berengariusza ojca Zwinglianów dzisiejszych, i kacerstwo jego Sakramentarskie, na on czas się wszczynające, pismem swoim burzył.14 Ten przyjachawszy do Angliej, gdy widział iż kościół Angielski tegoż Elfega za męczennika święci – nie przystawał sercem do tego – rozumiejąc, iż ten co dla pieniędzy, których dać i okupić się nie chciał, umarł, męczennikiem być nie mógł – gdyż dla wiary i Chrystusa, krwie swojej nie rozlał. O tym gdy miał rozmowę z Anzelmem ś. którego żywot za tym idzie – mądrze mu tak to wywiódł Anzelmus, mówiąc: kto dla uwiarowania mniejszego grzechu, żywot traci, pewnieby go dla więtszego żałować nie umiał – więtszyby grzech był, ktoby się Chrystusa zaprzał – niżli ktoby dla zdrowia swego niesprawiedliwie poddane swoje uciskał, pieniądze na nich wyciągał – jeśli dla tego mniejszego grzechu Elfegus gardło dał – dalekoby je był hojniej i rychlej położył, gdyby mu się byli oni pohańcy zaprzeć Chrystusa kazali. Stądże znać iż w sercu jego szczera sprawiedliwość panowała – gdy wolał zdrowie tracić, niżli zaniechawszy miłości, bliźniego w czym zgorszyć. Mym zdaniem, słusznie miedzy męczenniki poczytany jest, iż dobrowolnie dla sprawiedliwości umarł. 15Bo i Jan święty Chrzciciel, którego kościół za osobnego męczennika wychwala, zabity jest nie dla tego, iż się Chrystusa zaprzeć, ale iż prawdy zamilczeć niechciał – a cóż za różność jest, miedzy sprawiedliwością i prawdą? A iż Chrystus jest sprawiedliwość i prawda, 16kto dla sprawiedliwości i prawdy umiera, dla Chrystusa umiera. Tak święty Elfegus dla sprawiedliwości, jako Jan święty dla prawdy, żywot położył – przetoż jako o świętym Janie nie wątpim iż męczennikiem jest – tak też i o świętym Elfegu wątpić nie mamy. Tak się mnie zda przewielebny ojcze – wszakże twój urząd jest, jeśli błądzę, mnie nauczyć, i co o tym trzymać ma kościół, podać. Na to mu Lanfrankus powiedział – iż mu się ono zdanie jego barzo podobało – i od tego czasu miał świętego Elfega za wielkiego męczennika – i żywot jego Osbernowi mnichowi napisać, i pieśń o nim ludowi pospolitemu złożyć, i śpiewać ją w kościele kazał.
2 Umorzenie własnej wolej.
3 Upominanie do mnichów.
4 Mnicha nieposłusznego straszliwe karanie.
5 Patrz jakie umartwienie ciała.
6 O jałmużnie i miłosierdziu złote słowa.
7 Skarby kościelne na ubogie.
8 W dobyciu miasta jako się zachował.
9 Jakie cudo z przeżegnanego chleba.
10 Czart go wywiódł z więzienia zdradliwie.
11 Męczony dymem i smrodem.
12 Śmierć męczeńska.
13 Obrok duchowny.
14 Vide in vita D. Anselmi ab Edinero Anglo conscripta. Lib. 3. circa finem.
15 Jan święty Chrzciciel dla prawdy umarł.
16 Kto dla prawdy i sprawiedliwości umiera, męczennikiem umiera.
Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598
Transkrypcja typu „B”: Jakub Szukalski
sobota, 8 stycznia 2022
(154) Cztery Ewangelie i Poemat Boga-Człowieka: Podatek na świątynię
24
Gdy
przyszli do Kafarnaum, przystąpili do Piotra poborcy didrachmy z
zapytaniem: Wasz Nauczyciel nie płaci didrachmy? 25
Odpowiedział:
Tak. Gdy wszedł do domu, Jezus uprzedził go, mówiąc: Szymonie,
jak ci się zdaje: Od kogo królowie ziemscy pobierają daniny lub
podatki? Od synów swoich czy od obcych? 26
Gdy
[Piotr] powiedział: Od obcych, Jezus mu rzekł: A zatem synowie są
wolni. 27
Żebyśmy
jednak nie dali im powodu do zgorszenia, idź nad jezioro i zarzuć
wędkę. Weź pierwszą złowioną rybę, a gdy otworzysz jej
pyszczek, znajdziesz statera. Weź go i daj im za Mnie i za siebie. (Mt 17,24-27)
24
Ἐλθόντων δὲ αὐτῶν εἰς
Καφαρναοὺμ προσῆλθον οἱ τὰ δίδραχμα
λαμβάνοντες τῷ Πέτρῳ καὶ εἶπαν· ὁ
διδάσκαλος ὑμῶν οὐ τελεῖ [τὰ] δίδραχμα;
25 λέγει·
ναί. καὶ ἐλθόντα εἰς τὴν οἰκίαν
προέφθασεν αὐτὸν ὁ Ἰησοῦς λέγων·
τί σοι δοκεῖ, Σίμων; οἱ βασιλεῖς τῆς
γῆς ἀπὸ τίνων λαμβάνουσιν τέλη ἢ
κῆνσον; ἀπὸ τῶν υἱῶν αὐτῶν ἢ ἀπὸ
τῶν ἀλλοτρίων; 26
εἰπόντος δέ· ἀπὸ τῶν ἀλλοτρίων,
ἔφη αὐτῷ ὁ Ἰησοῦς· ἄρα γε ἐλεύθεροί
εἰσιν οἱ υἱοί. 27
ἵνα δὲ μὴ σκανδαλίσωμεν αὐτούς,
πορευθεὶς εἰς θάλασσαν βάλε ἄγκιστρον
καὶ τὸν ἀναβάντα πρῶτον ἰχθὺν ἆρον,
καὶ ἀνοίξας τὸ στόμα αὐτοῦ εὑρήσεις
στατῆρα· ἐκεῖνον λαβὼν δὸς αὐτοῖς
ἀντὶ ἐμοῦ καὶ σοῦ. (Mt
17,24-27)
Łódź
ociera się o brzeg i zatrzymuje się. Wysiadają. W tym czasie druga
łódź przybija do brzegu. Jezus z Judaszem, Tomaszem, Judą ą i
Jakubem oraz z Filipem i Bartłomiejem idą w stronę domu...
Piotr
przybija drugą [łodzią] wraz z Mateuszem, synami Zebedeusza,
Szymonem Zelotą i Andrzejem. Wszyscy odchodzą, Piotr zaś zostaje
na brzegu, rozmawiając z przewoźnikami, którzy ich prowadzili. Być
może ich zna. Potem pomaga im odpłynąć. Następnie wkłada swą
długą szatę i wchodzi na plażę, żeby się udać do domu.
Kiedy
idzie przez plażę, dwóch mężczyzn wychodzi mu naprzeciw.
Zatrzymują go, mówiąc: «Posłuchaj, Szymonie, synu Jony...»
«Słucham.
Czego chcecie?» [– zwraca się do nich Piotr.]
«Czy
Twój Nauczyciel zapłaci dwie drachmy, które jest winien Świątyni,
czy ich nie zapłaci dlatego, że jest Nauczycielem?»
«Oczywiście,
że zapłaci! Dlaczego nie miałby ich płacić?» [– pyta Piotr.]
«Ale...
On mówi o Sobie, że jest Synem Boga i...»
«...i
jest Nim» – odpowiada Piotr zdecydowanie, już cały czerwony z
oburzenia. Na koniec stwierdza: – «Ponieważ jest synem Prawa i to
najlepszym synem Prawa, płaci te drachmy jak każdy Izraelita...»
«Nie
wydaje się. Powiedziano nam, że tego nie czyni, a my radzimy Mu to
zrobić» [– odpowiadają.]
«Hmmm!»
– mruczy Piotr, którego cierpliwość zbliża się do kresu. –
«Hmmm!... Mój Nauczyciel nie potrzebuje waszych rad. Odejdźcie w
pokoju i powiedzcie tym, którzy was posyłają, że te drachmy
zostaną zapłacone przy najbliższej okazji».
«Zapłacone
przy najbliższej okazji!?... A dlaczegóż to nie od razu? Kto nas
upewni, że On to uczyni, skoro jest wciąż to tu, to tam, bez
celu?»
«Nie
od razu, ponieważ w tej chwili nie posiada nawet najdrobniejszej
monety. Możecie na Niego naciskać, a On i tak nie wyjmie żadnego
pieniążka. Wszyscy jesteśmy bez pieniędzy, ponieważ nie jesteśmy
faryzeuszami, nie jesteśmy uczonymi w Piśmie, nie jesteśmy
saduceuszami, nie jesteśmy bogaczami, nie jesteśmy szpiegami, nie
jesteśmy jadowitymi wężami. Mamy zwyczaj dawać ubogim to, co
posiadamy, w imię Jego nauki. Zrozumieliście? I w tej chwili
wszystko daliśmy i jeśli Najwyższy o nas nie pomyśli, możemy
umrzeć z głodu lub zacząć żebrać na rogu ulicy. Powiedzcie i to
tym, którzy mówią o Nim, że jest obżartusem i pijakiem.
Żegnajcie!» – i zostawia ich jak wrytych.
Odchodzi
burcząc, całkiem czerwony z gniewu. Wchodzi do domu i idzie do
pomieszczenia na górze, gdzie znajduje się Jezus. Słucha właśnie
jakiegoś człowieka, który Go prosi, żeby poszedł do domu na
górze za Magdalą do jakiegoś umierającego.
Jezus
żegna człowieka, obiecując udać się tam bez zwłoki. Po jego
odejściu zwraca się do Piotra, który siedzi zamyślony w kącie:
«Co
na to powiesz, Szymonie? Od kogo królowie ziemi powinni regularnie
pobierać daniny i podatki? Od swych własnych dzieci czy od obcych?»
Piotr
aż podskakuje i odzywa się:
«Panie,
skąd możesz wiedzieć, co mam Ci do powiedzenia?»
Jezus
uśmiecha się, jakby chciał powiedzieć: „Nie zajmuj się tym”,
i mówi: «Odpowiedz Mi na pytanie».
«Od
obcych, Panie» [– odpowiada Piotr.]
«Zatem
dzieci są z niego zwolnione. Istotnie, jest to słuszne. Dziecko
bowiem jest z krwi ojca, [należy] do jego domu i powinno płacić
swemu ojcu jedynie daninę miłości i posłuszeństwa. Zatem Ja, Syn
Ojca, nie musiałbym dawać daniny na Świątynię, która jest domem
Ojca. Dobrze im odpowiedziałeś. Ale jest różnica pomiędzy tobą
a nimi. Ta różnica polega na tym, że ty wierzysz, że Ja jestem
Synem Boga, a oni – jak i ci, którzy ich posłali – nie wierzą
w to. Aby więc ich nie gorszyć, zapłacę podatek – i to zaraz,
zanim są jeszcze na placu dla pobrania go».
«A
czymże to, skoro nie mamy nawet najmniejszej monety? – pyta
Judasz, podchodząc z innymi. – Widzisz, że trzeba jednak coś
posiadać?»
«Pożyczymy
od pana domu...» – odzywa się Filip.
Jezus
daje znak ręką, żeby zamilkli, i mówi:
«Szymonie,
synu Jony, idź na brzeg i zarzuć najdalej, jak potrafisz, wędkę
uzbrojoną w silny haczyk. Kiedy tylko ryba go pochwyci, ciągnij ją
do siebie wędką. To będzie wielka ryba. Na brzegu otwórz jej
pyszczek. Znajdziesz w nim statera. Weź go. Dogoń tych dwóch i
zapłać za siebie i za Mnie. Potem przynieś rybę. Upieczemy ją, a
Tomasz ofiaruje nam z miłością chleb. Zjemy i pójdziemy zaraz do
tego umierającego. Jakubie i Andrzeju, przygotujcie łodzie.
Popłyniemy nimi do Magdali. Wieczorem wrócimy pieszo, żeby nie
przeszkadzać w połowie Zebedeuszowi i szwagrowi Szymona».
Piotr
odchodzi. Widzę go nieco później nad brzegiem. Wchodzi do małej
łodzi, która jest na wodzie. Zarzuca wędkę delikatną, lecz
solidną, uzbrojoną w mały ołowiany kamyk przy końcu. A kończy
się – ściśle mówiąc – cienkim pasmem linki. Wody jeziora
rozwierają się. Widać dwa srebrzyste błyski, gdy ciężarek się
zanurza, a potem się uspokajają. Woda jest znowu nieruchoma, widać
tylko rozchodzące się koła...
Ale
po chwili wędka, która była luźna w rękach Piotra, napręża się
i porusza... Piotr ciągnie, ciągnie, ciągnie. Linka doznaje coraz
większych wstrząsów. Na koniec Piotr szarpie. Wędka wzbija się
wraz z łupem w powietrze. Zatacza łuk ponad głową rybaka, a potem
upada na żółtawy piasek. Tu skręca się z powodu męki ryby,
wywołanej haczykiem kaleczącym gardziel. Zaczyna się ostatni
skurcz.
To
wspaniała ryba, wielka jak nagład. Waży co najmniej 3 kilogramy.
Piotr wyjmuje haczyk z jej mięsistych warg i wkłada palce do jej
pyszczka. Wyjmuje stamtąd srebrną monetę. Podnosi ją. Trzyma
palcem wskazującym i kciukiem, żeby ją pokazać Nauczycielowi,
który siedzi na murku tarasu. Potem bierze i zwija wędkę, podnosi
rybę i biegnie na plac.
Apostołowie
są zaskoczeni... Jezus uśmiecha się i mówi:
«I
w ten sposób oddaliliśmy jedno zgorszenie...»
Piotr
wraca:
«Właśnie
się tu wybierali, z Eliaszem, faryzeuszem. Próbowałem być
grzeczny jak dziewczynka i zawołałem do nich: „Hej, wysłannicy
Urzędu pobierania podatków! Bierzcie! To ma wartość czterech
drachm, prawda? Dwie za Nauczyciela, a dwie – za mnie. I jesteśmy
kwita, prawda? Do zobaczenia – szczególnie z tobą, drogi
przyjacielu – w dolinie Jozafata”. Byli urażeni, bo
powiedziałem: „Urzędnicy podatkowi”. „My należymy do [sług]
Świątyni, a nie do urzędników podatkowych”.
„Pobieracie
podatki jak celnicy. Dla mnie każdy poborca należy do tego Urzędu”
– odpowiedziałem. A Eliasz mi odrzekł: „Bezczelny! Życzysz mi
śmierci?” „Nie, przyjacielu! Wcale nie. Życzę ci szczęśliwej
podróży do doliny Jozafata. Czyż się nie udajesz na Paschę do
Jerozolimy? Moglibyśmy się tam więc spotkać, przyjacielu?” „Nie
życzę sobie i nie chcę, żebyś pozwalał sobie na nazywanie mnie
swoim przyjacielem”. „Faktycznie, to zbyt wielki honor” –
odpowiedziałem. I odszedłem. A najpiękniejsze jest to, że dobra
połowa Kafarnaum widziała, że płacę za Ciebie i za siebie. Ten
stary wąż nie będzie mógł już nic powiedzieć».
Apostołowie
nie umieli powstrzymać się od śmiechu, słuchając opowiadania i
patrząc na mimikę Piotra. Jezus chciał pozostać poważny, ale i
po Jego obliczu przemyka się cień uśmiechu, kiedy mówi: «Jesteś
gorszy od gorczycy...»
Na
koniec poleca: «Upieczcie rybę i pospieszcie się. O zmierzchu chcę
tu powrócić». (IV [cz. 1-2],
39: 5 grudnia 1945. A, 7210-7217)
La
barca strofina sul greto, si ferma. Ne scendono mentre l’altra
barca si accosta per fermarsi. Gesù, con Giuda e Giacamo, Filippo e
Bartolomeo, si avvia alla casa…
Pietro
sbarca dalla seconda con Matteo, i figli di Zebedeo, Simone Zelote e
Andrea. Ma mentre tutti si avviano, Pietro resta sulla riva a parlare
coi barcaioli che li hanno condotti e che forse conosce, e poi li
aiuta a partire di nuovo. Indi si riveste della veste lunga e rimonta
la spiaggia per andare verso casa.
Mentre
attraversa la piazza del mercato, gli vengono incontro due e lo
fermano dicendo: «Ascolta, Simone di Giona».
«Ascolto.
Che volete?».
«Il
tuo Maestro, solo perché è tale, le paga o non le paga le due
dramme dovute al Tempio?».
«Certo
che le paga! Perché non lo dovrebbe fare?».
«Ma…
perché si dice il Figlio di Dio e…».
«E
lo è», ribatte reciso Pietro, già rosso di sdegno. E termina:
«Però, siccome è anche un figlio della Legge, e il migliore che la
Legge abbia, paga come ogni israelita le sue dramme…».
«Non
ci risulta. Ci hanno detto che non lo fa e lo consigliamo a farlo».
«Um-m-m»,
mugola Pietro che ha già la pazienza prossima ad esaurirsi.
«Um-m-m... Non ha bisogno dei vostri consigli il mio Maestro. Andate
in pace e dite a chi vi manda che le dramme saranno pagate alla prima
occasione».
«Pagate
alla prima occasione!… Perché non subito? Chi ci assicura che lo
farà, se Egli è sempre qua e là senza mèta?».
«Non
subito perché al momento non possiede un briciolo di quattrino.
Potreste capovolgerlo e non ne cascherebbe uno spicciolo. Siamo tutti
senza un denaro, perché noi, che non siamo farisei, che non siamo
scribi, che non siamo sadducei, che non siamo ricchi, che non siamo
spie, che non siamo aspidi, usiamo dare ciò che abbiamo ai poveri,
per sua dottrina. Capito? E ora abbiamo dato tutto e, finchè non ci
pensa l’Altissimo, possiamo morire di fame o metterci a questuare
sull’angolo della via. Dite anche questo a quelli che dicono che
Lui è un crapulone. Addio! »,e li pianta in asso, andandosene
borbottando e ardendo di irritazione.
Entra
in casa e sale nella stanza alta, dove è Gesù che ascolta uno che
lo prega di andare in una casa sul monte dietro Magdala, dove c’è
uno che muore.
Gesù
congeda l’uomo promettendo di andarvi subito e poi, partito questo,
si volge a Pietro, che si è seduto in un angolo pensieroso, e gli
dice: «Che ne dici, Simone? Secondo le regole, i re della Terra da
chi ricevono i tributi e il censo? Dai propri figli o dagli
estranei?».
Pietro
ha un sussulto e dice: «Come sai, Signore, ciò che ti dovevo
dire?».
Gesù
sorride facendo un atto come dire: «Lascia andare »; poi dice:
«Rispondi a ciò che ti chiedo».
«Dagli
estranei, Signore».
«Dunque
i figli ne sono esenti, come infatti è giusto. Perché un figlio è
del sangue e della casa del padre, e non deve pagare al padre che il
tributo di amore e di ubbidienza. Dunque Io, Figlio del Padre, non
dovrei pagare tributo al Tempio, che è la casa del Padre. Tu hai
risposto bene a coloro. Ma siccome c’è una differenza fra te e
loro, ed è questa: che tu credi che Io sono il Figlio di Dio, ed
essi e chi li ha mandati non lo credono, così, per non
scandalizzarli, pagherò il tributo, e subito, mentre essi sono
ancora sulla piazza a riscuotere».
«E
con che, se non abbiamo uno spicciolo?», chiede Giuda che si è
avvicinato con gli altri. «Vedi se è necessario avere qualche
cosa?».
«Ce
lo faremo prestare dal padrone di casa», dice Filippo.
Gesù
fa cenno con la mano di tacere e dice: « Simone di Giona, và sulla
riva del mare e getta, più lontano che puoi, una lenza munita di un
amo robusto. E non appena il pesce abbocca, tira a te la lenza. Sarà
un grosso pesce. Sulla riva aprigli la bocca, vi troverai dentro uno
statere. Prendilo, raggiungi quei due e paga per Me e per te. Poi
porta il pesce. Lo arrostiremo e Tommaso ci farà la carità di un
poco di pane. Mangeremo e andremo subito da chi sta per morire.
Giacomo e Andrea, preparate le barche, andremo con esse a Magdala,
tornando a sera a piedi per non ostacolare la pesca a Zebedeo e al
cognato di Simone».
Pietro
se ne va, e lo si vede dopo poco sulla riva montare su una barchetta
mezza nell’acqua e gettare una funicella sottile e forte, munita di
un piccolo sasso o piombo verso la fine e terminata nel filo sottile
della lenza vera e propria. Le acque del lago si aprono con spruzzi
d’argento quando il peso si sprofonda in esso, e poi tutto torna
quieto mentre le acque si placano dopo un lontanarsi di giri
concentrici…
Ma
dopo un po’ la funicella, che era molle nelle mani di Pietro, si
tende e vibra… Pietro tira, tira, tira, mentre la corda subisce
scosse sempre più energiche. Infine dà uno strattone e la lenza
emerge colla sua preda che volteggia per aria, ad arco sopra la testa
del pescatore, e poi si abbatte sulla rena giallastra, dove si
contorce nello spasimo dell’amo che gli fende il palato e
dell’asfissia che incomincia.
È
un magnifico pesce, grosso come rombo del peso di almeno tre chili.
Pietro gli strappa l’amo dalle labbra carnose, gli ficca in gola il
suo grosso dito e ne estrae una grossa moneta d’argento. La alza
tenendola fra il pollice e l’indice per mostrarla al Maestro, che è
al parapetto della terrazza. E poi raccoglie la funicella, la
arrotola, raccoglie il pesce e corre via, verso la piazza.
Gli
apostoli sono tutti di stucco… Gesù sorride e dice: «E così
avremo levato uno scandalo…».
Rientra
Pietro: «Stavano per venire qui. E con Eli, il fariseo. Ho cercato
di essere gentile come una fanciulla e li ho chiamati dicendo: “Ehi!
Messi del fisco! Prendete, queste sono quattro dramme, vero? Due per
il Maestro e due per me. E siamo apposto, vero? Arrivederci nella
valle di Giosafat, specie con te, caro amico”. Si sono risentiti
perché ho detto “Fisco”. “Siamo del Tempio, non del Fisco”.
“Riscuotete tasse come i gabellieri. Ogni riscuotitore per me è
‘fisco’” ho risposto. Ma Eli mi ha detto: “Insolente! Mi
auguri la morte?”. “No, amico! Mai più. Ti auguro felice viaggio
alla valle di Giosafat. Non vai per Pasqua a Gerusalemme? Dunque
allora potremo incontrarci per là, amico”. “Infatti è troppo
onore”, ho risposto. E sono venuto via. Il bello è che c’era
mezza Cafarnao, che ha visto che ho pagato per Te e per me. E quel
vecchio serpente non potrà più dire nulla».
Gli
apostoli hanno dovuto ridere tutti per il racconto e la mimica di
Pietro. Gesù vuole stare serio. Ma un lieve sorriso scappa tuttavia
dalle sue labbra mentre dice: «Sei peggio della senape», e termina:
«Cuocete il pesce e facciamo presto. Al tramonto voglio essere qui
di nuovo». (5, 351)
Zapis grecki: wyd. Nestle-Aland 28
Przekład polski Poematu Boga-Człowieka napisanego przez Marię Valtortę: Ewa Bromboszcz (I-IV, VI-VII), ks. Michał Kaszowski (V), Vox Domini, Katowice (I: bez roku, II: 2010, III, cz. 1-2: 2000, cz. 3-4: 2002, IV, cz. 1-2: 2003, cz. 3-4: 2004, cz. 5-6: 2005, V: 2000, VI: 1998, VII: 1999)
Zapis włoski: Maria Valtorta, L’Evangelo come mi e' stato rivelato, Edizioni Paoline, Pisa 2001
środa, 5 stycznia 2022
Nabożeństwa (23)
8. Zarzut.
1 Syr 13,23 [Biblia Tysiąclecia: „Gdy bogaty przemawia, wszyscy milkną i mowę jego wynoszą pod obłoki. Gdy biedny przemawia, pytają: Kto to taki? a jeśli się potknie, całkiem go obalą”].
2 2 Sm 19,13.
3 2 Sm 24,17 [Biblia Tysiąclecia: „To ja zgrzeszyłem, to ja zawiniłem, a te owce cóż uczyniły? Niech Twoja ręka obróci się raczej na mnie i na dom mego ojca!”]
4 2 Sm 24,22.
5 2 Krn 19,8.
Przekład z angielskiego: Jakub Szukalski
Źródła:
John Donne, Devotions Vpon Emergent Occaſions, and ſeuerall ſteps in my Sicknes, London 1624
John Donne, Devotions Upon Emergent Occasions, Cambridge 1923
niedziela, 26 grudnia 2021
(112) Żywoty Świętych: Saba Got
Żywot
Ś. Saby Gotta męczennika,
pisany
od kościoła Gotskiego, położony u Metafrasta.
Lipom.
Tom. 7. Surius Tom. 2. Żył
około roku Pańskiego, 368.1
Kościół
Boży który jest w Gocjej, Kościołowi Bożemu który jest w
Kappadocjej, i wszystkim kościołom powszechnym Chrześcijańskim
gdziekolwiek mieszkającym – miłosierdzie, pokój, i miłość
Boga Ojca i Pana naszego Jezusa Chrystusa, niech się spełni nad
nami. To co święty Piotr powiedział,2
iż z każdego narodu kto się kolwiek Pana Boga boi, jest przyjemny
jemu – to się teraz na ś. Sabbie ziściło, który się zstał
męczennikiem Boga naszego Pana Jezusa Chrystusa. Bo będąc rodzaju
Gottem, i miedzy złym narodem mieszkając – umiał świętych
ludzi naśladować, iż z nimi w cnocie wszelakiej chwalił
Chrystusa, i jako gwiazda na świecie świecił.3
Od młodości wiarę mając Chrześcijańską,
to brał przed się, aby się w znajomości Syna Bożego pomnażając,
urósł doskonałym mężem – a walcząc z nieprzyjacielem, i
zwyciężyć się nieszczęściu tego świata nie dając
–
dostąpił niebieskiej zapłaty. Przeto zataicieśmy
tego dla zbudowania wiernych nie chcieli, gdy już
w Panu zasnął – aleśmy oznajmić wam cne sprawy jego umyślili.
Był
mąż w wierze prosty, nabożny, w posłuszeństwie ochotny, cichy, w
mowie nieumiejętny, ale nie w nauce, ze wszytkimi pokój zachowując,
a o prawdę mówiąc, i usta bałwochwałców zamykając – nie
był pyszny, ale jako pokornym przystoi, poddany, spokojny, w mowie
nie wszeteczny, a do wszego dobrego skłonny. 4W
kościele śpiewał, i o kościół się pilnie starał, pieniądzmi
i majętnością gardził, ku potrzebie tylo jej używając –
trzeźwy,
powściągliwy, towarzystwem niewieścim nie bawiący się – postów
i modlitwy pilnujący, próżnej chwały wiarujący się, wszytkich
ku dobremu życiu pobudzał, i całą wiarę w miłości robiącą,
zachowywał – a
nigdy wolnie o Bogu mówić nie przestawał – i nie raz, ale często
wielkim się obrońcą wiary być pokazował – bo
gdy
panowie i urzędnicy w Gocjej,
Chrześcijany
prześladowali – każąc im tego pożywać co było czartom
ofiarowano
–
niektórzy poganie mając powinowate
Chrześcijany,
podmiatali im to mięso, które ofiarowane nie było – radząc im,
aby tak prześladowniki
oszukawali.
5Ale
Sabba
ś. o to się zastawił, mieniąc iż kto to uczyni, Chrześcijaninem
być nie może, ponieważ to jest ku zgorszeniu pogaństwa, którzy
je
za takie,
jako oni chcieli (za tym
oszukanim) mieli. Przeto przestrzegał, aby się łowić czartu nie
dali. Dla tegoż oni poganie, którzy tak Chrześcijany
swe
powinne
zachować i obronić chcieli, z miasta Sabbę
ś. wygnali – acz go zasię rychło przyzwali. Na wtórym
prześladowaniu, mieszczanie sąsiedzi jego, przysięgać chcieli, iż
miedzy
nimi żadnego nie masz Chrześcijanina
– 6a
Sabba
ś. powstał jawnie, mówiąc: za
mię
nie przysięgajcie, bom ja jest Chrześcijanin.
A oni zataiwszy swych powinowatych, świętego Sabbę
wydali, powiadając: iż tylko jeden jest miedzy
nami. 7Tedy
go pojmało
książę i pytało,
jeśli ma jaką majętność. Powiedziano: nie
ma, jedno to w czym
chodzi. A on im wzgardził, mówiąc: taki
nie może nic
zaszkodzić, ani pomóc – i kazał go z więzienia wyrzucić.
Na
trzecim prześladowaniu, gdy był bliski dzień wielkonocny,
bieżał ś. Sabba
do jednego miasta, szukając kapłana na imię Guttyka,
aby z nim dzień święty mógł święcić. I w drodze spotkał go
mąż wielki i jasny, mówiąc: aby nie chodził do Guttyki,
ale do Zanzale
kapłana bliższego.
Powiedział
ś. Sabba:
iż go nie masz, uciekł do Romaniej
– bo nie wiedział iż się już był wrócił. I chcąc przedsię
iść tam gdzie umyślił do Guttyka,
przed wielkim wiatrem i śniegiem, dalej postąpić nie mógł – i
wróciwszy się, a nalazszy Zanzalę, to mu powiedział – i
Wielkąnoc
z nim święcił.
Trzeciego dnia po Wielkiejnocy, przyjachał
do onego miasteczka Atarydus, Kotesta Książęcia
syn,
z wielkim pocztem ludzi niezbożnych – i wdarł się w miasteczko
ono – i doma
w nocy pojmał śpiącego onego kapłana Zanzalę,
i Sabbę
z nim – 8i
wsadzili na wóz kapłana, a Sabbę
nagiego tak jako się urodził, za koniem wlekli – i po cierniu
ostrym
i gęstym
włóczyli, kijmi i biczmi go bijąc. Tak byli okrutni na sługi Boże
i nieludzcy – lecz
okrucieństwo ich na wysługę się cierpliwości i wiary sług
Bożych obracało. Skoro dzień, rzekł ś. Sabba
do swych nieprzyjaciół: Coście mi w nocy czynili, wspomnicie, a
patrzcie teraz jeśli którą ranę na mnie najdziecie? Którzy
widząc iż żadnego na nim znaku nie masz okrucieństwa onego –
rozciągnęli go i przywiązali mocno na palach,
i wznak położyli, ciągnąc i męcząc go cały dzień aż długo w
noc – a
gdy straż zasnęła – kucharka, która rano wstała jeść czynić,
odwiązała go – a on wstawszy, nic
nie uciekając, w kuchni jej służył. 9Skoro
dzień, Atarydus związanego zawiesić u tramu kazał – a
przywiódszy do niego onego kapłana z którym był pojman, mówili
im aby jedli ofiary, a tym
się od śmierci wykupili. Lecz kapłan powiedział, iż tego nie
uczynim, niechaj nas zabić abo ukrzyżować książę każe. A Sabba
ś.
rzekł: Potrawy to zguby wiecznej, jako i ten który to rozkazuje.
Tedy sługa, gdy to mówił, uderzył go w piersi garncem, tak barzo,
iż mniemali aby go już zabił. Lecz on żadnej rany nie odniósł,
jakoby kto wełnę nań rzucił, tak onym
naczyniem obrażony nie był.
10Tedy
Atarydus kazał kapłana puścić, a Sabbę
w rzece utopić. Zawołał
Sabba
wiernie bliźniego miłujący, iż kapłan dla Chrystusa z nim nie
cierpiał, i mówił, ale
co zgrzeszył kapłan, iż zemną nie umiera? Szedł tedy z wielkim
weselem
chwaląc Pana Boga. A gdy byli nad rzeką słudzy poczęli mówić:
puśćmy
tego niewinnego człowieka, wszak się Atarydus tego nie dowie. 11A
on im mówił: co
pleciecie – czyńcie co wam kazano, nie widzicie tego co ja widzę.
Oto
przedemną stoją ci, co mię do wiecznej chwały wezmą. Tedy go
wrzucili z wielkim u szyje
drzewem, i utopili dnia piątego po Wielkiejnocy
– za panowania Walentyniana
i Walensa, za Consulatu
abo rocznego urzędu Rzymskiego
z
Modesta i Aryntea, Roku
Pańskiego, 372. Przetoż dnia tego, którego męczennik koronowany
jest, ofiarując, braciej
to oznajmujcie – aby chwalili Pana Boga, który swe sługi sobie
obrał. Pozdrówcie wszytki święte.
Pozdrawiają was bracia, którzy z nami prześladowanie cierpią. A
temu
który nas wszytkich z łaski swej, do wiecznego królestwa przywieść
może – chwała, cześć, i rozkazowanie z Synem i z Duchem
świętym,
na wieki wiekom.
Amen.
1 XV. April. Kwietnia. Mart. R. 12. April.
2 Dz 10.
3 Flp 2.
4 Cnoty Sabby ś. prawie męczennickie.
5 Zmyślenia żadnego święci w wyznaniu nie cierpieli.
6 Taić się ś. Sabba niechciał.
7 Ubóstwo ś. Sabby wzgardzone.
8 Pojmany i po cierniu włóczony.
9 Uciekać niechciał.
10 Utopić go kazano.
11 Widział Anioły idąc na śmierć.
Źródło:
Ks. Piotr Skarga, Żywoty Świętych Stárego y Nowego Zakonu, ná káʒ̇dy dzień przez cáły rok, Kraków 1605, pomocniczo: Kraków 1598